O tym, że grom zdarza się podejmować trudne społeczne tematy, wiemy nie od dzisiaj. Kontrowersje wokół Woman Simulator mogą narastać dlatego, że tym razem nie chodzi o nic ważnego.
Istnieje we mnie głębokie przekonanie, że często za prowokującą sztuką stoi głęboka chęć przekazania problemu, bolączek, ważnych spraw, do których uwagę trzeba przyszpilić mocnymi środkami wyrazu. Często można to zauważyć w performance’ach, sztuce współczesnej, instalacjach artystycznych. Zdawać by się mogło, że i twórców gier stać na coś więcej niż tylko rozrywkę. Udowodniły to chociażby takie produkcje jak: That Dragon, Cancer czy War on Cancer. Choć nie ma w nich prowokowania, to jest odważny temat. Dotykają nierozrywki przez rozgrywkę i dostrzeżenie trudu walki z chorobą jak z najgorszym bossem. Ktoś mógłby odebrać to jako trywializację, oczywiście. Większość chyba jednak odbiera to jako oswajanie. Dlatego chciałam wierzyć, że również za tym tytułem stoi coś więcej. Kontrowersje wokół Woman Simulator sprawiają, że warto przyjrzeć się temu z bliska.
Gdy z taką perspektywą sięgnęłam po tytuł, pomyślałam: a może to ważny głos? „Symulator” w nazwie jest dość uprzedmiotawiający, ale może chodzi tutaj o coś więcej?
Kobiece doświadczenie jako gameplay
Bo właśnie na pierwszy rzut oka demo wpisuje się w rosnący nurt gier chcących być czymś więcej, niż tylko rozrywką – deklaratywnie podejmuje temat doświadczenia kobiecego i społecznych uwarunkowań płci. Jednak bliższa analiza zdradza, że między ambicją a realizacją to właśnie ta pierwsza nie wytrzymuje napięcia. A może właśnie udowadnia, że w ogóle jej tam nie było – mamy do czynienia wyłącznie z formą, która przerasta treść.
Male gaze w grach
Zamiast krytyki struktur wizualnych i społecznych, gra nieświadomie reprodukuje jeden z ich najtrwalszych mechanizmów – male gaze. Koncepcja ta została sformułowana przez Laurę Mulvey, angielską reżyserkę. Opisuje sposób konstruowania obrazu podporządkowany męskiemu spojrzeniu. Kobieta funkcjonuje tu jako obiekt wizualnej przyjemności. W grach wideo, w tym w omawianym demie, mechanizm ten ulega intensyfikacji, ponieważ spojrzenie nie jest jedynie narzucone przez kamerę – zostaje oddane w ręce gracza, jego decyzji i narzuconego sposobu (jedynego) na poczucie się kobietą. Woman Simulator wykorzystuje to w szczególny sposób: zamiast podważać logikę uprzedmiotowienia, przekształca ją w system zarządzania.
Bohaterka gry to nie tylko podmiot (przedmiot?) doświadczenia, ale też swojego rodzaju zestaw parametrów: atrakcyjności, pewności siebie czy społecznej akceptacji. Gracz ma wpływ na optymalizowanie wskaźników przez decyzje zgodne z przewidywanym odbiorem społecznym. W tym sensie gra nie tylko nawiązuje do male gaze, ale go gamifikuje – przekształca w mechanikę rozgrywki. A nawiązanie to nie odbywa się wyłącznie na poziomie wizualnym. Gorzej – istnieje również na poziomie zachowań, stereotypów oraz ról społecznych. W tym społecznej hierarchii, która – chyba nie trzeba nikogo przekonywać – przechodzi do lamusa. I z mojej perspektywy to największe kontrowersje wokół Woman Simulator.
Gry versus sztuka – czy to działa tak samo?
Male gaze ma wyraźne analogie w historii sztuki, ale w kontekście omawianego dema w moim odczuciu przekracza granice „tradycyjnej szkodliwości”. Historia europejskiego aktu – widoczna w dziełach takich jak Maja, Venus z Urbino czy Olympia – jest oparta na ekspozycji ciała jako przedmiotu spojrzenia, pasywnego i dostępnego wizualnie, ale w tej grze dodatkowo dochodzi aspekt powiązania z konkretnymi, służalczymi czynnościami. Jak zauważył John Berger, brytyjski krytyk sztuki, kobiety w kulturze wizualnej uczą się patrzeć na siebie tak, jak są postrzegane – jako obiekty oglądu. Z tego względu słusznie założenie Woman Simulator może budzić oburzenie.

Venus z Urbino, Tycjan
Olimpia, Édouard Manet
Mamy demo i co dalej?
Czego uczy nas takie demo? Jakie postawy ma w nas ugruntowywać? Z jednej strony można to potraktować jako niewinną prowokację z założeniem, że przecież nikt się na to nie złapie. Jednak nie można zapomnieć, że pewna część społeczeństwa coraz liczniej wyraża oburzenie o zachwianiu się tradycyjnego modelu funkcjonowania rodziny. W tym kontekście negatywnie podejmowany jest temat emancypacji kobiet czy bezdzietności. Dlatego warto zastanowić się, czy i w tym projekcie chodzi tylko o prowokację. Może celem jest rzeczywiste podburzenie. Nie, nie kobiet – mężczyzn, którym zwraca się uwagę na to, „jak powinno być”.
Woman Simulator aktualizuje tradycję male gaze. Gra wzmacnia proces, który feministyczna teoria od dawna diagnozuje jako kluczowy samonadzór. Jak pisały m.in. Bell Hooks czy Sandra Bartky, kobiety internalizują spojrzenie społeczne i zaczynają monitorować same siebie. Demo gry przekłada ten proces na język mechaniki: gracz nie tylko widzi bohaterkę, ale uczy się nią zarządzać „zgodnie z normami”.
„Zgodnie z jakimi normami?”. No właśnie. „Normami”, które gra nam narzuca i przedstawia jako słuszne. Gra nie podejmuje motywu wyboru i tworzy prostą opozycję kobieta – mężczyzna. Na tej osi kobieta opiekuje się domem. Czyni to dla zadowolenia męża, a na koniec dba o swój wizerunek, również dla jego przyjemności (male gaze). Niestety, dla mnie to typowe cliché, które oburza zwłaszcza dlatego, że tworzy z tego rozgrywkę.
Kontrowersje wokół Woman Simulator a utracony potencjał
Na tym tle szczególnie wyraźna staje się utracona szansa projektu, gdyby taki miał powstać faktycznie na serio. Z konkretnym przesłaniem, pomysłem. WARTOŚCIĄ. Historia sztuki feministycznej – od działań Judy Chicago przez działania Hannah Wilke aż po fotografie Cindy Sherman – pokazuje, że możliwe jest nie tylko przedstawianie kobiecego doświadczenia, ale także demontaż samego mechanizmu patrzenia. Tymczasem Woman Simulator zatrzymuje się na poziomie płaskiej reprezentacji, nie podejmując próby jej rozbicia. Czuję, że sprowadzaniem kobiet do osób dedykowanych do sprzątania, gra stara się urazić nie tylko feministyczne spojrzenie. Uważam, że obraża to też konserwatywne podejście. W końcu pomija przecież istotny aspekt przekonań i poczucia wartości „tradycyjnego” podziału ról. A każdemu, komu przyjdzie do głowy: „przecież Simsy też polegały na odgrywaniu życia”, powinna do głowy przyjść od razu jedna odpowiedź – per design Simowie obu płci symulowali życie, a nie nadrzędność jednego wobec drugiego. W tym przejawia się najbardziej zmarnowany potencjał tej gry – nie podejmuje żadnych wartościowych tematów. I nawet nie szokuje w wyrafinowany sposób.
Czy dostaliśmy to, o co chodziło?
Otrzymaliśmy projekt, który reprodukuje krytykowane normy społeczne. Są nimi dla przykładu przydatność kobiety tylko w domu, dogadzanie mężowi, który przychodzi na gotowe czy traktowanie obowiązków domowych jako domyślnie przypisanych kobietom. Nie mam jednak pewności, czy poza samymi kontrowersjami, w Woman Simulator chodziło o coś więcej. Przynajmniej nie wynika to z dema. Trudno powiedzieć, czy twórcom chodziło o to, aby podburzać mężczyzn czy sprowokować kobiety do głosu. Chciałabym wierzyć, że mimo wszystko za projektem stoi jakaś głębsza idea. Jeśli tak jest – cel i zamysł powinien zostać wprost wskazany przez twórców juz na tym etapie. Inaczej, ich działanie należy uznać za nieudolne. Jeśli zamiarem była tu tylko prowokacja czy podburzanie, to też niestety pozostaję w głębokim rozczarowaniu – odbywa się ona bowiem na takim poziomie, że nie warto się nad tym pochylać. Twórcy sami wskazują, że chcą prowokować – ja czuję, że prowokować też trzeba umieć. Najlepiej nie na tak płaskim poziomie.

