Porzucić siebie dla miłości. The Gap – recenzja gry

Główny bohater gry The Gap

Choroba członka rodziny to choroba całej rodziny. Ale ty się nie musisz na to godzić. Możesz ją wyleczyć. Oddaj się The Gap, a może Ci się powiedzie.

Podczas tegorocznego Poznań Game Arena trafiłam na stoisko Crunching Koalas, które promowało tytuł od Label This. Zachęcono mnie smutnym klimatem, bo zwyczajnie lubię smutne gry. Jednak tu było coś jeszcze, chociaż opowiem o tym później. The Gap to pierwszoosobowa gra przygodowa, w której poruszamy się po ograniczonej, sterylnej przestrzeni i rozwiązujemy proste zagadki odkrywające przed nami kolejne fragmenty opowieści. Podłej, ciężkiej opowieści przeplecionej wątkami science fiction. Gra zostawia nas zmęczonymi, niepewnymi, a napisy końcowe oglądamy wraz ze swoim skonsternowanym odbiciem w czarnym lustrze ekranu. Pisanie recenzji The Gap wyglądało właściwie podobnie.

Zaufaj mi, jestem lekarzem

Główny bohater to szanowany neurolog Josh, który postanowił poświęcić swoje życie (w tym karierę i relacje rodzinne) jednemu celowi – stworzeniu lekarstwa na przypadłość jego żony. Całkiem ironiczne, zważywszy że to właśnie relacje z nią najbardziej na tym ucierpiały. Josh popada w obsesję znalezienia leku za wszelką cenę i nie cofnie się przed niczym, żeby zrealizować ten cel. W końcu robi to dla wyższego dobra, robi to z miłości, nie dla siebie, prawda?

Dawnej chwały lekarza możemy się tylko domyślać, przyglądając się nagrodom na półkach i dyplomom na ścianach. Jednak dookoła najbardziej rzucają się w oczy zniszczone przedmioty, ogólny bałagan i wszechobecne butelki po alkoholu. Na ścianie w salonie Josha wisi obraz namalowany przez jego żonę i wielka mapa myśli, wskazówek i dokumentów, które mają pomóc mu ją ocalić. Naszym zadaniem jest zdobyć wszystkie informacje, które są Joshowi potrzebne do uratowania Amber – jego ukochanej.

Bohater jest wrakiem człowieka, którego jedyna motywacja to znalezienie lekarstwa. Jednocześnie jednak obwinia się za wszystkie krzywdy, które uczynił swojej rodzinie. Ale przecież robi to dla nich. Para ma uroczą córkę Mię, właścicielkę królika o imieniu Nibbles. Dziewczynka bardzo kocha rodziców, jednak jednocześnie boi się tego, co widzi w swoim domu. Jest za mała, zbyt zagubiona, chwilami porzucana jak przedmiot u innych członków rodziny. Widzimy jej rysunek, na którym twarze mamy i taty są zamazane. Jak mała dziewczynka ma inaczej wyrazić, że sobie z tym nie radzi?

Mama, tata i ja.

Choroba Huntingtona

Moja sympatia do tej gry w dużym stopniu wynika z wyboru tematu, który nie jest powszechnie eksplorowany. Jako członkini rodziny dotkniętej tą chorobą dużo wątków wydało mi się znajomych. Myślę, że spokojnie można by było zrealizować The Gap z wykorzystaniem jakiejś innej, popularniejszej choroby (przepraszam, że to tak brzmi), ale docenię w tej recenzji wybór pląsawicy Huntingtona jako czegoś nowego, a jednocześnie czegoś, czego rzeczywiście powstrzymać się nie da. Przyznam, że nie znam żadnego dzieła kultury, które jakkolwiek porusza temat tej konkretnej, dość rzadkiej choroby genetycznej. Może dlatego, że ta diagnoza faktycznie pozbawia nadziei?

Dla niewtajemniczonych opowiem krótko, na czym mniej więcej polega ta przypadłość. Choroba Huntingtona, zwana również pląsawicą, to postępujące schorzenie neurodegeneracyjne – oznacza to, że w mózgu zachodzą nieodwracalne zmiany, a neurony po prostu obumierają. Nazwa wskazuje na najpopularniejszy objaw, czyli niekontrolowane ruchy pląsawiczne, przypominające taniec (łac. chorea). Poza zaburzeniami ruchu dochodzi również do zaburzeń mowy i osobowości czy otępienia, lęku, depresji. Nie jest to choroba uleczalna, a od jej zdiagnozowania osoba dotknięta nią może żyć najwyżej kilkanaście lat.

Gra jednak nie wykorzystuje maksymalnie możliwości, jakie daje poruszenie wątku takiej choroby. Amber większość czasu jest raczej przyjazną, czułą osobą, która dba o męża i dziecko. Zdarzają jej się momenty „niezdarności”, ale nie sprawia to, że przestaje malować obrazy. I to mnie bardzo zastanawia – malarka miałaby nie lada problem ze wszystkimi tymi niekontrolowanymi spięciami mięśni i w późniejszym stadium choroby musiałaby zrezygnować z takiej pracy. A jednak ten temat nie zostaje za bardzo poruszony. Nie do końca widzimy, jak Amber przeżywa swoją chorobę, nie widzimy, jak się zmienia w osłabioną osobę, cień samej siebie. Możemy dostrzec, że się boi – nie tylko własnej śmierci, ale także o swoje dziecko, a także tego, że mąż ostatecznie ją zostawi. Niemniej w The Gap jest to trochę na zasadzie: „Choroba jak każda inna”.

Jednak najbardziej mnie dotknęło, gdy Amber zrozumiała, że jest w ciąży. Zaczęła martwić się o swoje dziecko, że również może być nosicielem zmutowanego genu. Myślała o swojej nieodpowiedzialności, o narażaniu dziecka na taką chorobę. Rozumiem ją.

Rozlana farba.

Nanoboty w służbie alternatywnych światów

Skoro już wszyscy jesteśmy bardzo smutni, a ja w szczególności, bo przecież piszę ten tekst, to przejdźmy do głównej mechaniki gry. Mianowicie do podróżowania po multiwersum, co jest bardzo science fiction. Temat ostatnio modny, na topie zwłaszcza wśród fanów kina superbohaterskiego. Josh jest świadomy, że nie może samodzielnie stworzyć lekarstwa na chorobę ukochanej, ale może wykorzystać inne możliwości nauki. W świecie przedstawionym potwierdzono, że alternatywne światy istnieją, na czego dowód możemy znaleźć artykuły naukowe, zatem pojawia się nowy pomysł na ratunek Amber. Musi istnieć uniwersum, w którym ktoś już wynalazł lek. A dostać się do niego można poprzez wywołanie déjà vu.

Aby zwiększyć swoją efektywność, główny bohater korzysta z eksperymentalnej technologii pewnej korporacji – nanobotów. Jednak jak to z korporacjami bywa, nie wszystko idzie jak po maśle i Joshua szybko doświadcza okropnych efektów ubocznych, w tym regularnych utrat przytomności. Ale wyposażeni w możliwość eksplorowania alternatyw, podróżujemy z neurologiem po jego wspomnieniach i zbieramy najistotniejsze chwile, aby dotrzeć do rozwiązania. Jednocześnie poznajemy intrygę związaną z korporacją, jak również po prostu oglądamy życie bohatera.

Przeżywanie wspomnień.

Sterylne pokoje

„Teraźniejszością” możemy nazwać rok 2045, do którego bohater regularnie wraca, aby rozwiesić na ścianie salonu zdobyte wskazówki. To tam najbardziej doświadczamy pokłosia jego zachowania i szaleńczego dążenia do zdobycia leku. W zaśmieconym mieszkaniu o białych ścianach potykamy się o butelki. Na drzwiach wejściowych wyświetla się temperatura na zewnątrz, zanieczyszczenie powietrza i wskaźnik promieniowania UV. Wszystkie ponad normę, niebezpiecznie wysokie. Pokój córki wydaje się nietknięty odkąd się wyprowadziła. W łazience są dwa lustra, jedno rozbite pięścią, a dookoła walają się puste opakowania po lekach. Wanna jest czarna.

Wspomnienia pokazują różne chwile i różne miejsca. Skaczemy po nich nie po kolei, zbieramy informacje, które pomogą nam rozwiązać jakąś zagadkę w całkiem innym miejscu. Pin do telefonu, hasło do komputera czy odpowiedzi do testu – wszystko da się znaleźć, ale trzeba umieć szukać. Każda taka informacja prowadzi nas do dalej, pozwalając na poznanie i zrozumienie Josha. Poza czystym domem z białą wanną i zmieniającym się pokojem dorastającej córki mijamy korporacyjne korytarze, akademik, parki, bary. Przeglądamy najbardziej prozaiczne chwile życia, które doprowadziły do momentu, w którym teraz się znaleźliśmy.

Miłego dnia…
…albo i nie.

Quid pro quo. The Gap – finalne wrażenia

Pisząc tę recenzję, bardzo się wczułam w zapadanie się w szaleństwo i obsesję w The Gap, sam Josh to bohater niezwykle tragiczny. Nie chcę zdradzać, jak się kończy ta opowieść, zdecydowanie warto sprawdzić to samodzielnie i poczuć ten niepokój związany z kłótnią z samym sobą. Po przejściu tej gry musiałam ją przetrawić, żeby dobrze do mnie dotarło to, co zobaczyłam i jak wymowny, przykry był to obraz. Więc gdy już rozpoczniecie swoją przygodę z Joshem, zwróćcie uwagę na czerwone napisy na drzwiach.

Recenzja The Gap powstała dzięki uprzejmości Crunching Koalas. Dziękujemy za kluczyk z grą i możliwość jej sprawdzenia.

Scroll to Top