Moje obrzydzenie i jednocześnie fascynacja sięgnęły zenitu. Oto recenzja gry Space Warlord Organ Trading Simulator.
Gdyby ktoś miał wątpliwości, o czym jest produkcja od Strange Scaffold, to tytuł zdradza wszystko. W Space Warlord Organ Trading Simulator mamy do czynienia z symulatorem handlu organami – ta recenzja zaraz Wam przybliży, czy to opłacalne zajęcie. To długa nazwa, ale mają one to do siebie, że zazwyczaj jasno mówią, o czym jest gra.

Fujka, mam w to grać?
I powiedzmy sobie to od razu – ta produkcja jest obrzydliwa. Zarówno wygląd organów, jak i niektóre zamówienia potrafią wywołać niepokój. Oczywiście działa to na plus, bo czego właściwie mamy się spodziewać po pracy osoby, która handluje organami ludzi i kosmitów? To produkcja bardzo mroczna i bardzo niepokojąca, a jednocześnie wciągająca osobę grającą w wir kupowania i sprzedawania, wręcz uzależniająca od uczucia dobrze zrealizowanego zamówienia.

Kupuj-sprzedawaj
Naszym głównym celem jest zbieranie zamówień od wszelakich postaci pobocznych i realizacja ich – jak najszybsza i jak najmniejszym kosztem. Wygląda to przykładowo tak: cyklopopodobna istota zobaczyła coś przerażającego i było to dla niej tak koszmarne, że potrzebuje nowego oka. Najwyraźniej mycie oczu, znaczy oka, już nie zmyje tej obrzydliwości. Istota proponuje nam określoną sumę pieniędzy i punktów reputacji w zamian za nowe oko, które my załatwimy jej z intergalaktycznej giełdy organów. Oko oku nierówne, więc i ceny mogą się różnić, a nam przecież chodzi o to, żeby wyjść jak najbardziej na plus.
Z czasem, gdy nasza reputacja się poprawi, poza takimi dość prostymi zamówieniami, które nie przynoszą jakichś powalających zysków, pojawiają się lepiej płatne, chociaż bardziej skomplikowane zamówienia. A to dzwoni nekromanta, że chce przywrócić swojego byłego władcę do życia i organy, które zamawia, mają mieć status „mityczny”. Innym razem bogate dzieciaki dostały kartę kredytową od swoich rodziców i zamarzyły im się trzy trzustki.
Zaawansowanie zadań rośnie z czasem i z naszą reputacją, ale im trudniejsze zadanie, tym więcej zarobimy. Na giełdzie musimy polować na potrzebne nam organy, a to bywa naprawdę trudne.

Gdzie w tym szaleństwie fabuła?
Zadania dostajemy od tego samego grona osób, z czasem jest ono szersze, ale jeśli widzimy nową twarz, to zostanie ona z nami na dłużej. Zamówienia brzmią dość enigmatycznie, ale ich opis może zdradzać, co delikwent próbuje osiągnąć. Jeżeli dość długo będziemy współpracować z daną postacią i ukończymy jej serię zadań, to możemy nawet odblokować jedno z siedmiu dostępnych zakończeń całej gry. Nie chcę tu niczego zdradzać, bo ta recenzja Space Warlord Organ Trading Simulator jest oczywiście wolna od spoilerów. Te zakończenia pozostawiają takie… bardzo trudne do opisania uczucie. Wybijają z rytmu kupowania-sprzedawania, pokazują efekt naszych działań w akompaniamencie mrocznej i przygnębiającej muzyki – chociaż nie zawsze te zakończenia są złe. Niemniej warto samodzielnie odkryć przynajmniej kilka z nich.
Tu też warto zauważyć, że gra zapisuje tylko nasz ostatni ukończony dzień, a gdy osiągniemy jakieś zakończenie, to wracamy do menu głównego. Na szczęście nie musimy w tej sytuacji zaczynać rozgrywki od nowa. Możemy wrócić się do naszego ostatniego dnia, w którym już nie będzie dostępnych zadań w ramach ukończonej linii fabularnej. Bardzo dobre rozwiązanie, dzięki któremu można zaoszczędzić sporo czasu.

Bogacenie się
Zawsze intrygowała mnie idea grania na giełdzie i to, jak ludzie potrafią się na tym wzbogacić, jednak nigdy nie miałam głowy (ani funduszy) do tego, żeby spróbować. Przeróżne gry już pozwalały nam inwestować we wszelakie firmy czy surowce, jak np. GTA V. Oglądanie tego, jak ceny zmieniają się w zależności od wydarzeń, które obserwujemy (lub w których uczestniczymy), jest niezwykle satysfakcjonujące. Tylko że tutaj inwestujemy w przeróżne ograny.

Wyglądasz inaczej
Wcześniej wspomniałam, że wygląda to wszystko naprawdę obrzydliwie. Zachwyca mnie, że twórcy potrafią wywołać tyle emocji za pomocą modeli w tak mocno pikselowym stylu. W grze widzimy głównie kolory zielony i czerwony/różowy, zarezerwowany dla wszelkiego rodzaju mięska, które kupujemy i sprzedajemy. Organów możemy dotykać, mogą one gnić, dlatego warto zainwestować w dobrą lodówkę albo najlepiej przekazywać je od razu klientom. Oprawa jest dość prosta, a jednocześnie bardzo ładna i przemyślana. Chociaż na ekranie mamy multum informacji, to szybko możemy się połapać, o co właściwie chodzi i jak handlować najefektywniej.

Dźwięki metalu i mięsa
Jak mówiłam, organów możemy dotykać i będą wydawały takie… mięsne odgłosy. Ale to nie jest najistotniejsze. Najważniejsza jest ścieżka dźwiękowa. Dawno nie słyszałam czegoś tak dobrego. Elektroniczne, cyberpunkowe nuty nadające rytm szybkiemu skupowaniu organów i odsprzedawaniu ich, zbieraniu nowych zamówień i odczytywaniu w tym szale wszelkich zewnętrznych wiadomości, jeżeli się pojawią. Utworów nie jest dużo, ale to, jak się przeplatają i to, jak intensywna jest rozgrywka, po prostu działa. Moja druga połowa nawet czasami krzyczała z innego pokoju: „Podgłośnij!”, bo tej muzyki się tak dobrze słucha.
Space Warlord Organ Trading Simulator – ostateczne wrażenia z gry
Bawiłam się przednio i ta niby prosta produkcja skradła mi wiele godzin. Ale jakże przyjemne były te godziny. Przy tym tytule jak najbardziej można robić sobie krótkie sesje, chociażby na jedno czy dwa otwarcia giełdy – polecam spróbować szczególnie jeżeli nie macie ostatnio czasu na granie. Jestem tym tytułem niezwykle zauroczona. Jest dostępny również w ramach Game Passa, więc jeżeli już go opłacacie, to tym bardziej polecam dać produkcji szansę. Albo klasycznie na Steamie.
Dodatkowo myślę, że ta recenzja powinna też Was poinformować, że w Space Warlord Organ Trading Simulator nie ma języka polskiego. W związku z tym ta produkcja może posłużyć jako pretekst do nauki trudnych słów nazywających organy. Nie używamy ich na co dzień. Gry po raz kolejny bawią i uczą.

