Ubisoft desperacko potrzebował sukcesu, dlatego remake jednej z najlepiej ocenianych odsłon Assassin’s Creed wydawał się oczywistym wyborem. Czy powrót Edwarda Kenwaya rzeczywiście pozwoli francuskiemu wydawcy odzyskać wiatr w żaglach? O tym przekonacie się w naszej recenzji Assassin’s Creed Black Flag: Resynced.
*Niniejsza recenzja powstała na bazie wersji PS5
Remake’i znanych tytułów od lat są stałym elementem branży, dlatego decyzja Ubisoftu o odświeżeniu pirackiej odsłony Assassin’s Creed w ogóle mnie nie zaskoczyła. Wręcz przeciwnie – wydawała się najbardziej logicznym wyborem. Nie jest przecież tajemnicą, że francuski wydawca od dawna zmaga się z kryzysem zaufania, a ci nieco bardziej złośliwi gracze od lat trąbią o jego rychłym upadku. Ubisoft potrzebował więc pewniaka, który ponownie rozpali entuzjazm fanów i przypomni o dawnych sukcesach serii. Black Flag nadawał się do tego idealnie. W końcu to jedna z najcieplej wspominanych części całego cyklu, z doskonałą historią i niezwykle charyzmatycznym Edwardem Kenwayem na czele. To także zamknięta opowieść, która nie wymusza kontynuowania projektu kolejnymi remake’ami. Brzmi więc jak przepis na sukces. Czy twórcy wykorzystali ten potencjał do dostarczenia dobrej gry? Odpowiedź znajdziecie w naszej recenzji Assassin’s Creed Black Flag: Resynced, do której przeczytania Was serdecznie zapraszam!
Nowe otwarcie starej historii
Black Flag: Resynced zabierze nas na Karaiby XVIII wieku w sam środek złotej ery piractwa. Ponownie wcielimy się w Edwarda Kenwaya – młodego awanturnika pochodzenia walijskiego, który marzy o bogactwie i sławie. Przygoda rozpoczyna się od widowiskowej bitwy morskiej, zakończonej eksplozją magazynu prochu, która posyła na dno oba walczące okręty. Katastrofę przeżywają jedynie Edward oraz tajemniczy asasyn Duncan Walpole. Po długim pościgu Kenway zabija swojego rywala, przywdziewa jego szaty i przejmuje jego tożsamość. Niedługo później, z pomocą dobrodusznego kupca Stede’a Bonneta, wyrusza do Hawany, nie zdając sobie sprawy, że właśnie wplątuje się w wieloletni konflikt Asasynów i Templariuszy.
Powiem to już na początku – Black Flag: Resynced jest wyjątkowo wiernym oryginałowi remakiem. Główna oś fabularna pozostała bez zmian, jednak twórcy wzbogacili historię o nowe sceny, rozwinęli część znanych bohaterów oraz przebudowali system walki. Wyjątek stanowi całkowite usunięcie wątku współczesności, dzięki czemu opowieść skupia się wyłącznie na losach Edwarda Kenwaya. Nie mamy tu więc do czynienia z gruntownym przepisaniem historii ani z nadaniem bohaterom zupełnie nowych charakterów, jak miało to miejsce chociażby w remake’ach z serii Resident Evil. Z drugiej strony nie jest to również niemal bezbłędne odwzorowanie oryginału, scena po scenie i mechanika po mechanice, jak w przypadku Metal Gear Solid Delta: Snake Eater. Twórcy zdecydowali się na rozwiązanie pośrednie, łączące wierność oryginałowi z przemyślanymi zmianami. W mojej opinii jest to rozwiązanie satysfakcjonujące, ale jednocześnie takie, które sprawi, że po premierze remake’u nie będzie już sensu wracać do oryginalnej wersji z 2013 roku. Ale po kolei.
Piękniejsze Karaiby i nie tylko
Oczywiście pierwsze, co rzuca się w oczy, to oprawa graficzna. Trudno, żeby było inaczej, toż to właśnie ona od lat stanowi największą kartę przetargową większości remake’ów. Twórcy przygotowali nowe modele postaci, ulepszone tekstury i odświeżoną paletę barw. Poprawiono również oświetlenie, roślinność oraz wiele elementów otoczenia. Krótko mówiąc, każdy aspekt wizualny doczekał się potężnego upgrade’u. Muszę przyznać, że efekt końcowy naprawdę zachwyca. Najnowsza wersja silnika Anvil wyciska z siebie siódme poty, aby Karaiby wyglądały bardziej realistycznie i tętniły życiem. Widać to szczególnie podczas zwiedzania Hawany oraz innych dużych miast. Bujna roślinność porasta niemal każdy zakątek, a ulice wypełniają mieszkańcy i zwierzęta gospodarskie. Jednak największe wrażenie robiły na mnie rejsy o zachodzie słońca. Złote promienie naturalnie rozlewały się po tafli wody, a fale odbijały światło z niezwykłą precyzją. To jeden z tych krajobrazów, przy których wielokrotnie łapałam się na tym, że zamiast płynąć do celu po prostu podziwiałam widok na ekranie.
Moją uwagę zwróciły też detale na kostiumach Edwarda oraz postaci pobocznych. Każdy strój pełen jest misternych haftów, przeszyć, sprzączek i ozdobnych elementów, które łatwo przeoczyć podczas dynamicznej rozgrywki. Całkiem dobrze prezentują się też twarze bohaterów, co szczególnie widać w przerywnikach filmowych. Bez problemu dostrzeżemy blizny, delikatne zaczerwienienia policzków, zmarszczki czy subtelne niedoskonałości skóry.
Na osobną pochwałę zasługuje również podwodny świat. Zachwyca bogactwem roślinności, raf koralowych i morskich stworzeń, dzięki czemu każda wyprawa w morskie głębiny cieszy oko. Największą zmianą względem oryginału jest jednak swoboda eksploracji. Nurkować możemy praktycznie w każdym miejscu, a nie wyłącznie w wyznaczonych lokacjach. To sprawia, że odkrywanie Karaibów daje jeszcze więcej satysfakcji. Oczywiście, do naszej dyspozycji nadal pozostaje dzwon nurkowy, ale do tego elementu wrócę jeszcze w dalszej części recenzji.
Rozgrywka po nowemu
Pierwszą zauważalną zmianą są poziomy trudności, których w oryginalnym Black Flagu po prostu nie było. Remake podąża ścieżką wyznaczoną przez Assassin’s Creed Origins, pierwszą odsłonę serii oferującą taki wybór. W Black Flag: Resynced możemy osobno dostosować poziom trudności walki, bitew morskich oraz działań w ukryciu. Dzięki temu każdy bez problemu dopasuje rozgrywkę do własnych preferencji. Ja zdecydowałam się na poziom normalny, gdyż właśnie ten twórcy określają jako najwierniejsze odwzorowanie wyzwań znanych z oryginalnego Black Flaga.
Jeśli chodzi o system walki, to postawiono na mechanikę parowania i wytrącania przeciwników z równowagi poprzez zbicie ich postawy. Nie ma więc miejsca na bezmyślne wymachiwanie szablą. Wrogowie potrafią skutecznie blokować ciosy, przewracać Edwarda i wyprowadzać serię kilku ataków z rzędu. Dopiero perfekcyjne parowanie przełamuje obronę przeciwnika i otwiera drogę do efektownego i brutalnego finiszera (a tych w grze jest naprawdę dużo!). Tu też od razu uspokoję wszystkich, którzy po przedpremierowych pokazach obawiali się braku krwi. Twórcy dotrzymali słowa i juchy leje się naprawdę sporo, dzięki czemu starcia są jeszcze bardziej widowiskowe.
Oczywiście, to, że nie możemy bezmyślnie wymachiwać bronią, bo inaczej zrobimy sobie kuku, nie znaczy, że walka jest trudna. Nie zrozumcie mnie źle. Pomimo usprawnień i nieco większego oporu przeciwników starcia nadal są niezwykle łatwe. Bitka z całym fortem naraz? Nie ma problemu. Nawet bez ulepszeń i większego paska życia Edward jest kozakiem, który powali dziesiątki chłopa, pod warunkiem, że parowanie nam wyjdzie. A wyjdzie, bo jest proste, to nie Sekiro. Znacznie więcej zastrzeżeń mam natomiast do zachowania przeciwników. Raz potrafili atakować jednocześnie i skutecznie wywierać presję, by chwilę później cierpliwie czekać na swoją kolej. Tak różne zachowania potrafiłam zauważyć w obrębie jednej walki i cóż, wyglądało to słabo. Owszem, poprzednie odsłony również nie słynęły z wybitnej sztucznej inteligencji przeciwników, ale trudno uznać to za usprawiedliwienie. Mogło być lepiej.
Ostrze i cień
No ale dobra, choć stosy martwych ciał na placu są satysfakcjonującym widokiem, to po coś jednak zostaliśmy tym skrytobójcą. Do walki po cichaczu posłuży nam niezawodne ukryte ostrze. Tutaj istotną zmianą jest to, że służy ono wyłącznie do zabójstw z ukrycia. Nie możemy używać go swobodnie podczas walki jak w oryginale. Oprócz tego w arsenale Edwarda znajdziemy linkę z hakiem, bomby dymne, strzałki usypiające oraz strzałki berserkera. Twórcy dodali również osobny przycisk do zakładania i zdejmowania kaptura. To niewielki detal, ale świetnie wpływa na immersję. Możliwość samodzielnego decydowania, kiedy Edward ukrywa twarz, sprawia, że znacznie łatwiej wczuć się w rolę asasyna. Pierdoła, ale cieszy.
Największym game changerem jest jednak możliwość swobodnego kucania. Brzmi banalnie? Być może. Aż trudno uwierzyć, że pierwsze odsłony Assassin’s Creed były tej mechaniki całkowicie pozbawione. W oryginale Edward musiał polegać na wtapianiu się w tłum bądź chowaniu się w krzakach. Teraz możemy przykucnąć za beczkami, skrzyniami, meblami, niskimi murkami i praktycznie każdą osłoną. To sprawia, że przemykanie między wrogami nie sprawia już żadnego problemu. Tym bardziej, że przeciwnicy często są rozmieszczeni w sposób wyraźnie sprzyjający skradaniu. Jeden uparcie wpatruje się w ścianę, drugi z niewiadomych przyczyn grzebie w stogu siana, a jeszcze inny robi rzeczy totalnie niezwiązane z patrolem. Aż sami proszą się o ukryte ostrze między żebrami. Wiecie, typowe głupotki charakterystyczne dla tej serii. Remake nie zmienił nagle Black Flaga w skradankę pokroju Dishonored.
Kiedyś Edward tak nie potrafił…
Ulepszeń doczekał się także parkour. Jest wyraźnie płynniejszy niż w oryginale, choć nadal zachowuje jego charakter. Edward nie zyskał nagle nadludzkich umiejętności wspinaczki (i bardzo dobrze!). Nie wejdziemy na każdą skałę czy budynek, jak ma to miejsce w tych bardziej erpegowych odsłonach Assassin’s Creed. Tam jednak, gdzie nasz bohater rzeczywiście może czegoś się chwycić, animacje są znacznie lepiej połączone i wyglądają naturalniej.
Żagle, armaty i proch
Oczywiście Edward, jako pirat z krwi i kości, nie mógłby obyć się bez swojej Kawki. Przez całą przygodę możemy rozwijać jej wyposażenie i stopniowo zamieniać ją w prawdziwy postrach Karaibów. Pod tym względem twórcy nie zdecydowali się na większą rewolucję. System ulepszeń działa niemal identycznie jak w oryginale. Surowce zdobywamy podczas abordaży, zatapiania wrogich okrętów oraz zdobywania fortów. Następnie przeznaczamy je na kolejne ulepszenia zwiększające wytrzymałość kadłuba czy siłę uzbrojenia. Pozytywną zmianą jest natomiast ekran ulepszeń. Stał się znacznie bardziej przejrzysty i pokazuje konkretne wartości statystyk. Od razu widzimy, jakie obrażenia zadają nasze działa oraz o ile wzrosną po wykupieniu kolejnego poziomu ulepszenia.
Twórcy nie zapomnieli również o personalizacji Kawki. Możemy dowolnie zmieniać wygląd kadłuba, kolor żagli czy inne elementy kosmetyczne statku. Większość z nich zdobywamy podczas eksploracji Karaibów, zarówno na lądzie, jak i pod wodą, choć część bez problemu kupimy również w sklepach. Miłym dodatkiem jest możliwość przygarnięcia zwierzaka na pokład. Do wyboru otrzymujemy małpkę lub kota, którego możemy pogłaskać (wiadomo, priorytety).
Podobno za to dostaje się GOTY
Na pochwałę zasługują zjawiska pogodowe. Pogoda zmienia się bardzo dynamicznie, a wzburzone morze potrafi zaskoczyć ogromnymi falami, które zachowują się znacznie bardziej naturalnie niż w oryginale. Nie zabrakło również trąb wodnych oraz widowiskowych burz. Szczególnie dobrze wypadają błyskawice, którym towarzyszy świetnie zrealizowane udźwiękowienie.
No i grzechem byłoby nie wspomnieć o szantach. Twórcy dorzucili do gry aż dziesięć nowych utworów, dzięki czemu podczas rejsów jest czego słuchać. Dodatkowo otrzymaliśmy wygodne koło wyboru, które pozwala w każdej chwili włączyć konkretną przyśpiewkę. W oryginalnym Black Flagu można było co prawda poprosić załogę o zmianę repertuaru, ale wybór kolejnej szanty pozostawał całkowicie losowy.
Nowe twarze na pokładzie
Naturalnie, byłam bardzo ciekawa naszych nowych oficerów. Remake wprowadza trzy nowe postacie, które zasilą szeregi naszego statku. Są to Lucy Baldwin, Padre oraz Umrzyk Smith. Każdy z nich zapewnia statkowi unikalną umiejętność przydatną podczas bitew morskich. Lucy odblokowuje tzw. idealny unik, który, użyty w odpowiednim momencie, niemal całkowicie niweluje otrzymywane obrażenia. Padre udostępnia „taranujący zryw”. Umiejętność ta pozwala zadawać druzgocące obrażenia podczas zderzeń z innymi okrętami, a całości towarzyszy efektowna praca kamery. Natomiast Umrzyk Smith wzmacnia armaty burtowe, odblokowując możliwość oddania podwójnej salwy. Muszę jednak bez bicia przyznać, że z umiejętności Lucy korzystałam naprawdę rzadko. Zdecydowanie częściej wybierałam tę od Padre. Taranowanie wrogich okrętów z pełnym impetem i obserwowanie, jak ich kadłuby dosłownie rozpadają się na kawałki, dawało mi ogromną satysfakcję.
Znacznie mniej przekonały mnie natomiast zadania fabularne związane z naszymi nowymi towarzyszami. Nie mogę powiedzieć zbyt wiele, bo byłby to zwyczajny spoiler, dlatego postaram się mówić ogólnikami. Dwóch oficerów rekrutujemy już na początku przygody. Adewalé szybko dochodzi do wniosku, że na pokładzie przydałoby się kilka bardziej doświadczonych osób i wskazuje nam dwójkę kandydatów. Oczywiście żadne z nich nie dołączy do załogi bezinteresownie. Najpierw musimy pomóc im rozwiązać osobiste problemy. Oba zadania opierają się na motywie zemsty. Są poprawnie napisane i dobrze spełniają swoją rolę w świecie gry, ale nie zaoferowały mi niczego, czego wcześniej nie widziałabym już w dziesiątkach innych tytułów. Zupełnie inaczej wypada trzeci oficer. Na niego natrafiamy znacznie później, w okolicznościach, których kompletnie się nie spodziewałam. To chyba jedyny moment związany z nowymi towarzyszami, który faktycznie mnie czymś zaskoczył.
Eksploracja morskich głębin
Jak wspomniałam wcześniej, nurkować możemy praktycznie wszędzie. W dowolnym momencie rejsu wystarczy odejść od steru i po prostu skoczyć za burtę. Oczywiście nie dopłyniemy w ten sposób na samo dno. Ogranicza nas zapas tlenu. Mimo wszystko bardzo cieszę się, że twórcy dali nam taką swobodę i nie zamknęli tej aktywności wyłącznie w kilku wyznaczonych miejscach na mapie, tak jak to było w oryginalnej wersji gry.
Jeśli jednak chcemy eksplorować wraki statków i szukać ukrytych na dnie skarbów, niezbędny okaże się dzwon nurkowy. Możemy go kupić lub ukraść od pewnej grupy piratów. Jako że jestem typem, który ciuła każdy grosz, oczywiście wybrałam tę drugą opcję. Warto zresztą poświęcić czas na nurkowanie, bo pod wodą czekają nie tylko skrzynie z kosztownościami. W zatopionych wrakach znajdziemy również finalne schematy ulepszeń Kawki, niezbędne do pełnego rozwinięcia naszego okrętu.
Rekiny ciągle są kłopotliwe
Na lądzie też jest co robić
Nie samym morzem żyje jednak pirat. Miasta i niewielkie wysepki również oferują mnóstwo atrakcji, dlatego warto schodzić z pokładu, aby je dogłębnie eksplorować. Już na starcie uwagę zwraca brak ekranów ładowania podczas wpływania do kolejnych lokacji. Na dzisiejsze czasy jest to oczywiście standard i byłabym w szoku, gdyby tego nie wprowadzono. Znacznie ważniejsze jest jednak to, co czeka na nas po zejściu na ląd. Jak przystało na Assassin’s Creed, wspinamy się na wysokie budynki, aby synchronizować punkty widokowe. Po ich aktywacji na mapie pojawiają się lokalizacje skrzyń, szant, listów oraz wielu innych znajdziek. Czas możemy spędzić również na polowaniu. Karaiby zamieszkują krokodyle, jaguary, jelenie, iguany i wiele innych zwierząt, a pozyskane z nich skóry wykorzystujemy później do ulepszania ekwipunku Edwarda.
Twórcy dodali również nowy element wyposażenia w postaci tzw. błyskotek. Edward może przypinać je do pasa, zyskując rozmaite pasywne premie. Jedne nagradzają perfekcyjne parowania odzyskiwaniem zdrowia, inne zwiększają liczbę zdobywanych skór, przyspieszają przełamywanie gardy przeciwników lub oferują szereg innych bonusów. Błyskotek rozsianych po Karaibach jest naprawdę dużo, więc eksploracja świata gry staje się jeszcze bardziej opłacalna.
Nie zabrakło również gołębników, z których odbieramy kontrakty na zabójstwa. Mechanika działa praktycznie identycznie jak w oryginalnym Black Flagu, dlatego nie ma sensu poświęcać jej zbyt wiele miejsca. Jedynie napomnę, że Edward komentuje każde zlecenie unikalną kwestią dialogową, której nie było w pierwowzorze.
Przy okazji plądrowania magazynów twórcy dorzucili kilka ciekawych smaczków. W oryginalnym Black Flagu aktywność ta sprowadzała się właściwie do użycia Wzroku Orła, odnalezienia strażnika z kluczem, a następnie okradzenia go lub jego wyeliminowania. Tym razem jednak wielu takim sytuacjom towarzyszy coś w rodzaju „minihistorii”. Dla przykładu, podczas poszukiwania jednego z kluczy trafiamy na strażnika, który w ustronnym miejscu kłóci się ze swoją ukochaną o przyszłość ich związku. Innym razem podsłuchujemy wartowników, którzy zastanawiają się, kto właściwie ma klucz do magazynu. Pada sugestia, że posiadał go strażnik, którego niedawno zagryzł krokodyl. Chwilę później rzeczywiście odnajdujemy jego ciało w pobliskim bajorze i zabieramy z niego poszukiwany klucz. To drobny dodatek, który nie zmienia samej aktywności, ale sprawia, że wykonywanie jej jest po prostu ciekawsze.
Precz z desynchronizacją
Twórcy sporo mówili również o zmianach w misjach śledzenia i podsłuchiwania. Podczas przedpremierowych pokazów podkreślali, że wykrycie nie będzie już automatycznie kończyć się desynchronizacją. Zamiast tego dostaniemy szansę na siłowe rozwiązanie problemu. Pokonany przeciwnik może mieć przy sobie notatkę lub dokument, który popchnie zadanie do przodu. I faktycznie, przez większość gry właśnie tak to działa. Celowo dawałam się wykrywać, żeby sprawdzić, jak system zachowa się w praktyce. W większości przypadków pokonani przeciwnicy rzeczywiście posiadali przy sobie listy lub inne dokumenty zawierające wskazówki dotyczące dalszego przebiegu misji. Nie jest to jednak reguła bez wyjątków. Kilkukrotnie wykrycie kończyło się natychmiastowym strzałem w stronę Edwarda i błyskawiczną śmiercią. Oznacza to, że misje wymagające pozostania w incognito wciąż istnieją, choć jest ich wyraźnie mniej.
Panie bywają pomocne
Lepszy niż oryginał. Assassin’s Creed Black Flag: Resynced – finalne wrażenia
Podsumowując, Black Flag: Resynced to naprawdę udane i godne odświeżenie jednej z najbardziej lubianych odsłon serii Assassin’s Creed. Ukończenie około 90% zawartości zajęło mi blisko 50 godzin, dlatego podejrzewam, że zdobycie pełnych 100% powinno zamknąć się w około 55 godzinach. W moim przypadku zabrakło głównie zleceń morskich. Podobnie jak kontrakty na zabójstwa, są one czynnością powtarzalną, z tą różnicą, że zamiast eliminować wskazaną osobę, polujemy na konkretny okręt. Po pięćdziesięciu godzinach żeglowania i toczenia bitew morskich zwyczajnie nie miałam już ochoty na kolejne.
Przez całą przygodę bawiłam się jednak znakomicie. Ubisoft zachował wszystko to, co przed laty sprawiło, że Black Flag zdobył serca graczy, a jednocześnie rozsądnie odświeżył najważniejsze elementy rozgrywki. Owszem, nie zabrakło kilku potknięć, jak nierówna inteligencja przeciwników czy fabularny niedosyt związany z nowymi oficerami, ale są to drobne rysy na obrazie całości.
Na koniec warto wspomnieć o stanie technicznym. Przez blisko 50 godzin spędzonych z grą na podstawowym PS5 nie trafiłam na żadne błędy, które mogłyby negatywnie wpłynąć na komfort rozgrywki. Jeśli już pojawiały się jakieś bugi, były to naprawdę drobnostki. Raz przez chwilę stopy Edwarda zapadły się w chodnik, ale poza tymi kosmetycznymi wpadkami nie miałam powodów do narzekania. Całość ogrywałam w trybie wydajności i nie zauważyłam żadnych drastycznych spadków płynności. Mam nadzieję, że nie był to jedynie szczęśliwy przypadek i podobny poziom dopracowania otrzymają również gracze na innych platformach.
Z mojej strony mogę śmiało polecić ten remake. Zarówno graczom, którzy dopiero poznają historię Edwarda Kenwaya, jak i tym, którzy przeżyli ją już ponad dekadę temu. Mimo że fabuła pozostaje w dużej mierze taka sama, odświeżona oprawa, usprawnione mechaniki i dodatkowa zawartość sprawiają, że powrót na Karaiby ma po prostu sens.
Recenzja Assassin’s Creed Black Flag: Resynced powstała dzięki uprzejmości Ubisoftu. Dziękujemy za zaufanie!














