Istnieje przekonanie, które mówi, że sequele są lepsze od pierwowzoru. Historia wielokrotnie zweryfikowała ten pogląd. Nie zawsze na korzyść tego stwierdzenia. Jak sprawy się mają w przypadku kontynuacji przygód Raziela? Moja recenzja Legacy of Kain: Soul Reaver 2 postara się Wam to wyjaśnić.
Oryginalny Soul Reaver odniósł przyzwoity sukces komercyjny. Dzięki temu gra trafiła do pierwszej setki najlepiej sprzedających się tytułów na pierwszej PlayStation. Powstanie kontynuacji było jedynie kwestią czasu. Jednak ta zadebiutowała dopiero na kolejnej generacji konsoli Sony w 2001 roku. Przyznam, że to problematyczny przypadek, bo mamy tutaj doczynienia z produkcją bardzo nierówną. Momentami stawiającą krok wstecz względem pierwowzoru. Dla bardziej dociekliwych na naszej stronie czeka recenzja poprzedniczki, którą możecie przeczytać przed zasięgnięciem dalszej opinii o Legacy of Kain: Soul Reaver 2. My tymczasem ruszamy dalej, aby lepiej przyjrzeć się remasterowi dwójki.

Historia brzydzi się paradoksami
Soul Reaver 2 rozpoczyna się dokładnie w momencie zakończenia wydarzeń znanych z jedynki. W swojej pogoni za Kainem Raziel przekracza magiczny portal, który przenosi go w nieznane miejsce. „Odkupiciel i niszczyciel. Pionek i mesjasz. Witaj w swoim przeznaczeniu”. Tymi słowami wita nas Moebius, strażnik czasu, którego spotykamy po drugiej stronie przejścia. Krótka rozmowa z czarnoksiężnikiem odsłania przed nami kolejne karty. Z ich układu wynika, że stawka została mocno podbita. Prywatna vendetta Raziela musi zejść na dalszy plan. Rola, którą historia przypisała naszemu bohaterowi, jest o wiele większa niż on sam mógłby kiedykolwiek przypuszczać. Bogatsi o tę wiedzę ruszamy w dalszą drogę, aby stanąć do nierównej walki z własnym losem.
Podobnie jak w przypadku części pierwszej, tak i w sequelu fabuła jest najmocniejszą częścią gry. Kameralna historia o zemście ewoluuje tutaj w opowieść z większym rozmachem. Chcąc nie chcąc, Raziel musi okiełznać prywatne animozje, aby stawić czoła nowej sytuacji. Na scenę wkracza kilku nowych aktorów, spośród których najważniejszą rolę odgrywa wspomniany już Moebius. Podstępny strażnik czasu próbuje wplątać Raziela w misternie tkaną sieć własnych intryg. Scenariusz rzuca także nowe światło na postać Kaina. Pomimo palącej nienawiści nasz bohater zmuszony jest zawiązać kruchy sojusz z dawnym mistrzem.

Siłą tej opowieści jest przede wszystkim wielowarstwowość i niejednoznaczność, tak scenariusza, jak i samych postaci. Przyznam, że odświeżenie sobie tej historii było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że może być ona nieco problematyczna dla graczy nieobeznanych z mitologią serii Legacy of Kain. Scenariusz o wiele częściej odwołuje się do wydarzeń i postaci znanych m.in. z pierwszego Blood Omen. Przy tym wszystkim dwójka mocno ubogaca i tak już rozbudowany lore świata Nosgoth. Amy Hennig i jej koledzy ponownie udowodnili, że potrafią tworzyć wciągające historie. Chęć poznania kolejnych niuansów tego fascynującego uniwersum to główna siła, która popychała mnie naprzód.
Z raz obranej drogi nie zbaczaj (bo i tak się nie da)
Niestety na gruncie samej rozgrywki Soul Reaver 2 nie wprowadził żadnych poważniejszych usprawnień. Wręcz przeciwnie, gra momentami została wyraźnie uproszczona względem swojej poprzedniczki. Jedynka stanowiła ciekawą mieszankę gatunku action adventure z elementami tzw. metroidvanii. Świat gry stopniowo się przed nami otwierał, zaś my mogliśmy swobodnie eksplorować jego zakamarki. Dwójka kompletnie odcina się od tego rozwiązania, stawiając na skrajnie liniowe doświadczenie. Stosunkowo szybko uderza pierwszy niedostatek, a mianowicie niewielka liczba lokacji. Co prawda, w trakcie przygody odwiedzamy te same miejsca w różnych okresach historycznych. Niestety jedynymi zmianami, które zauważymy, są pewne detale w otoczeniu lub odmienne warunki atmosferyczne.

Naprawdę trudno przymknąć oko na ten fakt, ponieważ backtracking jest tutaj nagminny. W toku rozgrywki kilkukrotnie będziemy kluczyć pomiędzy jednym a drugim końcem skromnej mapy. I robimy to z reguły tylko po to, żeby zobaczyć kolejną scenkę fabularną. W jedynce wracanie do wcześniej odwiedzonych miejsc miało więcej sensu ze względu na poukrywane tam znajdźki. Ba! Na bardziej dociekliwych graczy czekały nawet całe sekretne lokacje. W Soul Reaver 2 takich atrakcji niestety nie ma. Świat przedstawiony wydaje się przez to nieco opustoszały, zaś sama gra jest z tego powodu wyraźnie krótsza.
Mocno wykastrowano też segmenty zręcznościowe. Ze względów fabularnych woda nie szkodzi już Razielowi tak jak kiedyś. Brakuje zatem sekcji platformowych, w których musielibyśmy unikać kontaktu z cieczą. Skakanie po platformach oczywiście jest obecne, ale nie stanowi ono żadnego wyzwania. Jeżeli jakimś cudem uda Wam się zepsuć prosty skok, to jedyną karą będzie kolejna próba. Niestety na tym nie koniec. Dwójka prawie wcale nie wykorzystuje zdolności podróżowania pomiędzy światem materialnym i duchowym, jako narzędzia do pokonania przeszkód terenowych. Do wymiaru spektralnego przenosimy się z reguły tylko po to, żeby przeniknąć przez jakąś kratę. Pierwszy Soul Reaver miał kilka ciekawych pomysłów w tym zakresie. W sequelu ich brak jest wyraźnie odczuwalny.

Światełko w ciemnym tunelu
Pozbądźmy się na moment gorzkiego posmaku w ustach i pomówmy przez chwilę o zaletach. Łamigłówki to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów tej produkcji. Zagadki są o wiele bardziej zróżnicowane i po prostu lepsze od tych z jedynki. Szkoda tylko, że jest ich stosunkowo niewiele. Tak czy inaczej, przerzucanie wielkich sześcianów odchodzi do lamusa na rzecz ciekawszych wyzwań. Większość zagadek polega na umiejętnym żonglowaniu kilkoma żywiołami. Ich mocą możemy naładować widmowe ostrze Raziela. Dostęp do kolejnych elementów zdobywamy w specjalnych sanktuariach, które same w sobie są jedną wielką łamigłówką.
Poszczególne zadania wymagają od nas nie tylko odkrycia właściwej sekwencji ruchów. W międzyczasie trzeba również pokonać przeszkody terenowe lub wykazać się odpowiednim wyczuciem czasu. Byłoby naprawdę idealnie, gdyby nie wspomniany wcześniej mankament – sekcje platformowe są skrajnie uproszczone. Jedynym lochem, który rzuca nam realne wyzwanie jest sanktuarium ognia. Ale to, o ironio, jest chyba najkrótszym ze wszystkich torów przeszkód.

Od przybytku głowa jednak rozboli
Jedyną rzeczą, której Soul Reaver 2 nam nie pożałował, jest walka. I to wcale nie jest dobra wiadomość. Pierwowzór skupiał się przede wszystkim na eksploracji świata i poznawaniu jego sekretów. Konfrontacja z wrogiem była jedynie skromnym dodatkiem do tego mrocznego dania. Nie miałbym nic przeciwko częstszym potyczkom, gdyby nie pewien istotny fakt – system walki jest po prostu kiepski. Raziel nauczył się może trzech dodatkowych sztuczek, które wcale nie ratują sytuacji. Jakby tego było mało, to i tak skromną mechanikę odarto z cieniutkiej warstwy taktycznej głębi.
W jedynce walczyliśmy z innymi wampirami. Żeby je pokonać, nie wystarczyło jedynie obić ich paskudnych gęb. Trzeba było jeszcze znaleźć sposób na zniszczenie ciała. Mogliśmy tego dokonać np. poprzez spalenie w promieniach słońca lub wrzucenie do wody. W dwójce walczymy głównie z ludźmi i demonami. Zarówno pierwszych, jak i drugich da się wykończyć bez żadnego kombinowania. Nie uświadczymy również potyczek z bossami. Podobny los spotkał system magii, ale przyznam uczciwie, że jego braku akurat kompletnie nie odczułem. Potyczki generalnie nie budzą większych emocji i większości z nich da się uniknąć. Chociaż w finałowym akcie gra kilkukrotnie więzi nas na małych arenach i zmusza do walki.

Istotnej modyfikacji uległa zasada działania widmowego ostrza. W dwójce możemy korzystać z jego potęgi niezależnie od stanu zdrowia Raziela. Żeby jednak nie było zbyt prosto to z każdym zadanym ciosem zapełniamy specjalny wskaźnik. Gdy ów pasek się wypełni, wówczas ogarnięta morderczym szałem broń zacznie pochłaniać i naszą energię życiową. Wspomniane wcześniej żywioły także oferują pewne premie. Dla przykładu naładowane mocą wiatru ostrze pozwala na szybsze poruszanie się.
Może nie najdrożej, ale jako tako
Nie będę się za bardzo rozpisywał o warstwie wizualnej i materiałach dodatkowych. Te kwestie poruszyłem nieco szerzej w podlinkowanej wyżej recenzji jedynki. Remaster Legacy of Kain: Soul Reaver 2 oferuje dokładnie ten sam poziom wykonania, co załączona w pakiecie część pierwsza. Nieco lepsze tekstury, bardziej szczegółowe modele postaci lub elementów otoczenia itd. Nic, co robiłoby jakieś szczególnie powalające wrażenie. Po przełączeniu się na tryb klasyczny zdałem sobie sprawę, że pamiętałem tę grę o wiele ładniejszą niż była w rzeczywistości.

Na pochwałę ponownie zasługuje udźwiękowienie. Jakość gry aktorskiej stoi na wysokim poziomie. W rolach głównych powracają rewelacyjni Michael Bell, Simon Templeman i Tony Jay. Większość kwestii serwowana jest ze świetnym wyczuciem emocji i charakterów postaci. Boli tylko jedna decyzja artystyczna. Wszyscy aktorzy mówią piękną angielszczyzną z wyjątkiem odtwórcy roli Janosa Audrona. Z jakiegoś powodu temu człowiekowi kazano mówić ze stereotypowym wschodnioeuropejskim akcentem. Efekt jest nieco komiczny, ale raczej niezamierzony. Ścieżkę na potrzeby gry skomponował duet w składzie Kurt Harland i Jim Hedges. Muzyka całkiem sprawnie dopełnia mrocznej atmosfery gry. Sporo tutaj dudniących bębnów, niepokojących ambientowych brzmień i ponurej elektroniki.
Wampiry bez zębów. Legacy of Kain: Soul Reaver 2 – finalne wrażenia z gry
Powrót do Soul Reaver 2 był o wiele bardziej wyboistym doświadczeniem niż się tego spodziewałem. Pamiętałem tę grę o wiele lepiej i niestety tym razem nostalgia z hukiem roztrzaskała się o twardy mur rzeczywistości. Naprawdę trudno wybronić braki tego tytułu na wielu frontach. Pomińmy fakt, że sequel został wyraźnie uproszczony względem części pierwszej. Nawet wydane kilka lat wcześniej tytuły z serii The Legend of Zelda na Nintendo 64 prezentowały bardziej złożoną rozgrywkę. Dla prymitywnego systemu walki również nie sposób znaleźć usprawiedliwienia. Przecież w 2001 roku zadebiutowało też pierwsze Devil May Cry. Obok tego można by wymienić jeszcze kilka pomniejszych baboli z nie najlepszą pracą kamery na czele.

A zatem czy warto w ogóle po tę grę sięgnąć? Jeżeli chcecie poznać ciekawą historię i rozwiązać kilka przyzwoitych zagadek, to i owszem. Archaiczny gameplay niestety nie przysporzy Wam zbyt wielu pozytywnych wrażeń. Niemniej, niski poziom trudności i o wiele krótszy czas zabawy pozwalają prześlizgnąć się przez ten tytuł względnie bezboleśnie. Legacy of Kain to seria, która naprawdę zasługuje na remake z prawdziwego zdarzenia. Wielka szkoda, że tak interesujące uniwersum jest ukryte za murem bardzo niedoskonałego gameplayu. Reboot tej marki prawdopodobnie nigdy się nie wydarzy, ale pomarzyć zawsze można. W końcu nadzieja matką głupich i zawsze umiera ostatnia.

