Zdarzyło się Wam kiedyś zastanawiać, skąd w muzeach biorą się artefakty i dlaczego nie są w kraju pochodzenia? Jeśli tak – Relooted będzie ciekawą propozycją.
Lubię ogromnie niszowe, nietypowe, dziwne rzeczy. Kiedy na moim recenzenckim horyzoncie pojawiło się Relooted, byłam więc zaintrygowana. Większość popularnych gier tworzona jest w kręgu szeroko pojętej kultury europejskiej. Podciągam pod to również pozycje amerykańskie. Jasne, istnieją j-rpg, ale z ręką na sercu: ile gier stworzonych w Chinach czy Indiach jesteście w stanie wymienić? A stworzonych w Afryce? Ja – do momentu zagrania w Relooted – okrągłe zero. Zatem pozwólcie, że podzielę się z Wami tym, czego się dowiedziałam…
Wszystko zaczęło się pewnego wieczoru w Johannesburgu…

…i to zarówno w grze, jak i w rzeczywistości! Nyamakop, czyli studio stojące za Relooted jest właśnie ze stolicy Afryki Południowej. Zadebiutowali w 2018 nietypową, platformową łamigłówką Semblance, w której jako ciastolinowy blob rozwiązujemy zagadki oraz pokonujemy przeszkody. Znalazła się na liście 100 najlepszych gier tamtego roku wg Metacritic. Obecnie studio zatrudnia około 30 osób, a Relooted to ich drugie dziecko. Śledzimy w nim historię Nomali, która z zawodowej parkourzystki i przykładnej obywatelki przekwalifikowuje się na złodziejkę. Czyni to za podszeptem swojej babci, profesor Grace. Starsza kobieta od wielu lat stara się oficjalnymi drogami przywracać zrabowane obiekty kulturowe do miejsc ich pochodzenia – z różnym skutkiem.
W przypływie frustracji biurokracją i niechęcią instytucji europejskich do zwrotu zagrabionych przedmiotów decyduje się na bardziej pragmatyczne rozwiązanie problemu. Kluczowym elementem planu staje się właśnie Nomali, która dzięki swojej zręczności i sprawności potrafi wydostać się z każdej sytuacji. W skład drużyny wejdą również między innymi odpowiedzialny za gadżety Frank, niepokorny młodszy brat Nomali – Trevor czy kameruński akrobata Ndedi.
Wspólnie będą oni w stanie odzyskać wszystkie zrabowane artefakty. Ale czy w ogóle warto wkładać tyle wysiłku w zdobycie jakichś starych rupieci…?
Kolebka cywilizacji

Wbrew temu, co pojawia się dość często w różnych narracjach, Afryka jest miejscem narodzin wielu cywilizacji i kultur. Imperium Ife ludu Yoruba, średniowieczne Oyo na terenie dzisiejszej Nigerii, królestwo Beninu czy erytrejskie Aksum – każde było potęgą w swoim rejonie. Pozostały po nich liczne artefakty, takie jak niesamowite, miedziane rzeźby, złote ozdoby czy maski ludu Asante. Każdy z tych przedmiotów jest bezcenną pozostałością po dawnej kulturze – i jest cenny nie tylko jako unikat, ale też jako nośnik historii. Według twórców zebranie informacji na temat każdego z 70 bezcennych przedmiotów było znaczącą częścią kilkuletniej pracy nad grą, ale o tym za chwilę.
Zaczęłam rozgrywkę bez jakiejkolwiek wiedzy na temat studia czy samej gry, żeby móc wyrobić sobie własną opinię. I… Zaczęło się ciężko. Pierwszym szokiem dla organizmu było przyzwyczajenie się do wyglądu postaci. Chyba coś z plastusiowości pierwszej gry przesiąknęło i do Relooted. Nie jestem pewna, czy to kwestia cieniowania czy tekstury, ale postaci sprawiają wrażenie oderwanych od teł, na których występują, a jednocześnie są dość pospolite. Tak jakbym widziała tę samą estetykę wielokrotnie – tylko w o wiele starszych grach. Co jest ogromną szkodą, bo ogólnie projekty postaci są interesujące. Mieszają całkiem udanie klasyczne afrykańskie elementy, jak żywe kolory i wzory z futurystycznymi kształtami, w większości z dobrym efektem (z drobnymi wyjątkami).
Szkoda nieco, że nie zdecydowano się na zrobienie grafiki w stylu ilustrowanych awatarów, które wyświetlają się na ekranie w trakcie dialogów postaci. Myślę, że gra by na tym zyskała.
Biegiem po sawannie

Relooted nie porwało mnie swoim pięknem, ale chciałam dać mu szansę. Niestety, dalej nie było wcale lepiej. Dialogi są w dużej części drewniane, sztywne i sztuczne jak plastikowe futerko. Nie bawią, a próby wplatania żartów powodują raczej lekkie ciarki zażenowania niż śmiech. Podobnie rzecz ma się z grą aktorską. Ewidentnie zatrudniono osoby początkujące i to widać. Nie jest to oczywiście żaden grzech śmiertelny. Studio korzysta z dostępnych zasobów, początkujący voice aktorzy zdobywają doświadczenie. Ale efekt dla odbiorcy końcowego nie jest powalający. Może właśnie dlatego zwroty akcji nie robią specjalnego wrażenia – i myślę, że dla wielu osób będą absolutnie przewidywalne.
Przewidywalne za to nie było sterowanie. Nie mogłam zupełnie wejść w rytm gry i biegało mi się jako Nomali wybitnie niewygodnie. Każdego z naszych bohaterów koordynujemy osobno, ale klawisze nie wydają się być ułożone w logiczny sposób. Za każdym razem przeprowadzenie akcji, np. otwierania drzwi przy pomocy bionicznego Trevora czy wjechanie na pierwsze piętro po linie, wymagało zastanowienia. Nie jest to najlepsze doświadczenie w grze, w której uciekamy na czas…
Zaczynamy od prostych misji z wykorzystaniem jednego-dwóch członków drużyny, stopniowo zwiększając poziom skomplikowania. Niestety, nie czyni to w żaden sposób włamów bardziej ciekawymi. Dostajemy za to dużo przepychania stołów, żeby zablokować zamykające się rolety pancerne i dużo przepychania się z dziwnie zaprojektowanymi zagadkami.
Najciekawszym elementem były wstawki dotyczące historii odzyskiwanych przez nas przedmiotów i historii kolonializmu. Niestety, reszta pozostawia wiele do życzenia pod względem dostarczanej rozrywki.
Afrykańskie rytmy
Cały napad udźwiękowiony jest całkiem przyjemnie. Plumka niezobowiązująco, kiedy się zastanawiamy nad tym, jak rozwiązać zagadkę, a w trakcie ucieczki gwałtownie przyspiesza. Nie ma się ani do czego przyczepić, ani czym zachwycić. Cała ścieżka dźwiękowa składa się z 40 utworów, a głównymi twórcami są Nick Horsten i Dustin Van Wyk. Cały OST dostępny jest na Bandampie w dość przystępnej cenie, więc jeśli lubicie nietypową muzykę tła, to serdecznie polecam. Co intrygujące, w kompozycjach użyto takich instrumentów jak uhadi (rodzaj muzycznego łuku z kultury Xhosa), calabasa czy umrhbhe.
Przywrócić przodków ich potomkom, czyli afrykański futuryzm vs afrofuturyzm. Relooted – finalne wrażenia

Nie będę ukrywać – ciekawostki dotyczące gry okazały się dla mnie bardziej interesujące niż sama gra. Gry mogą być edukacyjne, ale chyba nie o to tutaj chodziło. Być może ten pomysł sprawdziłby się lepiej jako film niż jako gra? Pierwsze kilka misji przeklikałam z zainteresowaniem. Natomiast jak pisałam wyżej, mechanika jest w dziwaczny sposób zarówno powtarzalna, jak i nazbyt skomplikowana. Każda ucieczka wygląda tak samo, modele są podobne, a historia nie jest w stanie udźwignąć nudnej rozgrywki. Samo Relooted jest fascynującym przykładem świetnego pomysłu, w którym zabrakło doświadczenia i polotu, żeby stworzyć cudeńko.
Niemniej, życzę Nyamakop powodzenia i mam szczerą nadzieję, że to nie jest ich ostatnie słowo w kwestii afrykańskiego futuryzmu – będę więc cierpliwie czekała na więcej gier pokazujących nowy, świeży kierunek.

