O tym, czy tematy bolesne dla naszego kraju są dobrym materiałem na grę, dowiecie się z recenzji 63 Days.
Historia Polski to nie tylko wzloty, ale i masa trudnych, krwawych lat. Uchodzimy co prawda za naród, który chętniej wspomina porażki niż sukcesy, ale nie uważam tego za do końca bezzasadne. Zarówno w zwycięskich, jak i tych przegranych walkach śmierć poniosła masa ludzi, w tym także ci, którzy pragnęli wieść zwykłe, codzienne życie. Zasługują zatem na upamiętnianie, skoro poświęcili wszystko dla wolności. Nie tak dawno przedstawiłam Wam wojenną grę Gerda, a dzisiaj czas na recenzję 63 Days, polskiej produkcji o powstaniu warszawskim.
Niewdzięczny temat
Można odnieść wrażenie, że wspomniany zryw niepodległościowy nie ma szczęścia w popkulturze. Fatalnie oceniony film Miasto 44 czy taka sobie gra WarSaw Rising mogły dowodzić, że nie jest to dobre zagadnienie do przenoszenia na ekrany. Z jednej strony sprawia wrażenie podejmowania problemu o zbyt dużym kalibrze, by móc go ukazać poza muzeami lub lekcjami historii. Z drugiej, widzieliśmy nieraz, że nasze ukochane medium potrafi poruszać również trudną tematykę, czego dowodem może być rodzime This War of Mine. Gra jest warta świeczki, w związku z czym warto sięgać także po bolesne historie.
Z podobnego założenia wyszli członkowie Destructive Creations, pracownicy polskiego studia. Problematyka wojenna to dla nich nie pierwszyzna, gdyż w swoim CV posiadają choćby War Mongrels, które można uznać za serię Commandos na rodzimym froncie. Dobrze oceniona strategia mogła także nastroić twórców do pójścia za ciosem i wprowadzenia w odrębnej produkcji właśnie wydarzeń rozpoczętych 1 sierpnia 1944 roku. Z szacunku do wydarzenia daruję sobie charakterystyczne dla moich tekstów żarciki słowne, jednak zmierzę się z tematem uczciwie. Mimo iż pozytywnie postrzegam wszelkie formy edukacji patriotycznej zależy mi na tym, by oferowała odpowiedni poziom.

Walcząca Warszawa
Kiedy gra zagościła na moim dysku, zrobiła na mnie dobre pierwsze wrażenie. O grafice wypowiem się szerzej w dalszej części recenzji 63 Days, ale muszę zaznaczyć, że jest bardzo mroczna. Oferuje tryb kampanii przeznaczony dla singla, jak również możliwość zmierzenia się z innymi w sieci. Bardzo podobała mi się pierwsza scena ładowania, ale i filmiki towarzyszące rozgrywce. Chętnie bym je obejrzała niezależnie od samej gry. Uznałam zatem, że czeka mnie bardzo ciekawa i intrygująca przygoda. Jak by na to nie patrzeć, wiem, jak powstanie się skończyło, dlatego liczyłam też na kilka wzruszających scen i swoiste sponiewieranie emocjonalne. Emocje, owszem, mi towarzyszyły, ale raczej nie te, których się spodziewałam.
Żeby wdrożyć się w rozgrywkę, zaczęłam od samouczka. To była bardzo dobra decyzja, ponieważ sama nie zorientowałabym się, co się z czym je. Nasz Prolog przedstawia nam i pozwala się wcielić w dwójkę z piątki głównych bohaterów. Bracia „Rysiek” oraz „Młody” mają za zadanie nauczyć ochotników pewnych podstaw przetrwania i ataku. Na pierwszy ogień idzie odpowiednie poruszanie się oraz atak na przeciwnika. Nie ma możliwości, by pokonać Niemców w bezpośrednim starciu, a przynajmniej nie na dłuższą metę, dlatego w grze dominują elementy skradankowe, do czego często będę się jeszcze odwoływać.
Niestety, nie dane mi było poznać tej przygody z samouczka w całości. Moje pierwsze podejście miało miejsce na PS4. Grałam na padzie i była to prawdziwa mordęga. W żadnej innej produkcji nie miałam takich problemów z przyciskami. O ile jednak któreś z kolei wciśnięcie L1 czy R2 pozwoliło mi w końcu popchnąć zadanie do przodu, tak już przy wyzwaniach związanych z krzyżakiem musiałam skapitulować. Jedna z opcji zakładała zaplanowanie wspólnej akcji dla kilku grywalnych postaci. Zatwierdzało się ją przytrzymaniem „góry”. Choć palce mnie bolały, moi powstańcy zignorowali prośbę o zestrzelenie butelek w tym samym momencie.

Odrzucenie i przebaczenie
Od samouczka się odbiłam, jednak postanowiłam ruszyć w bój mimo wszystko. Jak by nie patrzeć, czegoś się jednak dowiedziałam od „Ryśka”. Okazało się jednak, że w pierwszym rozdziale odpadłam jeszcze wcześniej. Wspomniani bracia mieli przekraść się na lotnisko. Niestety, z jakiegoś powodu, zachowywali się jak pingwiny z NES-owego Binary Land. Nie byłam w stanie za pomocą pada zaznaczyć jednego z nich, zawsze działali w tandemie. Kiedy sprytny „Młody” wspiął się po niewielkim ogrodzeniu, bezradny „Rysiek”, dla którego to przeszkoda nie do przeskoczenia, szedł okrężną drogą, prościutko pod lufy karabinów Niemców. Klikałam, w co mogłam, ale nie byłam w stanie tego zmienić. Choć zniechęcona, uznałam, że muszę rozwiązać ten problem inaczej.
Uruchomiłam znajomych i dorwałam się do wersji na PC. Nie mogłabym napisać recenzji 63 Days po rozegraniu niecałej godziny… Co ciekawe, gra działała nawet płynniej niż na mojej konsoli, choć została odpalona na przeciętnym laptopie. To oznaczało, że mogliśmy zapomnieć o tym, co było, i zacząć od nowa. Momentalnie produkcja nabrała rumieńców. Nie oznacza to, że była pozbawiona wad, co to, to nie. W końcu jednak stała się na tyle grywalna, że nie zaliczałam w niej sesji interwałowych.
Kontratak
Kiedy już rozgrywka pozwoliła mi rozdzielić braci, mogłam podejść ponownie do misji. Produkcja oferuje nam kilka poziomów trudności, w tym „bardzo łatwy”, dlatego też pasjonaci historii, a niekoniecznie samej wirtualnej rozrywki, będą mogli spróbować swoich sił. Wspomniany tryb to pod względem obmyślania taktyki typowe prowadzenie za rączkę, z kolei pozostałe dają nam większe pole do popisu, sprawdzając, czy radzimy sobie niczym sam Shun Tzu.

Wspomniałam nieco wcześniej w recenzji 63 Days, że nasi bracia dzięki zróżnicowanej posturze w inny sposób pokonują przeszkody. Każdy z nich ma także inne umiejętności, dzięki czemu faktycznie musimy angażować obydwu. Zresztą, nasi pozostali bohaterowie, „Helga”, „Heniu” i „Burza”, potrafią w zupełnie inny sposób walczyć z Niemcami. Pozostając przy przykładzie brejdaków znanych od początku. „Młody” może rzucić w kogoś nożem z niewielkiej odległości, za to „Rysiek” zachodzi przeciwnika od tyłu i go dusi. Odkrycie, czy lepiej walczyć w zwarciu, czy atakować z odległości często będzie istotne dla pomyślności akcji.
Ciche bohaterki
Pisząc ten tekst, próbowałam znaleźć informacje o tym, ile kobiet walczyło w powstaniu. Rozstrzał liczb, na jakie trafiłam, był tak duży, że nawet nie odważę się postawić konkretnej tezy. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że nie sposób zliczyć osób w pierwszym szeregu, łączniczek czy sanitariuszek, gdyż wszystkie działały w nieco inny sposób. W 63 Days także uwzględniono kobiety, nawet jedną z grywalnych postaci jest „Helga”. Akurat ta postać raczej nie zajmuje się bezpośrednim atakiem. Przede wszystkim może leczyć (jeżeli zdąży, zwykle wykrycie to niemal pewny zgon), ale i – uwaga! – udawać zmarłą.
Zaczęłam od „Helgi”, gdyż to ważniejsza postać, ale także podczas innych akcji kobiety będą się przewijały pośród mężczyzn. Uważam, że to nie tylko zwiększa realizm, ale i bardziej zachęca do poznawania prawdziwych uczestniczek powstania. Co prawda 63 Days czerpie z prawdziwych wydarzeń, także z poszczególnych akcji zrywu, ale już same postaci są fikcyjne.
Prawda i fałsz
Wbrew tytułowi nie zaczynamy rozgrywki 1 sierpnia 1944 roku, ale nieco wcześniej. Epilog też dotyczy czasów po upadku zrywu, dlatego mamy do czynienia ze znaną zagrywką z opisów historycznych. Zgodnie z nazwą zarówno gra, jak i samo powstanie, trwa 63 dni, ale faktycznie zakres jest nieco dłuższy, coś jak w przypadku wojny stuletniej.

Jakie akcje czekają nas podczas gry? Będziemy dążyć do przejęcia lotniska, o czym już padło, ale też wyzwalać obóz w stolicy, jak również próbować zniszczyć jedną z miejscówek NKWD. Zapewne nie to było celem gry, ale muszę przyznać, że nie wciągnęłam się mocno w dramaturgię samej opowieści. Zamiast myśleć o przeżyciach niewielkiej grupki, zastanawiałam się nad tym, czy naiwni Niemcy nabiorą się po raz kolejny na rzucony obok kamień, mający na celu odwrócenie ich uwagi. Ok, korzystałam z najłatwiejszego poziomu trudności, ale chyba nawet Snake w kartonie by się między nimi przekradł. Za to w wielu scenach zdawali się mieć oczy dookoła głowy i dostrzegać sytuacje, których widzieć, jak mi się wydawało, nie mieli prawa. Warto wspomnieć też, że oprócz różnych broni palnych nasz bohater „Heniu” atakować będzie kijem bejsbolowym. Nie wiem, czy to był prototyp gry o kibicach, ale jakoś ten oręż nie pasuje mi do uniwersum.
Pocztówka z Warszawy
Choć gra mocno traci klimat przez pewne towarzyszące jej absurdy, z pewnością nadrabia sferą audiowizualną. Wszędzie jest ponuro, nasi bohaterowie wyglądają na autentycznie zmęczonych mentalnie otaczającą ich rzeczywistością („Młody” przy okazji prezentuje się niczym hipster). Grafika kojarzyła mi się mocno z omawianym przeze mnie jakiś czas temu New Cycle. Muzyka może mi w pamięć nie zapadła, ale sam voice acting już tak. Grałam w obie wersje językowe i przyznaję, że choć niektóre dialogi mogły się wydawać płytkie, zyskiwały głębię dzięki interpretacji aktorów.

Powstańcza skradanka. 63 Days – finalne wrażenia z gry
Powstanie warszawskie to dla Polaków ważne wydarzenie i zasługuje na godne upamiętnienie. Nie przeszkadza mi to, że umieszczono je w grze, ale raczej fakt, iż jest ona dość przeciętna. Ciągle się skradamy, jesteśmy zauważani, powtarzamy fragmenty. Gra według twórców pęka w 15 godzin, ale planujcie więcej, może i drugie tyle. Czułam się trochę jak podczas grania w MegaMana na emulatorze NES-a, gdzie co chwila zapisywałam stan gry. Liczne powtórki wpływają negatywnie na płynność rozgrywki. Czas poświęcony grze możecie spożytkować na sięgnięcie po literaturę tematyczną lub wartościowe filmy dokumentalne.
Grę do recenzji otrzymałyśmy od wydawcy. Dziękujemy za zaufanie!
Redaktorka: Izabela Durma

