Idealny horror, satysfakcjonująca strzelanka TPP – w tej recenzji pokażę Wam, że Resident Evil Requiem robi wszystko i to w świetnym stylu.
Zawsze, gdy kończę horror, to uznaję, że stałam się nieco odważniejsza. Po Silent Hill f założyłam, że nic mi już nie straszne i mogę spokojnie podjąć się kolejnej części Residenta. Potrafię wejść w tryb zimnego headshotowania zombiaków, ale i tak niejednokrotnie zdarzyło mi się krzyknąć o pierwszej w nocy, gdy jeden z nich pojawił się w nieoczekiwanym miejscu. Niesamowite, bo mimo że wiem, jakie zagrożenia w każdej chwili czekają za rogiem, i tak daję się zaskoczyć. Wymarzone połączenie akcyjniaka z horrorem grozy działa fenomenalnie i nie pozwala się od siebie oderwać, nawet gdy męczą nas kolejne okrutne straszaki. Capcom po raz kolejny pokazał, że wie, co robi. Resident Evil Requiem jest niesamowicie dobrą, wciągającą produkcją, co postaram się pokazać Wam w tej recenzji.

Dziwaczne okoliczności
W grze wcielamy się w dwie postacie – znanego z poprzednich części Leona oraz Grace, młodą agentkę FBI. Zaczynamy przygodę, kierując tą drugą, gdy przełożony zleca jej zbadanie tajemniczego zgonu (który wydarzył się w ramach serii podobnych zgonów). Mianowicie wysyła agentkę do hotelu, w którym niegdyś brutalnie zamordowano jej matkę kilka lat temu (o czym szef wie), i na domiar złego puszcza ją tam w pojedynkę. Wydaje mi się to dość absurdalne, że wysyłamy wątłą, świeżą pracownicę z bagażem emocjonalnym do opuszczonego, częściowo spalonego hotelu samą, ale hej! A nie, nie znajduję tu usprawiedliwienia. W każdym razie intryga dość szybko się rozwija, gdy pojawiają się pierwsze zombiaki, a tajemniczy, wysoki jegomość po prostu porywa Grace (swoja drogą bardzo polubiłam tegoż jegomościa, mimo że za dobry to on nie jest).
Wówczas pojawia się Leon, który przyszedł uratować dzień, świat i wszystkich swoją wielką bronią (nazwaną, o zgrozo, requiem). Jego misja również jest związana z tajemniczymi zgonami, chociaż ma on zdecydowanie więcej informacji na ten temat niż Grace. Ale nie będę Wam wszystkiego zdradzała. Ważne jest, że goni wysokiego jegomościa, który akurat kradnie sobie Grace, dzięki czemu wszystkie te postacie ostatecznie pojawią się w jednym miejscu, chociaż każdy będzie zajęty czymś innym. Gdy wracamy do naszej młodej agentki, postanawia ona podjąć próbę ucieczki, jednak okazuje się, że to nie jest takie proste.

Dwie strony jednej gry
Granie dwoma postaciami w ramach jednej fabuły to nie jest już nic nowego. Jednak zazwyczaj różnice w gameplayu są nieznaczne (np. postaci mają inne uzbrojenie albo inne umiejętności). W przypadku Resident Evil Requiem rozgrywka zmienia się diametralnie. Już przy pierwszym włączeniu gry, pyta nas ona o preferencje dotyczące kamery dla obu postaci (domyślnie Grace gramy oczami, a Leonem – ludek chodzi i bije). Poznaliśmy już Leona – wiemy, że jest cudowny, a do tego robił kiedyś salta, strzela pełnym arsenałem oraz służy za jednoosobową armię. To przekłada się na dość akcyjniakową formę rozgrywki. Z kolei Grace jest młoda, niedoświadczona i chyba nawet niezbyt przystosowana do pracy w terenie. Z tego powodu musi częściej wykazywać się sprytem i chować po kątach, a nie wystrzeliwać pokój pełen przeciwników zestawem broni. Wtedy gra zmienia się w horror grozy.
Przez to wszystko całość w ogóle się nie nudzi. Gdy znuży nas strzelanie do hord potworów, przeniesiemy się do klaustrofobicznych korytarzy, w których musimy liczyć każdą kulę. A gdy ukończymy kolejną powolną zagadkę, wymagającą znalezienia trzech tajemniczych elementów do jeszcze bardziej tajemniczych drzwi, przeskoczymy z powrotem do rzucania we wrogów toporami, butlami z gazem i granatami. Leon i Grace zawsze wymieniają się na ekranie w odpowiednim momencie, akurat gdy mamy już ochotę odpocząć od danego stylu gry.
Rozgrywka Leonem jest tak bardzo arcade’owa, że dostajemy punkty za zabijanie nim przeciwników. Możemy je wymieniać w miejscach zapisu na nową broń, amunicję czy ulepszenia. Żeby zabijać jeszcze więcej i bardziej efektywnie. I efektowniej. A biedna Grace ciuła każdy jeden nabój. Ponadto Leon dostał niezniszczalny toporek, który musimy tylko co jakiś czas naostrzyć. Zasadniczo można zapomnieć o żałosnym strzelaniu – walka bronią białą to przyszłość gatunku!

Nie trzeba być najmocniejszym
Dziewczyny kochają Leona i ja nie jestem wyjątkiem. Ale pokochałam też Grace. Bohaterka jest naprawdę dobrze zagrana przez Angelę Sant’Albano. Aktorka zrobiła niesamowitą robotę, żeby urzeczywistnić nie tylko samą postać, ale też wszystkie zagrożenia i sytuacje, z którymi ma ona do czynienia. Nie oszukujmy się – Residenty często stawiają wyglądanie cool albo robienie dziwnych zagadek ponad logikę i nie ma w tym nic złego. Ale dzięki Grace ten świat jest zdecydowanie bardziej immersyjny i brutalny. Leon to policjant-weteran-zabijaka, ale ona – mimo że pracuje w FBI – jest bardzo ludzka i wrażliwa. Grace panikuje, trzęsą jej się ręce, jąka się w stresujących sytuacjach, jej krzyk brzmi naprawdę przeraźliwie, a my czujemy, że sytuacja stała się naprawdę kiepska. Bohaterka nie jest bezbronna, ale nie jest aż tak wyszkolona, ani tak zahartowana jak Leon, co dodaje jej dużo realizmu.
Z kolei Leon postarzał się ładnych parę wiosen i w Resident Evil Requiem ma około 50 lat. Dalej jest cool, chociaż nie robi niepotrzebnych salt (pewnie łamie go w krzyżu). Sprawnie obsługuje każdy rodzaj broni i zdaje się zimnym, wyrachowanym gościem, ale my wiemy, że ma dobre serce. Szczególnie, że co jakiś czas mówi jakiś żarcik w swoim stylu albo wali one-linera po cięższej walce.

Brutalne piękno
Produkcja wygląda przepięknie – o ile możemy mówić o pięknych zombiakach. Już w drugiej scenie (chyba specjalnie) widzimy kałuże i deszcz, który wygląda lepiej niż w rzeczywistości. Później deszczu już nie ma, więc rozumiem i akceptuję ten pokaz technologiczny. Lokacje wyglądają dobrze niezależnie od tego, czy są na dworze, czy w mrocznym pomieszczeniu. Gra światłem tylko pogłębia niepokój, a szarobure elementy wydają się celowo zlewać z przeciwnikami. Leon został godnie i atrakcyjnie postarzony (wygląda doskonale), Grace ma niesamowite włosy, które jakimś cudem nie wywołują spadków klatek. Zaś obrzydliwe elementy wyglądają… dość obrzydliwie. Wszystko, czego można by oczekiwać od porządnego horroru.
A do tego ten poziom szczegółów animacji! Oglądanie tych związanych z bronią jest bardzo satysfakcjonujące. Leon nosi przy sobie spory arsenał, więc możemy dokładnie przyjrzeć się każdemu pięknemu nabojowi w mnogości karabinków, pistoletów czy strzelb. Zresztą on robi to jak zawodowiec, którym jest – wkłada latarkę pod szyję i przeładowuje bez mrugnięcia. Grace z kolei trzęsą się ręce, widać, że nie jest aż taka sprawna, szczególnie że używa tylko 1–2 rodzajów broni.

Zagadki dla agentów FBI
Jest to już trochę mem w popkulturze, jak dziwne i nielogiczne potrafią być zagadki w przygodówkach i horrorach (a przecież horrory, to takie przygodówki, tylko że straszą). Resident Evil Requiem postanowił kontynuować tradycję niezbyt mądrych zagadek (a może też ich niezbyt mądrych rozwiązań). Chociaż, jak wspomniałam, lubię Grace, to czasem wątpię w jej umiejętności logicznego myślenia. SPOILER: W szpitalu znajdujemy zwłoki bez wnętrzności, które są przymocowane za ręce do takiego łóżka szpitalnego. Na nadgarstku jest opaska, której potrzebujemy, więc zamiast przeciąć te więzy albo odciąć rękę, musimy iść znaleźć te wnętrzności, włożyć w te zwłoki, ożywić je i gdy jako zombie zerwą się z więzów, to zastrzelić. Wtedy dopiero z prawdziwie martwego ciała zabieramy opaskę.
Albo kiedy znajdujemy niewidomą dziewczynkę i wykorzystujemy ją tylko po to, by odczytała nam napisy zapisane Braille’em. Mimo że te są na tyle krótkie, że można dość szybko domyślić się ich znaczenia. Ale nie. Lepiej nieść na rękach dziecko przez mapę pełną zombiaków. KONIEC SPOILERA. W każdym razie wiemy, że Grace nie jest fanką Blue Prince’a i tego typu gier.

Resident Evil Requiem – finalne wrażenia
Ta gra jest tak dobra, że mam ochotę przejść wszystkie Residenty, które wyszły od początku istnienia świata. Opowieść widziana z dwóch różnych par oczu (albo właściwie też zza jednych pleców) jest bardzo dynamiczna i zbalansowana, dając poczucie naprawdę wyjątkowego doświadczenia. Wiadomo, że jestem zauroczona dojrzalszym Leonem (który – jak głoszą plotki – został tak dopracowany właśnie dzięki pracownicom Capcomu). Pokochałam i Grace, która niesamowicie zapada w pamięć. Jeżeli ktoś miał obawy, że będzie to nierówna para, to uspokajam – oboje zdecydowanie są ujmujący na swój sposób.
Resident Evil Requiem to gra wypolerowana w każdym calu, dopracowana do perfekcji – przystępna dla graczy świeżych, jak i składająca pokłon w stronę weteranów. Na pewno zajęła mocną pozycję w walce o tytuł gry roku, a jest to zdecydowanie mój pierwszy typ (chociaż mam nadzieję, że nie ostatni).
Recenzja Resident Evil Requiem powstała dzięki uprzejmości Capcomu. Dziękujemy za kluczyk z grą!

