Niektóre miejsca powinny pozostać głęboko ukryte. A przynajmniej nie powinniśmy nigdy do nich trafić. Mimo wszystko recenzja Resident Evil Village nie powstałaby, gdybym nie najadła się trochę strachu…
Od pierwszych dni po premierze 7 maja 2021 roku gra Resident Evil Village wzbudzała wiele emocji wśród fanów serii, przez co powstawała recenzja za recenzją. Teraz macie okazję spojrzeć na ten tytuł oczami jednego z największych strachajłów w redakcji Grajmerek! Kręcę się wokół Rezydencji Zła od dawna, a moja domowa biblioteka gier zawiera w sobie wszystkie części, jednak dotychczas nie odważyłam się spróbować swoich sił. Podczas rozgrywki otuchy dodawał mi mąż i przy tym powstrzymywał przed ciągłym zasłanianiem oczu i rzucaniem padem w potworniaki na ekranie telewizora. Widzicie, ja jestem mocno strachliwa, a za horrory wzięłam się dopiero niedawno, brakuje mi wprawy, kontroli, słynnych cojones, kto wie…
Capcom zachwyca nas serią Resident Evil już od ponad 25 lat. Były oczywiście wzloty i upadki, ale muszę przyznać, że dzięki ostatniej odsłonie nabrałam apetytu także na wcześniejsze części. O ile oczywiście pokonam wewnętrzną boidupkę.
Rozgrywkę przeprowadziłam na konsoli PlayStation 4, ale tytuł jest dostępny także na PC, PlayStation 5, Xbox One oraz Xbox Series X|S. Starałam się nie spoilerować w recenzji rozgrywki, także każdy, kto dotychczas nie miał okazji spróbować tej produkcji, może czytać dalej bez obaw!
Wspomnę jeszcze tylko, że Resident Evil Village kosi jak szalone nagrody w różnych kategoriach, co chwilę słyszymy o nowych nominacjach. I wiecie co? W ogóle mnie to nie dziwi!
Miłe złego początki
Zimne napoje, pochrupajki i ślubny siedzący obok na kanapie – czyli zestaw strachajły gotowy do startu gry! Tak jak wspominałam, Resident Evil Village jest moją pierwszą grą z serii, dlatego też ta recenzja będzie napisana okiem typowego świeżaka. Dla takich nowych graczek, jak ja, twórcy przygotowali doskonałe wprowadzenie będące skrótem przygód głównego bohatera, Ethana Wintersa, z poprzedniej części cyklu, Resident Evil VII: biohazard. Dowiadujemy się między innymi, co spotkało jego żonę, ale po więcej szczegółów musimy się cofnąć do rozgrywki siódmego Residenta.
Niespodziewanie przenosimy się do dosyć niepokojącej historii czytanej przez Mię, żonę Ethana, ich córeczce. Książka dla dzieci o tytule Village of Shadows została przedstawiona jako cudowna animacja. Całość pobudza wyobraźnię i daje niejaką zapowiedź tego, co spotka głównych bohaterów w toku opowieści. Mała dziewczynka wyrusza na wędrówkę do lasu, gdzie spotyka różne straszne postaci, ale nie dowiemy się, jaki los ją spotkał… Przynajmniej nie przed zakończeniem gry.
Kiedy czytanie bajki dobiega końca, zyskujemy w końcu kontrolę nad Ethanem. Po raz pierwszy mogę się rozejrzeć po domu bohatera. Wszystko zostało oddane w najmniejszych szczegółach, z miejsca zakochałam się w tych drobnych detalach, w które zostały zaopatrzone elementy wystroju wnętrza. Mając z tyłu głowy, że to mimo wszystko horror, czekałam, aż coś się wydarzy. A tutaj, jak na złość, nic! Zmitrężyłam jeszcze chwilę i zaniosłam dziecko, które cały czas Ethan trzymał na rękach, do łóżka. Sielankowy nastrój był nieco okraszany nastrojem niepokoju, ponieważ za każdym razem, gdy tylko bohater rozmawiał z Mią, wyczuwało się napięcie między nimi. Ewidentnie jakieś niedokończone sprawy kładły się cieniem na ich małżeństwie! Resident Evil VII: biohazard, przybywam! Muszę wiedzieć co i jak się tam wydarzyło!
No to wchodzimy w fabułę z buta i wio do lasu
Początkowo możemy się tylko domyślać, gdzie właściwie mieszka bohater ze swoją rodziną. Pozorny spokój zostaje nagle zburzony, gdy do domu wpada uzbrojona po zęby jednostka najemników. Mia otrzymuje zabójcze strzały z pistoletu, Rose zostaje zabrana z kołyski i uprowadzona, a Ethan leży półprzytomny na podłodze i nic nie może zrobić, aby ratować swoją rodzinę! Scena jak z koszmaru, która dodatkowo zostaje zakończona utratą przytomności.
Jakiś czas później nasz bohater się budzi. Leży na śniegu, dookoła ciemny las. Niedaleko leży trup jednego z tajemniczych komandosów, a samochód, którym najwyraźniej wszyscy podróżowali, jest rozwalony, jak po wypadku. Nigdzie nie ma najważniejszej osoby, córeczki Ethana. W tym momencie zaczyna do nas docierać groza sytuacji. Albo zostaniemy, gdzie jesteśmy i zamarzniemy, albo ruszymy przez ciemny las po śladach napastników, aby odzyskać Rose. Chwila moment, dlaczego wszędzie leżą martwe ptaki?
Jeszcze trochę przedzierania się przez zarośla i docieramy do tajemniczej groty. Cały czas czekam, kiedy zostanę zaatakowana. Albo kiedy coś mnie przestraszy. Napięcie sprawia, że podskakuję na każdy najmniejszy szelest. Serio, jestem bardzo podatna na wszelkie jump scary, a większość strasznych rzeczy sama sobie dorabiam w głowie. Rozgrywka została okraszona sporą dawką adrenaliny, która podskakiwała, gdy tylko odnajdowałam kolejne niespodzianki przygotowane przez zespół twórców Resident Evil Village. Warto było się przedzierać przez ciemność, widoki na końcu ścieżki wynagrodziły mi wszystkie przeżyte po drodze minizawały serca.
Malownicza wioska pośród górskich szczytów, nocleg w pięknym zamku, gościnni tubylcy…
Brzmi jak wakacje marzeń! Do tego room service dostępny 24 godziny na dobę, pyszne jedzenie, doskonałe ścieżki turystyczne. Tak mogłoby być, gdyby tylko nie kilka drobnych szczegółów. Mieszkańców opanowała tajemnicza choroba i zamienili się w wilkołaczopodobne stwory. Wielu z nich wydaje się nadmiernie pokrytych owłosieniem, a nieliczni „normalni” tubylcy są wystraszeni, pochowani po kątach i ogólnie sprawiają wrażenie zaszczutych. Wszędzie walają się zniszczone sprzęty domowe, chaty płoną, stosy pobitych jaj leżą na klepisku, a martwe zwierzęta ścielą się pod nogami. Co tu się, u licha, dzieje?
Budowana stopniowo atmosfera nieokreślonej grozy zaczyna eskalować. Niespodziewanie trafiamy w sam środek dziwnych porachunków, gdzie stawką zawsze będzie życie. Uczucie bycia ofiarą, paniczna ucieczka w ciemnościach, depczący po piętach wrogowie. Oczywiście natkniemy się także na grubsze ryby. W tym na słynną Lady Dimitrescu! Muszę przyznać, że nie bez powodu zyskała na popularności. Jej postać została poprowadzona po mistrzowsku! Mimo że porusza się powoli, to jednak bezszelestnie. Samą swoją obecnością, gdzieś tam w zamkowych korytarzach, podbijała poziom kortyzolu w moim organizmie.
Warto też wspomnieć, że Capcom przygotował spory uśmiech w stronę fanów serii, o czym może świadczyć charakterystyczny wzór na napotkanej płaskorzeźbie. Odkryjemy go, gdy natrafimy na ścianę z godłami lordów obecnych w tej opowieści. Celowo Wam nie pokażę, o co chodzi, musicie sami go odnaleźć. Rozglądajcie się uważnie!
Ciekawym rozwiązaniem w tej odsłonie Resident Evil jest mapa dostępnych obszarów. Sporym ukłonem w stronę laików, takich jak ja, jest oznaczanie, które budynki i pomieszczenia zostały już złupione w całości, a które wciąż wymagają naszej uwagi. To także prowadziło do kilku palpitacji serca po mojej stronie, bo niespodziewanie natrafiałam na przykład na wilkołaka. Niby nic, pif-paf i po sprawie, ALE WARCZAŁ NA MNIE. Mapa z czasem odkrywa także interesujące miejsca i skrytki i zaznacza te, których nie byliśmy w stanie otworzyć w danym momencie. Fajnie, że można się skupić na byciu zastraszonym przez występujących złoli, a nie trzeba wszystkiego zapamiętywać.
Tym sposobem docieramy do Dziennika prowadzonego przez Ethana. Znajduje się w nim opis najważniejszych zdarzeń, dzięki czemu w każdej chwili możemy przypomnieć sobie poszczególne wątki fabularne, cel gry w danym momencie czy opis najważniejszych postaci. Wszystko jest napisane jakby w przelocie i zawiera tylko najważniejsze informacje. Szczerze mówiąc, trochę się zastanawiałam, kiedy udało mu się to wszystko spisać. No ale, nawet największy bohater musi pójść czasem do wychodka (a tych w grze jest sporo! Warto otwierać wszystkie, tak tylko mówię) i pobyć w samotności.
Gdzieś tam z czasem natkniemy się na nieco szaloną staruszkę. Z wyglądu przypomina szamankę, mamrocze pod nosem, odnosimy wrażenie, jakby dawno nie widziała wody z mydłem. Sam urok i czar. Mówi też do nas zagadkami, chichocze jak stara wiedźma z baśni i początkowo jest mało przydatna dla bohatera. Z czasem docenimy jej walory, ale pierwsze zderzenie z tą personą sprawiło, że ciarki przeszły mi po plecach. A wtedy w grze nawet nie było ciemno!
Słów kilka o znaleziskach
Zapytacie: co z bronią, nabojami i innymi ciekawymi znajdźkami? Czy mamy to wszystko nosić w plecaku? Otóż nie! Przez całą rozgrywkę będziemy się natykać na tajemniczego kupca, który przedstawi nam się jako Duke. Ten potężnej postury mężczyzna będzie skupował od Ethana wszelkie nadmiarowe przedmioty oraz dostarczy nowych narzędzi niosących śmierć. Czasami rzuci nam jakąś poradą, do której lepiej się zastosować, żeby nie kluczyć we mgle. Jak się tak zastanowić, to kupiec jest jedyną przyjazną dla nas postacią – jakie sekrety poznał i iloma się podzieli? Dodatkowo ciekawostką na pewno będzie fakt, że pieniądze, którymi operujemy, są jedynym tropem naprowadzającym nas na lokalizację akcji gry. Nie usłyszycie ani słowa o tym, że jesteście w Rumunii, mimo że waluta właśnie na to będzie wskazywała. No to czymże innym może być majaczący wokół łańcuch górski, jak nie Karpatami?
Sporym zaskoczeniem były dla mnie drewniane koziołki. Na pierwszego natykamy się zaraz na początku gry, stoi sobie spokojnie w skrzynce przypominającej kapliczkę. Wrodzony wandalizm wymusił na mnie machnięcie w niego nożem, a on puf! Zniknął! Późniejsze fazy gry odkrywały kolejne figurki w różnych niezwykłych miejscach, a towarzyszyły im bardzo niepokojące odgłosy. Przyznaję, że obok różnego rodzaju zdobywanych skarbów na sprzedaż, koziołki były najbardziej interesujące. I ten sekret, który skrywały…
Bardzo spodobała mi się historia miejsc, którą odkrywamy stopniowo. A to notatka na lodówce, a to księga z opisem mrocznego, krwawego i mocno niepokojącego rytuału. Wszystko to mocno kontrastowało ze sobą. Nagle z całkiem współczesnego świata przenosimy się do mroków… średniowiecza? No właśnie. Jaki to czas i co my tu robimy? Dlaczego to wszystko jest takie poplątane? Tu traktor – tam koń. Kobiety ubrane w długie suknie kontra całkiem nowocześnie wyglądające bronie. Czy można przypuszczać, że dwie rzeczywistości przeplatają się ze sobą i dają nam wciry?
Ethan nie musi wszystkiego nosić w rękach. Nosi wszystko w kieszeniach. Nie wiem, jak to robi, nie wnikam. Jest to problem wielu postaci z gier komputerowych, że o biednej Płotce dźwigającej tony żelastwa nie będę przypominać. Bohater może także w pełnym pędzie craftować amunicję i mieszać lecznicze dekokty, co nieraz uratowało mi tyłeczek. Nie jest to zbyt realistyczne, ale jak na potrzeby tej opowieści w zupełności wystarczające. Pocieszające (lub nie, sami wybierzcie) jest to, że nie ma zbyt wiele miejsca w ekwipunku, więc nie możemy przesadzać z noszonymi miksturami czy ilością broni. No cóż, poziom trudności zobowiązuje!
Na swojej drodze będziemy także znajdowali przedmioty fabularne. Dużą przyjemność sprawiało mi oglądanie każdego modelu graficznego. Doceniam wysoką staranność wykonania, każdy element zdaje się mieć swoje własne znaczenie. Jeżeli ktoś miał wątpliwości, czy warto wydać tak wysoką kwotę na grę – warto. W każdym momencie rozgrywki tylko się w tym utwierdzałam, a moja recenzja Resident Evil Village powinna przemawiać za tym w całej krasie. Wszelkie strachy spod łóżka można pokonać przy pomocy dobrze wycelowanej broni. Polecam!
Zdecydowanie rekomenduję kurort Resident Evil Village – finalne wrażenia
Pomimo wielu skoków ciśnienia, momentów, kiedy miałam ochotę rzucać padem w ekran i tego ucisku w głowie powodowanego przez stres ze strachu, uważam że to jedna z najlepszych gier, w jakie grałam. Nie chodzi tylko o walory estetyczne, bo wierzcie mi, że moim głównym obszarem zainteresowania są gry retro. Ale tutaj miałam ochotę pstrykać fotosy jak turystka wpuszczona w malowniczy zakątek! Każde miejsce w grze zostało należycie przemyślane. Zagadki nie były szczególnie trudne, ale dawały chwilkę wytchnienia podczas ucieczki przed wrogami (choć i to nie zawsze, niektóre rozwiązania wymagały przemyśleń w biegu).
Poziom trudności kolejnych etapów został dostosowany nawet dla takich tchórzy jak ja. Panika narastała we mnie w odpowiednich momentach. Cały czas oczekiwałam, kiedy kolejne straszydło rzuci się na mnie. Kontrola liczby pocisków, obserwacja otoczenia, poszukiwanie rozwiązań i przedmiotów fabularnych. Do tego silna koncentracja na znalezieniu wyjścia z kolejnych lokacji mocno dawały mi się we znaki. Dałam się ponieść opowieści i każdy odkryty element dodatkowo mnie cieszył, jakbym rzeczywiście była więźniem jakichś dziwnych, pokracznych stworów, które zabawiają się moim kosztem.
To już prawie koniec recenzji Resident Evil Village, która powstała poniekąd na wariackich papierach. Przyznam się, że nie wierzyłam do końca, że uda mi się ją napisać, że podołam strachom, które sięgały do moich pierwotnych lęków. A teraz? Czekam, kiedy będę mogła zacząć poprzednią część! Mój terminarz ogrywania kolejnych tytułów zapełnia się niebezpiecznie szybko, w związku z tym prawdopodobnie jakiś inny tytuł spadnie na koniec mojej listy.
Wykonajcie nieco dłuższy rzut oka na ostatni screen, który dla Was przygotowałam. Warsztat tkacki. Jedyny, jaki znajdziecie w grze. Nie macie ochoty poznać jego historii? Obawiam się, że część opowieści będzie musiała i tak pozostać w sferze domysłów, no ale… czy odważycie się wyruszyć do tajemniczej wioski, zagubionej pośród karpackich szczytów?
Redaktorka: krolyczek






















