Jak Polska próbuje podbić branżę gier serem, karabinami i powrotem do przeszłości? Mouse: P.I. For Hire – recenzja gry

Okładka gry Mouse: P.I. for hire. Grafika przedstawia głównego bohatera - mysz w kapeluszu oraz długim płaszczu. Pod spodem ma koszulę z krawatem. W ustach ma papierosa a w dłoni pistolet z podłużną spluwą. Za jego plecami stoi mysz w wyraźnym makijażu oraz sukni. W dłoni trzyma papierosa. Przed nimi widzimy 2 pojazdy (również prowadzone przez myszy) miedzy którymi dochodzi do strzelaniny. Z samochodu z przodu wyrzucany jest dynamit. Całość jest czarno-szaro-biała.

Z naszego kraju nad Wisłą wyrósł właśnie ktoś bardzo ciekawy w branży gier. W eleganckim wdzianku, uzbrojony po zęby i śmierdzący parmezanem, gotowy jest podbić serca graczy na całym świecie. Oto recenzja Mouse: P.I. For Hire 

Przed Wami gra, która stała się viralem jeszcze zanim pojawiła się na rynku. Od pierwszych zapowiedzi przyciągała do siebie charakterystyczną oprawą graficzną. Pikanterii dodawał także niespotykany często w tym medium klimat noir wylewający się z ekranu. Wyglądało na to, że jest tu wszystko, co potrzebne na murowany hit. Wystarczyło tylko dowieźć wystarczająco dobrą rozgrywkę. Czy to się udało? O tym dowiecie się z tej recenzji Mouse: P.I. For Hire. 

Nie ma to jak szara codzienność (dosłownie) 

Nie mamy na co narzekać, jeśli chodzi o premiery gier z naszego kraju. Co chwilę wydaje się u nas tytuł, który jest co najmniej warty uwagi. Zanosi się na to na przykład w przypadku nadchodzącego The Blood of Dawnwalker. Nie inaczej jest, gdy chodzi o omawianą dzisiaj produkcję – rzeczywiście warto się nad nią pochylić. Pierwsze, na co zwrócimy uwagę, odpalając grę studia Fumi Games, to jej oprawa graficzna. Jest to główny selling point tej produkcji i coś, czemu zawdzięcza swoją popularność. Ale o co tyle hałasu?  

Mouse: P.I. For Hire to strzelanka FPP, w której zarówno wszystkie postacie, jak i animacje są ręcznie narysowane tak, by przypominały kreskówki z lat 20 ubiegłego wieku. Aby wzmocnić ten efekt, gra ma tylko i wyłącznie czarno-białą paletę kolorów. Dodatkowo istnieje wiele opcji personalizacji obrazu i dźwięku, po to, aby uzyskać efekt mniej lub bardziej zbliżony do tych kultowych kreskówek (razem ze wszystkimi tego zaletami i wadami). Rzeczywiście, daje to wszystko rezultat niespotykany jeszcze nigdzie indziej.  

Coś tu śmierdzi… 

Wykreowany świat czerpie inspiracje z klasyków kina z gatunku noir, co bardzo dobrze wpasowuje się we wspomnianą wcześniej stylistykę produkcji. Jest jednak jeden mały szczegół. Zamiast ludzi mamy tutaj do czynienia z myszami i innymi rodzajami gryzoni. Każda postać to tutaj mysz, szczur, czy inna ryjówka.  

Wpływa to nie tylko na wygląd spotykanych przez nas osób, ale i na środowisko wokół nich. Zamiast alkoholu jest ser topiony, a wszelkie porównania i inne zwroty stylistyczne charakterystyczne dla noir są pełne tego żółtego produktu. Szczerze, jestem pod wrażeniem, ile serowych tekstów i nawiązań byli w stanie wymyślić twórcy. Całe to mysie zamieszanie nadaje grze bardzo niecodzienny i dość zabawny ton, co dodatkowo zachęca do obcowania z nią. 

To nie robota dla świeżaków, młody 

Wcielamy się tutaj w doświadczonego zarówno zawodowo, jak i życiowo detektywa o imieniu Jack Pepper. Pewnego razu dostajemy cynk o pewnej zaginionej aktorce i tak rozpoczyna się nasza przygoda. Z czasem odkryjemy, że cała sprawa jest dużo grubsza niż nam się na początku zdawało, a wiele z pozoru nie pasujących do siebie elementów zacznie składać się w jedną całość. Gra dosyć mocno stawia na fabułę, więc warto poświęcić chwilę na rozmowy z NPC-ami,  aby lepiej zagłębić się w klimat produkcji. Nie powinno to być na szczęście trudne, bo postacie są napisane bardzo kompetentnie i często wywołują uśmiech na twarzy. Dzięki temu całą historię śledzi się całkiem przyjemnie.  

Nasze biuro mieści się w Mouseburgu, mieście, które zdecydowanie widziało już lepsze czasy. Skorumpowani policjanci, krzywi politycy, mafia i nielegalny ser topiony na ulicach. Na szczęście nie jesteśmy w tym wszystkim sami. Mamy kilku dobrych przyjaciół, a wykorzystując ich mocne strony, jakoś łączymy te skomplikowane sprawy w całość. Wśród naszych znajomych jest na przykład dziennikarka Wanda, przynosząca nam cenne informacje lub mechaniczka Tammy, u której ulepszamy nasz arsenał. 

Mouseburg to wyjątkowo ciekawa mieścina 

Mouse: P.I. For Hire jest przedstawicielem boomer shooterów, czyli dynamicznych strzelanek z perspektywą z pierwszej osoby. Dostajemy nowe gnaty, pokonujemy kolejne lokacje, przy okazji prując w przeciwników, czym się da. Gra ma liniową strukturę i przechodzimy zamknięte poziomy jeden po drugim. Od czasu do czasu możemy wybrać, gdzie chcemy się udać, spośród kilku destynacji, ale jest to stosunkowo rzadka sytuacja. Mi osobiście taka struktura nie przeszkadzała. Była to nawet mile widziana odskocznia od wielkich gier z otwartym światem.  

Poszczególne poziomy to niecodzienne i różnorodne lokacje. Podczas naszej przygody będziemy mieli okazję strzelać się w wielkim kasynie, w cyrku, w operze i w wielu innych interesujących miejscach. Mimo czarno-białej oprawy, gra nie nudzi wizualnie, a obszary, które odwiedzamy, mocno różnią się od siebie. Jak na boomer shootera przystało, naszym zadaniem jest wybić wszystkich przeciwników na każdej planszy. Poziomy składają się z co najmniej kilku takich strzelanych sekwencji i dopiero po pokonaniu każdego wroga poznajemy dalsze części lokacji. Warto je zwiedzać dość dokładnie, bo w wielu miejscach możemy znaleźć sprytnie pochowane sekrety. 

Gryzoń uzbrojony po zęby – przeciwnicy dziurawi jak ementaler

Do swojej dyspozycji Jack Pepper ma wiele pukawek. Zaczynać będzie ze zwykłym pistoletem, ale z czasem przyjdzie mu dzierżyć coraz bardziej wymyślne gnaty. Strzela się z nich bardzo dobrze, a udźwiękowienie i śliczne animacje świetnie ze sobą współgrają. Sam feeling strzelania również można nazwać bardzo przyjemnym. W kwestii dostępnego arsenału muszę się jednak przyczepić do kilku rzeczy. Na przykład do tego, że bronie, które otrzymujemy w późniejszej fazie gry są często mniej przydatne od tych, które już mamy dostępne. Osobiście nie czułem przez to potrzeby, aby korzystać z wielu late game’owych możliwości, takich jak zamrażanie wrogów, bo szybciej padali od sprawdzonego Tommy Guna (w tej grze nazwanego James Gunem). 

Do lawirowania pomiędzy różnymi broniami nie zachęca również sam design przeciwników. Tak naprawdę przez całą grę do czynienia mamy z mocno ograniczoną ich liczbą, a po 2 godzinach rozgrywki raczej widzieliśmy już wszystkich. Od czasu do czasu zamiast do myszy strzelać będziemy do kultystów i robotów, jednak nie wpływa to w żaden sposób na to, jak mamy z nimi postępować. Przeciwnicy różnią się od siebie niewiele, bo przede wszystkim wielkością sprite’ów i ilością życia. Jedynym wrogiem wyróżniającym się na tym polu jest gość z tarczą. Czasami wymaga on od nas podejścia do niego i kopnięcia atakiem z bliska, aby można go było potem zestrzelić. Brakuje mi w tej grze przeciwników, do których musielibyśmy się dostosować w trakcie walki. Bo niestety, ale oprócz tarczownika do wszystkich strzelamy tak samo i na wszystkich stosujemy złotą zasadę „nigdy nie stój w miejscu”. Niektórzy po prostu padają szybciej niż inni. 

Zwinny jak myszka

Twórcy z Fumi Games zadbali też o to, aby w ich grze nie tylko dobrze się strzelało, ale i poruszało. Jack przez swój asortyment ruchów przypomina bardziej myszoskoczka niż mysz. Wraz z postępem rozgrywki będzie uczył się nowych sztuczek, takich jak podwójny skok, linka z hakiem, czy helikopter z ogonka do  wolniejszego opadania na ziemię. Dzięki temu gra staje się dynamiczna, a samo kontrolowanie Jacka powinno dawać dużo satysfakcji.  

Ale w trakcie przechodzenia Mouse’a coś mi nie grało. Przyzwyczajony przez inne boomer shooterychciałem wykorzystywać cały zestaw ruchów Jacka, aby przeciwnicy mnie nie dopadli. Po pierwszych trzech godzinach rozgrywki złapałem się jednak na tym, że niepotrzebnie dużo się poruszam, bo gra tego ode mnie nie wymaga. Ani razu nie umarłem i nie byłem nawet blisko. Wpadłem więc na pomysł na zmianę poziomu trudności ze średniego na trudny i to rzeczywiście zrobiło różnicę. Przeciwnicy stali się szybsi, pojawiło się ich więcej, a sama gra mocno zyskała na dynamice. Zacząłem wykorzystywać więcej ruchów Jacka i czułem, że jeśli stanę w miejscu, to szybko pojawi się przede mną napis „Game Over”. Jeśli planujecie więc grać w Mouse P.I. For Hire, to zróbcie sobie przysługę i ustawcie poziom na najwyższy. 

Niby detektyw, ale dedukcji tu niewiele 

Zanim przejdę do konkluzji, chciałbym jeszcze poświęcić chwilę na coś, co dla kilku z Was może być istotne, przynajmniej dla mnie było. W Mouse: P.I. For Hire wcielamy się w rolę detektywa, ba, twórcy w 2024 roku zmienili nawet tytuł gry, z samego Mouse na taki, który bardziej podkreśla ten detektywistyczny wątek. Można więc sobie pomyśleć, że gra w jakiś sposób wykorzysta ten fakt, zwłaszcza, że twórcy sami zdecydowali się go podkreślić. Niestety, ale nasza robota detektywa opiera się tutaj na rozmowie z oznaczonymi postaciami, znalezieniu ważnej informacji na koniec poziomu i kliknięcie w zebrany dowód, gdy będziemy w biurze. 

Nie lubię oceniać gry z perspektywy czegoś, czym nie jest albo czym ja chciałbym, żeby była, ale jednocześnie trochę szkoda mi zmarnowanego potencjału. Uważam, że mechanika samodzielnego łączenia faktów w jedną całość pasowałaby tutaj idealnie. Jeśli spodziewaliście się od tej gry ciekawych wyzwań detektywistycznych, to niestety będziecie zawiedzeni. 

To jak to jest być myszą, dobrze? Mouse: P.I. For Hire – ostateczne wrażenia 

Polakom ze studia Fumi Games udało się stworzyć produkt, którego nie muszą się wstydzić. Od Mouse: P.I. For Hire czuć dobrze zaplanowaną wizję na grę i odpowiednią jej realizację. To boomer shooter wyróżniający się na tle innych przede wszystkim niecodzienną stylistyką i klimatem z wystarczająco dobrą rozgrywką, aby chcieć kontynuować przygodę. Nie jest grą idealną i na pewno ma obszary, które można poprawić, ale za tę niewielką, jak na dzisiejsze standardy, cenę 109 złotych na Steam dostajemy naprawdę solidną produkcję.

Bardzo duży plus idzie ode mnie za świetnie napisane dialogi i tak samo świetną kinową lokalizację. Tłumacze wykonali tutaj kawał dobrej roboty. Sama gra nie dłuży się i niczym wysoko oceniane seriale seriale wie, kiedy ujawnić napisy końcowe (mi zajęło to około 14 godzin). W skrócie: Polacy mają kolejny powód do dumy, jeśli chodzi o rodzime produkty w branży gier. Jestem bardzo ciekaw, co jeszcze w przyszłości ujawni to świeże warszawskie studio. 

Gra dostępna jest do kupienia na wszystkich wiodących konsolach oraz PC. 

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights