Polityczna intryga, niepewne sojusze i świat, w którym każda decyzja może obrócić się przeciwko nam. W recenzji Crown Gambit sprawdzam, czy ta niepozorna karcianka potrafi to udźwignąć.
Czym jest gra fantasy bez zostania uwikłanym w konflikt o koronę? Jest to jak zwieńczenie „podróży bohatera”. Z mało znaczącej postaci stajemy się kluczowym graczem w politycznym ekosystemie świata przedstawionego. Nie bez powodu wątki takie jak wybór władcy na zamku królewskim w Denerim w Dragon Age: Początek czy lawirowanie między pretendentami do korony Skellige w Wiedźminie 3 gracze uznają za swoje ulubione questy. W recenzji Crown Gambit przyglądam się tytułowi wynoszącemu ten motyw na poziom całej, pełnoprawnej gry.

Skromne początki
Crown Gambit zabiera nas do królestwa Meodred inspirowanego mitologią bretońską oraz erą władców z dynastii Karolingów. To świat, w którym dwór upojony jest władzą, arystokratyczne rody toczą między sobą cichą wojnę, a Order of Ancestors – odpowiednik kościelnej władzy – tworzy pozory neutralności. W środku tej układanki jest lud, ponoszący każdego dnia konsekwencje napięć między trzema siłami. Mimo że twórcy pozwalają na pewne odstępstwa, jak politeistyczny panteon bóstw, porządek świata wiernie oddaje hierarchiczne i surowe realia średniowiecznej Europy.
Wcielamy się w role trzech początkujących paladynów – Alizy, Haela oraz Rollo. Aliza to najmłodsza córka niższego rodu Bloodcrest, druga w historii kobieta, której powierzono rolę paladyna. Hael, wychowany przez Order of Ancestors, wstąpił do stanu rycerskiego, aby wzmocnić więzi między zakonem a rodziną królewską. Rollo, syn ludu i morza, zaszczyt posiadania miejsca w szeregach uzyskał po uratowaniu księżniczki Gallenor na pokładzie statku.
Ich rolą jest eskortowanie króla oraz młodego księcia podczas owianej tajemnicą podróży. Dlaczego tak ważne zadanie zostało przydzielone świeżym, nieopierzonym rycerzom? Odpowiedź pada z ust samego władcy: ich brak doświadczenia jest bezpieczny. Brak politycznych powiązań oznacza, że nie są przeżarci żądzą władzy ani uwikłani w dworskie intrygi. Kiedy więc władca niechybnie umiera, pozostawiając opiece bohaterów relikt mający trafić do rąk następcy tronu, wpadają w wir kłamstw, spisków i sekretów.

Jeśli wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one
Z reliktem w ręku i głową pełną pytań ruszamy w stronę stolicy. To w trakcie tej podróży odsłania się przed nami siła Crown Gambit: starannie zaplanowana i bogata w wybory warstwa narracyjna. Każda z postaci, która staje nam na drodze, ma swoje ambicje i interesy w przepełnionym chaosem świecie. Wynikają one nie tylko z odzwierciedlanych przez nich archetypów i cech, ale też powiązań rodzinnych pomiędzy członkami rodów. Planowane morderstwo siostry żony kuzyna? Romans z królową? To wszystko może zostać wykorzystane jako karta przetargowa. Jednak arystokracja nie wyjawia swoich sekretów za darmo. Jeśli ich nie przyciśniemy, planując właściwe opcje dialogowe, te rozmowy będą jedynie powierzchowne. Jeśli przed spotkaniem z głową rodu nie zdecydujemy się na węszenie po posiadłości, nie usłyszymy szeptów dotyczących zamachu na jego życie. To od nas zależy, ile bohaterowie będą wiedzieć na temat otaczającej ich układanki i jaką rolę w niej odegrają.
Muszę przyznać, że zawiłość zarówno arystokratycznych powiązań, jak i stojących przed nami decyzji wywiera ogromne wrażenie. Tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Wild Wits to małe, niezależne studio, a sama rozgrywka zajmuje około dziesięciu godzin. Zmieszczenie w tak krótkim czasie rozbudowanego świata oraz wielu łączących się ze sobą wątków jest imponujące. Nasze decyzje to nie jedynie kwestia wybrania właściwej opcji dialogowej. Niektóre informacje odsłonią się przed nami tylko, jeśli parę godzin wcześniej podążyliśmy konkretną ścieżką i zainicjowaliśmy rozmowę z odpowiednią osobą. Znaczenie ma również kolejność naszych ruchów. Niejednokrotnie podjęcie jednej z dróg zamyka przed nami drugą. Wszystko to sprawia, że Crown Gambit ma niezwykle wysoką regrywalność i aż prosi się o wiele prób, aby sprawdzić, co nas ominęło.

Szczęście w kartach
Jednak nie samą fabułą człowiek żyje. Crown Gambit to turowa gra karciana, która oferuje rozbudowany system walki. Poza głównymi kartami postaci mamy jeszcze do wyboru karty specjalne zdobywane na zasadzie znanego z gier RPG drzewka umiejętności. Początkowo każda bitwa jest mozolna. Gra dość wymownie daje nam do zrozumienia, że nasza trójka paladynów to nowicjusze. Problematyczne są nawet walki z drobnymi przestępcami. Wraz z rozwojem bohaterów przychodzi również większa swoboda w atakach i możliwościach obrony. Bardzo doceniam gry traktujące walkę nie jako coś dodatkowego, a element narracyjny, wzbogacający nasze doświadczenie i pozwalający na głębsze zanurzenie się w historii.
Ciekawa jest również mechanika Ancestral Grace, która zamienia karty specjalne na ich dużo silniejsze wersje, dzięki czemu możemy zmieść przeciwnika z planszy jednym ruchem. Kuszące? Zdecydowanie. Używanie tej opcji nie jest pozbawione konsekwencji. Przypomina to nieco cyberpsychozę z uniwersum Cyberpunk 2077. Im częściej decydujemy się na wzmocnione karty, tym częściej nasze postaci tracą kontrolę. Przez to stają się nieprzewidywalne nie tylko w walce, ale także (i przede wszystkim) w dialogach, często reagując w agresywny, irracjonalny sposób, na który nie mamy wpływu.
Niestety, w systemie walki leży, moim zdaniem, największa wada Crown Gambit. Z czasem staje się on powtarzalny, a momentami nawet nudny. Nie udało się tego uniknąć nawet mimo prób twórców, aby urozmaicić przeciwników. Każda walka zajmuje przynajmniej kilka tur, a gdy weźmie się pod uwagę ograniczoną liczbę kart specjalnych, bitwy stają się coraz bardziej schematyczne. Szkoda, bo fundamenty są naprawdę solidne i w pierwszych godzinach potrafią wciągnąć.

Kto w takim razie zasiądzie na tronie? Crown Gambit – finalne wrażenia
Przez całą rozgrywkę towarzyszyło mi jedno pytanie: „Dlaczego nie znalazłam tej gry wcześniej?”. Ma wszystko, co w tym medium kocham najbardziej: rozbudowany świat przedstawiony, znaczące wybory, zachwycającą grafikę oraz design postaci. Mimo to o jej istnieniu dowiedziałam się dopiero po przejściu dema Sovereign Tower. Jest to tytuł tworzony przez to samo studio, który ma ukazać się latem tego roku. Demo było tak interesujące, że w oczekiwaniu na premierę zdecydowałam się sięgnąć po inną produkcję Wild Wits – i zdecydowanie się nie zawiodłam.
Crown Gambit nie jest pozbawione wad, jednak każda produkcja – w szczególności niezależna – ma swoje bolączki. Otrzymałam za to coś, co coraz trudniej odnaleźć, sięgając po nowy tytuł: doświadczenie grania w RPG-a, który traktuje ten gatunek na poważnie i realnie próbuje przedstawić graczowi każdą z możliwości rozwoju historii. Przy tym stroni od prowadzenia za rękę i wywodów na temat moralności. Nie ma jednoznacznie ani złego, ani dobrego wyboru następcy tronu. To od nas zależy, jakie wartości są dla nas najważniejsze.
Właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że gra zostaje w głowie na dłużej. Crown Gambit stawia przed graczem pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. I robi to w sposób, który naprawdę wciąga.

