W poszukiwaniu odpowiedzi. Trek to Yomi – recenzja gry

Trek to Yomi recenzja Hiroki klęczący na polu

Fani Akiry Kurosawy nie będą narzekać. Recenzja Trek to Yomi przybliży Wam historię zagubionego ucznia, który po śmierci swego mistrza staje się ucieleśnieniem zemsty.

Od momentu pojawienia się zwiastuna, czekałam na tę grę z wielkim zniecierpliwieniem. Gdy w wieku dwunastu lat pierwszy raz obejrzałam Sanjuro – Samuraj znikąd, stałam się wierną fanką filmów Kurosawy. Nawet jako podlotek byłam pod wielkim wrażeniem dramatyzmu przekazywanego w prosty, a zarazem głęboki sposób. Te czarno-białe obrazy, szczególnie po obejrzeniu Siedmiu Samurajów, zostały ze mną do momentu wejścia w dorosłe życie. Teraz rozumiem historie opowiadane przez Kurosawę na więcej niż jeden sposób. Po wyjściu pierwszej zapowiedzi Trek to Yomi wiedziałam od razu, że napisanie recenzji to tylko kwestia czasu. Oto opowieść, która trafiła prosto do mojego serca. 

Droga ronina jest zawsze samotna

Ronin w feudalnej Japonii nie miał łatwego życia. Każdy samuraj trwożył się na samą myśl o śmierci swego pana. Działo się jeszcze gorzej, gdy on sam umierał, przez co pozostawiał swoich podopiecznych. Co ma więc począć zwykły uczeń po odejściu ukochanego mistrza? Na to pytanie odpowiedzieć musiał sobie Hiroki, główny bohater Trek to Yomi. Po dramatycznej śmierci swojego nauczyciela, obiecuje chronić jego córkę i mieszkańców wioski będących do tej pory pod opieką mistrza. Całkowicie poświęca się temu zadaniu, choć zważywszy na swój status, niestety jest w tym zupełnie osamotniony. Gra dzieli się na nieoficjalne dwie części. W pierwszej Hiroki próbuje wypełnić obietnicę złożoną nauczycielowi, a w drugiej stara się stawić czoła swojemu przeznaczeniu, które prowadzi go w naprawdę mroczne miejsca. 

Choć historia jest ciekawa, moim zdaniem nie stanowi głównej atrakcji Trek to Yomi. Zdecydowanie sposób reżyserii i zdjęcia do rozgrywki odgrywają tutaj kluczową rolę. To, co jednak przede wszystkim wybija się w fabule, to trzy decyzje, jakie Hiroki będzie musiał podjąć. Wpływają one znacząco na rozwój akcji, po ograniu gry więcej niż raz, możemy mieć całkiem inaczej rozwijającą się historię i oczywiście inne zakończenie.

Trek to Yomi uczeń z mistrzem na ćwiczeniach

Film w grze i gra w filmie

Trek to Yomi jest sidescrollową grą akcji. Mechanika jest dość prosta. Przechodzimy od prawej do lewej części ekranu bądź odwrotnie. Czasem scena wymaga od nas skierowania się do przodu lub do tyłu. To właśnie jest zdecydowanie najcudowniejszą cechą tego tytułu. Tak zorganizowana rozgrywka sprawia wrażenie, że oglądamy film. Ba! My ten film sami kręcimy. Absolutnie nie zażartuję, jeśli napiszę, że z początku często zapominałam o sterowaniu. Tak wciągałam się w obrazy, że klikanie w klawiaturę zaczynało mi przeszkadzać. Niestety, nieraz zdarzyło mi się przez to zginąć. 

Sposób prowadzenia akcji w Trek to Yomi uważam za fenomenalnie obmyślany. Immersję dopełnia muzyka, dźwięki i oczywiście japoński język. Piękny starojapoński z epoki Edo, trochę mam wrażenie stylizowany na współcześniejszy, przenosi nas z łatwością w przeszłość. Niezmierną przyjemność sprawiało mi uczestniczenie w tej scenerii. Delektowałam się każdym słowem, krzykiem czy nawet gestem. Nie jest tajemnicą, że Japonia to moja słabość i wszystko, co z nią związane traktuję z należytym pietyzmem. 

Trek to Yomi recenzja walka na moście

„Otoczony, obmyślaj plany. Zagrożony śmiercią, walcz.”

System walki jest dość skomplikowany. Mamy do dyspozycji katanę, która niestety nie wybacza. Nawet jeśli gra pozwala atakować tylko dwóm przeciwnikom naraz, to wciąż jeden niewłaściwy ruch kończy się z ostrzem w plecach. Dodatkowo grożą nam łucznicy, którymi zdecydowanie najlepiej zająć się na początku. Z czasem do naszego zasobu ruchów wchodzą kombinacje. Te, choć trudne do opanowania, bardzo ułatwiają wygranie potyczki. Szczególnie pomocna jest umiejętność przeturlania się za plecy wroga.

Jest kilka typów przeciwników. Są łucznicy, zwykli żołnierze, ciężkozbrojni i szybcy, którzy w kilka sekund mogą rozłożyć nas na łopatki. Są też inne rodzaje wrogich postaci, ale przedwczesne ich poznanie może popsuć Wam radość z gry. Oczywiście napotkamy również bossów. Każdy z nich ma swoją historię i powód istnienia, więc warto posłuchać dialogów. W zależności od poziomu trudności, dany adwersarz będzie miał stosunkowo więcej życia. Wydaje mi się, że ich umiejętności walki nie są jakoś specjalnie lepsze. Niemniej nawet najłatwiejszy tryb może sprawiać Wam problemy, przynajmniej na początku. 

Nauka nie poszła w las

Hiroki nie zdobywa doświadczenia. Jedyną możliwością odblokowywania nowych umiejętności jest postęp w fabule. Nasz bohater podnosi, co prawda, po drodze przedmioty, ale działają one raczej doraźnie. Zwiększamy nimi paski wytrzymałości i życia, co oczywiście jest niezbędne do przetrwania ciągłych walk. Możemy dodatkowo opanować aż trzy bronie dystansowe, które pomogą nam w momencie, gdy nasza katana nie będzie miała szans dosięgnąć przeciwnika w dobrym czasie. Świetnie nadają się też do niespodziewanego ataku. Pamiętajcie, żeby regularnie zbierać amunicję, która porozkładana jest w różnych miejscach sceny. Przedmioty do podnoszenia mają lekką poświatę, więc łatwo je zauważyć. 

Nie wszystkie kombinacje Wam się przydadzą. Warto zainwestować trochę czasu w poznanie najlepszego dla Was sposobu walki z przeciwnikami. W końcu jedni wolą zwarcie, a drudzy dystans. Cokolwiek wybierzecie, z pewnością pojedynki nie będą Wam się nudzić. Przynajmniej do czasu, ale o tym opowiem za chwilę. 

Ważnym elementem rozgrywki są miejsca zapisu. Nie możemy niestety zachowywać swoich postępów w każdym momencie gry. Przeznaczone do tego typu działań są kapliczki, na które Hiroki co jakiś czas się natyka. Uzupełniają one dodatkowo nasze zdrowie do maksymalnej pojemności. 

Kropla goryczy w morzu radości 

Nie ma gry bez gorszych cech. Najgorszą z nich jest walka, która po jakimś czasie niestety staje się nużąca. Bez względu na to, jaki styl ataku wybierzemy, im dłużej będziemy grać, tym szybciej wszystko stanie się niesamowicie powtarzalne. Nawet ja, która prawdziwie wczułam się w przygody Hirokiego, w pewnym momencie zwyczajnie się zmęczyłam. Sceny się zmieniają, ale kolejne starcie wygląda jak poprzednie. Tytuł nie jest za długi, bo można spokojnie go skończyć w 6-7 godzin. Pod koniec już mi się nie chciało przechodzić jednakowo wyglądających pojedynków. Wszystko też zaczęło mi się odrobinę zlewać w jedno. 

Na szczęście koniec gry pozwolił trochę uciec z jarzma hipnotyzującej powtarzalności. Na nowo poczułam dreszczyk emocji, a fabuła porwała mnie do satysfakcjonującego kresu opowieści. 

Uczta dla oczu i duszy. Trek to Yomi – finalne wrażenia 

Nostalgia to doskonałe słowo opisujące Trek to Yomi. Nie wstydzę się przyznać, że poleciała mi łza czy dwie w pewnych momentach historii. Od A Plague Tale: Innocence nie było mi dane płakać przez fabułę. Nawet gdybym nie była fanką Kurosawy, to wiem, że majstersztyk wykonania obrazów niezmiernie by mnie zachwycił. Łagodnie dramatyczne linie, wchodzące w ostre animacje akcji wraz z wciągającą opowieścią poruszyły moje serce. Podczas rozgrywki czułam się jak tonący człowiek, któremu dane było zaciągnąć się najczystszym górskim powietrzem. Dawno nie miałam takiej uczty dla oczu i duszy. Może Trek to Yomi to tylko gra, ale uwierzcie mi – ciężko w tych czasach móc doświadczyć czegoś równie artystycznego. Jestem szczęśliwa, że dane mi było w tym uczestniczyć. 

Recenzja Trek to Yomi powstała dzięki uprzejmości GOG.com. 

Kod otrzymaliśmy od sklepu GOG.com!

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights