Na Dzikim Zachodzie bez zmian. Red Dead Redemption (2010) – recenzja gry

Kadr z gry Red Dead Redemption przedstawiający Johna Marstona (po prawej), ubranego w skórzaną kamizelkę, koszulę i kowbojski kapelusz, palącego papierosa i patrzącego w bok. Obok niego stoi starszy mężczyzna w eleganckim, ciemnym garniturze i cylindrze (po lewej), który wykonuje gest uniesionymi dłońmi, jakby coś tłumaczył lub opowiadał. W tle widoczna jest drewniana wieża wiertnicza lub kopalniana oraz pustynna roślinność, w tym kaktusy. Scena sugeruje dialog lub interakcję między tymi dwiema postaciami w świecie Dzikiego Zachodu.

W przeszłości nie uwierzyłabym, że westernowe historie mnie zainteresują. Mimo wszystko hit Rockstara z 2018 roku zrobił na mnie tak duże wrażenie, że nie mogłam nie ograć historii, którą wcześniej, w 2010 roku, zaprezentowano światu. Zapraszam na recenzję Red Dead Redemption.

Przez wiele lat nieco starsze gry (takie, które zadebiutowały przed 2012 rokiem) były dla mnie trudnym tematem. Nie potrafiłam się do nich przełamać, głównie ze względu na ich grafikę. Rozumiem, że wtedy tak wyglądały szczyty możliwości, ale z perspektywy młodszej graczki nie jest łatwo się do tego przyzwyczaić, mając porównanie ze współczesnymi tytułami. Mimo wszystko ostatnio udało mi się ukończyć Grand Theft Auto 4, więc dałam także szansę pierwszemu Red Dead Redemption. Swoją drogą, ten port dość niedawno trafił na PC. Wiele osób na Grajmerkowym profilu na Facebooku polecało mi tę produkcję, ponieważ wspomniałam o tym, że w zeszłym roku zakochałam się w Red Dead Redemption 2. Pośród przygód Arthura Morgana ja i tak szczególną sympatią obdarzyłam Johna Marstona, więc opcja zagrania nim jako głównym protagonistą była niezwykle kusząca. Czy żałuję czasu poświęconego na tę grę? Tego dowiecie się z tej recenzji Red Dead Redemption.

Zrzut ekranu z gry wideo prezentujący spotkanie Johna Marstona i Bonnie MacFarlane przy drewnianej zagrodzie na ranczu. John, ubrany w kowbojski strój z widoczną kaburą i pasem amunicji, stoi profilem do widza, podczas gdy Bonnie przygląda się pracom na farmie. W tle widać trzecią postać pracującą przy ogrodzeniu oraz konstrukcję dachu stajni. Scena oddaje surowy, realistyczny klimat Dzikiego Zachodu.

Gdzie jest Jack?

Pierwszy „Red Dead” to tak naprawdę historia, która fabularnie dzieje się po wydarzeniach z Red Dead Redemption 2. Warto o tym wspomnieć, bowiem moja perspektywa na serię ma charakter chronologiczny. Uważam, że aktualnie, gdy dostępne są obydwie produkcje, to jedyna słuszna kolejność ogrywania. W recenzji będą pojawiać się informacje o bohaterach, motywach, a także elementach fabularnych. Jeśli nie graliście w produkcję Rockstara z 2018 roku, to możecie tutaj wpaść na spoilery. Ostrzegam!

Skoro zostaliście ostrzeżeni, czas wspomnieć o głównym zarysie fabularnym Red Dead Redemption. W grze wcielamy się w Johna Marstona, czyli byłego przestępcę i członka gangu van der Lindego. Nasza rodzina zostaje wzięta na zakładników, a my musimy rozprawić się z eksspólnikami, którzy terroryzują lokalną społeczność. W tej sytuacji nie mamy innego wyjścia niż ruszyć śladami Billa Williamsona i reszty bandy, bowiem Abigail i Jack są naszym całym światem. Oczywiście nie wszystko idzie po naszej myśli. Prawdę mówiąc, początek to koszmar – próby skutecznego zwalczenia wroga kończą się fiaskiem, a my ocieramy się o śmierć. 

Aczkolwiek nie ma tego złego – po drodze spotykamy wielu sojuszników. Już na samym początku poznajemy Bonnie Macfarlane, która prawdopodobnie będzie Waszą ulubioną postacią, jeśli uwielbiacie motyw silnych kobiet w grach komputerowych. Dla tych z Was mam dobrą wiadomość – wraz z progresją będziecie mogli nawiązać z nią głębszą relację (choć nie przesadzajmy…).

Kadr z gry Red Dead Redemption przedstawiający Bonnie MacFarlane stojącą na terenie rancza MacFarlane's Ranch o zachodzie słońca. Bonnie ma na sobie klasyczny strój z epoki: białą koszulę, brązową kamizelkę i długą, jasną spódnicę. W tle widoczne są drewniane zabudowania gospodarcze, zagrody dla zwierząt oraz nastrojowe, ciepłe światło kończącego się dnia. Po prawej stronie widać fragment ganku, na który wchodzi inna postać.

Złap go na lasso

Nie ma co się oszukiwać, Red Dead Redemption nieco się zestarzało, co może zniechęcać wiele osób (w tym początkowo mnie). Niemniej jednak, patrząc na ten tytuł z perspektywy czasów, w których zadebiutował, można nabrać nowego spojrzenia. Już w 2010 Rockstar potrafił tworzyć ciekawe, dobrze wyreżyserowane scenki. Podczas rozgrywki swobodna eksploracja wielokrotnie jest przerywana cutscenkami, które nadają produkcji filmowego klimatu. Mają one wiele detali oraz prezentują szerszą perspektywę fabularną. Niektóre, w dalszej części gry, są wręcz imponujące i z wielkim rozmachem. Moją uwagę przyciągnęła scena z Johnem, pociągiem oraz mostem – ale to musicie zobaczyć już sami.

Jeśli chodzi o samą rozgrywkę i mechaniki, nie ma tu niczego niesamowicie odkrywczego, choć znowu, myśląc o tytule z perspektywy 2010 roku, można znaleźć kilka interesujących elementów. Poza klasycznym strzelaniem i jeżdżeniem na koniu (które jest zrobione bardzo przyzwoicie) mamy system Dead Eye, który w spowolnieniu pozwala nam na precyzyjne wymierzanie z pistoletu we wrogów. To cecha charakterystyczna dla gier z serii Red Dead Redemption. Moją uwagę przyciągnęło także używanie lassa. Łapiemy na nie przeciwników oraz zwierzęta zarówno podczas biegu, jak i podczas jazdy konnej. W ten sposób można poczuć się jak prawdziwy kowboj! Pozostając w temacie walki, bardzo rozbawiło mnie to, że będąc w jej trakcie, nie można spojrzeć na twarz Johna. Za każdym razem odwraca się i nie pozwala się sobie przyjrzeć. W trakcie eksploracji gra nie ma z tym problemu i możemy podziwiać mojego growego crusha w pełnej okazałości…

Dynamiczne ujęcie Johna Marstona znajdującego się na dachu pociągu jadącego przez pustynny krajobraz. Bohater jest pochylony, ubrany w swój charakterystyczny kapelusz i kamizelkę z przewieszonym przez plecy karabinem. W oddali, pod zachmurzonym niebem, majaczą formacje skalne przypominające Monument Valley. Perspektywa podkreśla skalę otwartego świata gry i filmowy charakter sceny.

John uwielbiałby arcade’y

John, który posiada umiejętności farmerskie (kto wie, ten wie), pomaga innym postaciom w łapaniu krów i koni, a także w zaganianiu ich w odpowiednie miejsce. Konie mają do siebie to, że są nieufne, więc nasz bohater musi je wpierw ujarzmiać, gdy na nie wsiądzie. Musimy balansować Johnem tak, aby jego ciężar nie przesunął się zbytnio na jedną ze stron zwierzęcia.

Dla osób, którym nie wystarcza sama rozbudowana eksploracja, powstały gry dodatkowe. Mamy do dyspozycji między innymi pokera, siłowanie się na rękę i grę w noże (zwaną „Five Finger Fillet” w języku angielskim). Z ciekawości sprawdziłam kilka z nich, ale takie zabawy nie są dla mnie. Mimo wszystko uważam, że dobrze, że coś takiego zostało wprowadzone, bo to ciekawy przerywnik od fabuły. Czasami tego typu minigry są wymagane do dalszej progresji, ale zdarza się to rzadko. Tytuł oferuje także znajdźki w postaci kwiatów – nawet powstało specjalne zadanie z tym związane. Jeśli chcecie znaleźć kwiaty dla małżonki, lepiej dobrze się skupcie!

Szybka podróż? To nie dla mnie

Zdecydowanie jedną z najmocniejszych stron „Red Deada” jest klimat i świat, w którym osadzona jest historia. Mamy do czynienia z fikcyjnymi Stanami Zjednoczonymi, a także Meksykiem. Szczególnie ten Meksyk został pięknie zaprezentowany. Jest tam taki gorąc, że aż widzimy rozżarzone powietrze na horyzoncie (uwielbiam ten shader). Wysuszone tereny, lokalna społeczność, a do tego wszystkiego bardzo dobrze skomponowana ścieżka dźwiękowa, która wszystko spaja. Tak samo jak w Red Dead Redemption 2, tak też tutaj unikałam funkcji szybkiej podróży. Eksploracja na koniu to czysta przyjemność i nie doświadczycie tego w innych tytułach. Szkoda, że dopiero w produkcji z 2018 roku Rockstar wpadł na pomysł uruchamiania trybu filmowego podczas zwykłych przejażdżek po świecie. 

Malowniczy widok z perspektywy trzeciej osoby przedstawiający Johna Marstona ujeżdżającego konia polną drogą w stronę zachodzącego słońca. Niebo wypełnione jest puszystymi chmurami zabarwionymi na różowo i złoto, a na horyzoncie widać sylwetki drzew. Na dole po lewej stronie znajduje się HUD z mapą okolicy. Obraz idealnie ilustruje eksplorację rozległych terenów w Red Dead Redemption.

Podoba mi się również różnorodność architektoniczna w tej grze. Budynki w Meksyku to zupełnie inna bajka niż to, co czeka na nas w Blackwater. Oczywiście, ta sama zasada aplikuje się do postaci, które spotkamy na swojej drodze – jedni będą nosić koszulę z kołnierzem, a inni typowe meksykańskie ponczo, i to jest piękne! Ich zachowanie również jest dostosowane do świata, w którym żyją. W ten sposób możemy w krótkim czasie przenosić się między skrajnymi kulturami i się z nimi zapoznawać.

To nie są słoneczne wakacje

Jak to bywa w przypadku Rockstara, w historiach, które budują, nic nie jest białe albo czarne. Podejmowane przez nas decyzje często mają nieznane i niespodziewane konsekwencje, choć w przypadku tej części gry dość szybko się o nich dowiadujemy. Jedną z pierwszych takich sytuacji, która mnie spotkała, była historia z kanibalem. Było to zadanie poboczne, a raczej nawet „encounter”, który spotykamy losowo na drodze, ale zrobiło to na mnie na tyle duże wrażenie, że szybko zmieniłam swoje podejście do sytuacji. 

John podczas swoich przygód wielokrotnie musi podejmować decyzje moralne i nie zawsze będą one słuszne. Wiele zadań bardzo szybko zmienia swój bieg oraz ujawnia nam nowe fakty, a my musimy dynamicznie się do tego dostosować. Ledwo przeprocesujemy to, co właśnie się wydarzyło, a już czeka na nas decyzja, czy kogoś zabić, czy oszczędzić. Kto wie, być może zabijemy kogoś, a potem okaże się, że ten ktoś był niewinny? Krótko mówiąc, musimy być bardzo ostrożni i uważać z zaufaniem.

Scena dialogowa z gry Red Dead Redemption rozgrywająca się na otwartym polu pod zachmurzonym niebem. John Marston wyciąga dłoń w stronę zakonnicy ubranej w ciemny habit, która podaje mu mały przedmiot. W tle rozciąga się pagórkowaty krajobraz z rzeką w oddali. Spotkanie to sugeruje jeden z wątków fabularnych lub zadań pobocznych, ukazując interakcję głównego bohatera z mieszkańcami świata gry.

W rozgrywce wielokrotnie doświadczymy emocjonujących zwrotów akcji, a nawet najspokojniejsza misja może zakończyć się niespodzianką. Dzięki temu nie ma nudy, a Rockstar dobrze balansuje momentami wytchnienia i tymi bardzo dynamicznymi ciągami zdarzeń. Spokój, a potem nerwy. Chwila oddechu, by po chwili znowu zaplątać się w spiralę kluczowych wydarzeń. Każde z takich zadań jest złożone i wieloelementowe. Nie wystarczy wcisnąć jednego guzika ani porozmawiać z NPC-em – musimy odbyć całą akcję sami. W przeciętnej misji czekają na nas znalezienie drogi, walka z przeciwnikiem (czy też żywiołem), ratunek dla poszkodowanych, zabezpieczenie terenu i wiele więcej. Smaku temu wszystkiemu dodaje to, że okoliczności bywają różne. Czasami jest to walka na lądzie, czasem na koniu, innym razem drogą wodną, a nawet w trakcie przejażdżki pociągiem. 

Człowiek na kłopot się rodzi

Tradycyjnie nie mogę nie wspomnieć o warstwie audiowizualnej recenzowanego tytułu. Mocną stroną Red Dead Redemption jest zdecydowanie muzyka. Słuchałam ścieżki dźwiękowej z tej gry, zanim zaczęłam w nią grać, a także po tym, jak ją ukończyłam. Możliwość usłyszenia jej w pierwotnym kontekście była wspaniałym doświadczeniem. Jak już wcześniej wspominałam, melodie, szczególnie te, które grają na terenie Meksyku, są świetnie dopasowane. Woody Jackson i Bill Elm (ich imiona brzmią, jakby sami byli bohaterami świata Rockstara) wykonali świetną robotę i nie dziwię się, że pierwszy z nich kontynuował swoją pracę również przy Red Dead Redemption 2. Praktycznie wszystkie utwory są instrumentalne, ale pod koniec gry czeka na Was niespodzianka w postaci piosenki. Musicie usłyszeć to sami. 

Nocna scena z gry ukazująca grupę rewolucjonistów w Meksyku. Na podwyższeniu, przed budynkiem z łukami i napisem „EL ALCALDE”, stoi mężczyzna z wąsem w poncho. Przed nim zgromadzony jest tłum uzbrojonych mężczyzn z karabinami przewieszonymi przez plecy, patrzących w jego stronę. Atmosfera jest napięta, oświetlona jedynie przez blask pobliskiej lampy, co sugeruje przygotowania do walki lub ważne przemówienie.

Dźwięki są poprawne i nie ma aż tak wielu detali ani wariantów, ale takie były wtedy czasy, a wspomniane na początku GTA 4 z podobnego okresu również tak miały. Czasami wręcz odnosiłam wrażenie, że stukot kopyt to jeden zapętlony, ten sam dźwięk, co mnie lekko wybijało z immersji. Mimo wszystko efekty, które miały brzmieć epicko i mocno, dokładnie takie były. Możliwe, że po prostu przyzwyczaiłam się do tego, co Rockstar prezentował w swoich następnych produkcjach. Przywiązanie do detali to teraz ich cecha charakterystyczna, a filmy na YouTube o ciekawostkach z ich produkcji się nie kończą.

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój. Red Dead Redemption (2010) – finalne wrażenia

Poznawanie serii Red Dead Redemption chronologicznie w 2026 roku sprawiło, że miałam wiele przemyśleń. To, co głównie miałam w głowie, to to, że gra z 2010 roku zdaje się być bardzo rozbudowanym prototypem gry z 2018 roku. Niby są niesamowicie podobne pod kątem mechaniki i stylu prowadzenia historii, ale jednak przygody Johna Marstona są o wiele bardziej „drewniane” oraz momentami zgliczowane. Wspominam o tym oczywiście z przymrużeniem oka, bo to były inne czasy, a i tak jestem pełna podziwu tego, co udało się wtedy osiągnąć. Powoli staję się fanką Rockstara, bowiem ich zespoły potrafią tworzyć wspaniałe historie. Nadrabiam starsze gry i fabularnie nigdy nie zawodzą. Studio zdecydowanie wyznaje zasadę „mało kto zapamięta, co powiesz, ale każdy zapamięta, jakie uczucia mu wtedy towarzyszyły”.

Ze mną finał Red Dead Redemption zostanie z pewnością na bardzo długo, bo był zupełnie niespodziewany oraz emocjonalny. Słyszałam głosy, że po doświadczeniu historii Arthura Morgana i przyzwyczajeniu się do jakości „dwójki” ogrywanie „jedynki” jest co najwyżej w porządku. Mimo wszystko zachęcam każdego, by dać produkcji szansę, bo mimo swojego wieku nadal potrafi się bronić, szczególnie narracyjnie.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights