Walka z czasem. Lysfanga: The Time Shift Warrior – recenzja gry

wejście do świątyni

Szukacie dobrej gry przypominającej Hadesa? Jeśli tak, to nie mogliście lepiej trafić! Przed Wami recenzja gry Lysfanga: The Time Shift Warrior, która potrafi zachwycić pomysłem i oryginalnością.

Kojarzycie grę Hades od studia Supergiant Games? Niedawno na rynku pojawiła się jej kontynuacja. Co prawda nie mogło obyć się bez kontrowersji. Związane one były z ceną, jaką Polacy mieli zapłacić za ten tytuł. To właśnie my musieliśmy wydać znacznie więcej w porównaniu z innymi krajami. Na szczęście sytuacja uległa poprawie dzięki nagłośnieniu sprawy, a Steam oraz inne platformy po czasie obniżyły koszt Hadesa 2.

Nie ukrywam, iż ja też od bardzo dawna polowałam na ten tytuł. Jednak tuż przed samą premierą kontynuacji hitu od Supergiant Games wpadła mi w ręce dość podobna produkcja. Lysfanga: The Time Shift Warrior to gra niezależna opracowana przez Sand Door Studio. Mimo iż ma ona wiele zalet, to znalazły się w niej również aspekty, które już niezbyt przypadły mi do gustu, o czym przeczytacie w niniejszej recenzji.

Czas – start!

Zacznijmy od początku. Podczas rozgrywki dzieła Sand Door Studio wcielamy się w tytułową Lysfangę imieniem Imë. Jej zadaniem jest ochrona Nowego Królestwa Antali przed wszelkim zagrożeniem. Szybko okazuje się, że protagonistka będzie miała pełne ręce roboty. Wszystko za sprawą demonów zwanych Raxesami, które zaczęły opanowywać dawne miasta zniszczone przeszło 500 lat wcześniej przez ogromny Kataklizm. W jego następstwie wiele osób musiało opuścić swoje domy i przenieść się do Nowego Królestwa.

Niedługo po rozpoczęciu swojej wyprawy bohaterka natrafia na swojego zaginionego brata – Kehöra. Ta dwójka to ogień i woda. Imë jest niczym wulkan energii, gotowa zawsze i wszędzie, aby stanąć do walki. Jej zawziętość i lojalność sprawiły, iż od razu przypadła mi do gustu. Natomiast młody mag jest jej przeciwieństwem. Powściągliwy i ostrożny. Mimo dzielących ich różnic dało wyczuć się ich głęboką więź oraz oddanie, jakim darzą siebie nawzajem.

Kobieta w zbroi rozmawia z mężczyzną

 

Jednak Imë podczas swojej misji mogła liczyć nie tylko na brata, lecz również jej przyjaciół, którymi okazały się golemy. Każde z tych wyjątkowych stworzeń posiada swój talent, w którym się specjalizuje. Tak więc podczas rozgrywki wojowniczka otrzymuje prezenty w postaci run od Acauno, jak i specjalne zaklęcia stworzone przez Cobrunnosa.

Magia przyjaźni

Dzięki magicznym towarzyszom zyskałam cały wachlarz różnorodnych umiejętności, które, sprytnie dobrane, znacząco pomagały jeszcze sprawniej rozprawiać się z oponentami. Jednak to nie wszystko. Bogini czasu – Qhomera – może czasem obdarować protagonistkę wyjątkowymi zdolnościami. Każda z nich jest unikatowa, zadaje ogromne obrażenia, daje nietykalność czy nawet zatrzymuje czas. Jest jedno „ale” – aby z nich skorzystać, trzeba poczekać aż się odnowią, co zajmuje dłuższą chwilę.

Dwa golemy rozmawiają z kobietą

 

Bez wątpienia najważniejszą zdolnością Imë jest cofanie czasu. Dzięki tej umiejętności walka nie kończy się wraz z końcem limitu czasowego nałożonego przez grę. Zamiast tego protagonistka może się odradzać, a na polu walki pojawiają się remnanty – kolejne wcielenia wojowniczki, które w czasie rzeczywistym powtarzają ruchy wykonane podczas poprzedniej pętli. Należy jednak pamiętać, iż liczba kopii jest ograniczona. Tak więc, jeśli nie zdołamy pokonać oponentów nim licznik wybije zero, to czeka nas oglądanie ekranu „game over”.

Początki są ciężkie

Muszę przyznać, iż system walki wprowadzony do gry Lysfanga: The Time Shift Warrior niezwykle mi się spodobał. Jest przede wszystkim oryginalny oraz dodaje mnóstwo dynamiki do rozgrywki. Szybkie tempo akcji i dłuższe przerwy od potyczek, które można wykorzystać na poznanie fabuły oraz zwiedzanie lokacji, idealnie się uzupełniały. Dzięki temu nie czułam zmęczenia z powodu zbyt dużej liczby starć z oponentami.

Obraz przedstawiający gameplay –Lysfanga: The Time Shift Warrior recenzja

 

Jednak nie wszystko było takie kolorowe. Dzieło Sand Door Studio ma niesłychanie nierówne tempo. Początki z tym tytułem przypominały drogę przez piekło. Bardzo męczyłam się przy kolejnych walkach i narastała we mnie frustracja z powodu zbyt wyśrubowanego, jak na mój gust, poziomu trudności. Potrafiłam naprawdę długo próbować przejść jedną sekwencję tylko po to, aby ugrząźć w kolejnej na paręnaście ładnych minut.

… ale z czasem będzie lepiej

Mogłoby się wydawać, że im dalej w las, tym będzie gorzej. Nic bardziej mylnego. Po dotarciu do drugiego aktu gra nagle zmienia tryb na ten „family friendly”, ponieważ z każdą kolejną walką jest coraz łatwiej. Mimo nowych oponentów, którzy posiadają mocniejsze umiejętności pasywne. Na początku zwaliłam to na garb zaklęć oraz run, jakie otrzymałam od przyjaznych golemów.

Jednak wraz z rozpoczęciem ostatnich walk okazało się, iż bardzo się myliłam. Znów musiałam kombinować i napocić się, aby wygrać daną potyczkę. Nie było to tak frustrujące, jak na samym początku, jednak dość dziwnie się czułam podczas takich „przeskoków”. Nie było tu złotego środka – albo walka nie stanowiła żadnego wyzwania, albo była nieznośnie trudna. Brakowało mi wyważenia w tym systemie trudności.

Siwy brodaty mężczyzna posiadający za sobą sześć rąk

 

Najbardziej rozczarowały mnie walki z bossami. Krótko mówiąc – spodziewałam się czegoś więcej. Co prawda każdy z nich ma kilka faz znacznie różniących się od siebie, jednak wystarczy wyuczyć się ruchów wroga, aby w ekspresowym tempie się go pozbyć. W tych potyczkach wystarczyło mi jedno podejście, podczas kiedy ze zwykłymi oponentami mordowałam się w nieskończoność. Bo, co jak co, ale gracze po większych przeciwnikach oczekują jakiegokolwiek wyzwania i satysfakcji po jego pokonaniu. Niestety, lecz w grze Lysfanga: The Time Shift Warrior tego zabrakło. A szkoda, ponieważ potencjał był ogromny.

Łowca skarbów

Oprawa graficzna dzieła Sand Door Studio jest olśniewająca. Od razu na myśl przyszły mi do głowy klimaty celtyckie bądź czasy Mezopotamii. Budynki, dżungla oraz świątynie wyglądały pięknie i przemieszczałam się po nich z przyjemnością. Dodatkowo rzut izometryczny, w którym jest utrzymana gra, potęgował to wrażenie i dawał okazję, aby zobaczyć wszystkie lokacje z jak najlepszej strony. Szczególnie przedostatnia z nich zapadła mi w pamięć. Wyróżniała się na tle innych dzięki swojemu futurystycznemu wystrojowi.

Bohaterka stoi pośrodku futurystycznej lokacji, Lysfanga: The Time Shift Warrior

 

Pomimo tego całego piękna dało się dostrzec… pustki. Oczywiście nie spodziewałam się tłumów ludzi w opuszczonych i zapomnianych przez Boga miastach, a tym bardziej dżungli. Jednak twórcy zrobili z lokacji istny labirynt. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ bieganie w tę i z powrotem, aby otworzyć skrzynkę, jedynie sztucznie wydłużało rozgrywkę. Skrytki zawierały specjalne skórki lub cząstki remnantów. Kiedy udało mi się uzbierać 4 takie kawałki, to otrzymywałam możliwość utworzenia dodatkowej kopii Imë. Nie wydawało się to warte aż takiego zachodu.

Kula daje fula

Muszę jednak przyznać, że zbieranie skrzyń z cząstkami remnantów było kluczowe, aby ułatwić sobie rozgrywkę. W końcu im więcej wcieleń bohaterki mogłam wytworzyć, tym łatwiej było mi pokonać nawet tych groźniejszych przeciwników. Dodatkowa liczba wojowniczek do dyspozycji oraz wydłużony czas zdecydowanie działały na moją korzyść.

Kobieta stoi przed posągiem, Lysfanga: The Time Shift Warrior

 

Tak jak rozumiem rozsianie w różnych zakątkach mapy skrzynek, tak już nie bardzo pojmuję zbieranie cząstek magii. Po prawdzie nie znalazłam żadnego sensownego zastosowania dla „kul mocy”, jak pieszczotliwie zaczęłam je nazywać (miały kształt błękitnych szklanych kul). Jedyne co mogłam z nimi zrobić, to wymienić je za nową skórkę do zbroi u jednego z golemów. To dość mało zważywszy na to, że są ukryte w przeróżnych i niekiedy trudno dostępnych miejscach.

Czas zemsty i odkupienia – finalne wrażenia z gry Lysfanga: The Time Shift Warrior

Gra Lysfanga: The Time Shift Warrior pozostawiła po sobie mieszane odczucia. Bez wątpienia największym jej atutem jest oryginalny gameplay. Miejscami potrafił wywołać on frustrację, ale to głównie ze względu na swój niewyrównany poziom trudności. Postacie i fabuła również bronią tego tytułu. Historia o zemście oraz próbie odkupienia swoich win, okraszona interesującym zwrotem akcji była może nie wybitna, lecz na pewno godna uwagi.

Co do minusów… Niekończący się labirynt lokacji, który według mnie sztucznie wydłużał rozgrywkę, był jedną z największych wad tego tytułu. Dodatkowo, mimo tego że postacie zostały napisane bardzo dobrze, brakowało w nich głębi. Mogłyby być nieco bardziej rozbudowane.

Jednak i tak poleciłabym grę Lysfanga: The Time Shift Warrior każdemu fanowi produkcji niezależnych. Szczególnie jeśli graliście już w kontynuację hitu studia Supergiant Games i chcecie jeszcze chwilę pozostać w podobnych klimatach.

Recenzja gry Lysfanga: The Time Shift Warrior powstała dzięki uprzejmości Quantic Dream. Dziękujemy za zaufanie!

Scroll to Top