Jak już poznać klasykę, to w takiej właśnie odsłonie! Broken Sword – Cień templariuszy: Reforged – recenzja gry

Rysunek przedstawia zamek na wzgórzu i zbliżający się z prawej autobus.

Kto znał, ten nie potrzebuje dodatkowej zachęty, a kto nigdy nie grał, temu nawet odrobinę zazdroszczę. Pierwsze spotkanie z Broken Sword w 1996 roku było wyjątkowym przeżyciem, ale i dziś tytuł ten się broni, o czym dowiecie się z tej recenzji.

Świetnie, że klasyki są odświeżane, bo mimo klęski urodzaju na rynku gier, nadal warto przypominać o starych dobrych tytułach. Zwłaszcza o przygodówkach, które współcześnie nie cieszą się taką estymą jak w latach 90. Jednak pozwolę sobie pomarudzić, bo zamiast raczyć nas tym samym po raz kolejny, Revolution Software mogłoby w końcu wydać nową część Broken Sword.

W 2023 roku podczas konferencji Xboksa na Gamescomie studio ogłosiło prace nad Broken Sword – Parzival’s Stone. Gracze oszaleli ze szczęścia. Minęło w końcu tyle lat od ukazania się piątej odsłony serii, czyli The Serpent’s Curse. Najwyższy czas zatem, by studio pokazało coś nowego. Tym bardziej że, ostatnia gra była pod wieloma względami powrotem do korzeni, i to w dobrym tego słowa znaczeniu. Jej mechanizmy, a zwłaszcza szata graficzna, świadczyły o tym, że Revolution rozsądnie uznało, iż 2D lepiej pasuje do formuły przygodówek niż trójwymiar, w którym osadziło części trzecią i czwartą.

Obrazek przedstawia wściekłego kozła, uwiązanego do murku, patrzącego prosto w kamerę.

W tym roku seria obchodzi 30-lecie. Czy czeka ją podobny los jak Tomb Raider: Legacy of Atlantis, o którym coraz częściej mówi się, że może spóźnić się na tak ważne obchody? Oby nie. Póki co, dostaliśmy oto Broken Sword – Cień templariuszy: Reforged, trzecią wersję pierwszej części z 1996 roku. Tym razem bez dodatków znanych z edycji Director’s Cut, czyli np. bez poszerzonego wątku Nico.

Historia, jakich mało

Istnieje możliwość, że ów tekst czytają osoby, które nigdy z serią nie miały do czynienia, więc zanim przejdę do omawiania remastera, kilka słów o samym Cieniu templariuszy. Zacznę od najważniejszego: to cudowna klasyka nie mająca sobie równych. Broken Sword, podobnie jak Monkey Island czy Sanitarium, są niezapomnianymi przygodami. Wykraczają poza zwykłą formułę point’n’clicków, w których liżemy ściany i przepychamy bohatera przez kolejne lokacje. Tutaj naprawdę ważna jest doskonale opowiedziana historia.

Obrazek przedstawia głównego bohatera rozmawiającego z eleganckim mężczyzną w brązowym garniturze. Stoją przy wejściu do irlandzkiego pubu.

Zaczynamy jako George Stobbart, amerykański prawnik, który wybiera się na wakacje do Paryża. Kiedy podczas leniwego południa przy kawie prawie zostaje zabity na skutek zamachu bombowego, z miejsca podejmuje prywatne śledztwo w tej sprawie. W jego trakcie poznaje niejaką Nico Collard, miejscową fotoreporterkę, z którą szybko nawiązuje nić porozumienia. Wspólnie starają się odgadnąć, co kierowało zamachowcem. W trakcie swych podróży trafia nie tylko do różnych dzielnic Paryża, ale też do małej miejscowości w Irlandii, do Szkocji, Syrii i Hiszpanii.

Zagadki potrafią być uciążliwe, zwłaszcza jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że w przygodówkach czas płynie inaczej. Tutaj czasami trzeba wstrzelić się w odpowiedni moment (jak w przypadku zagadki z kozłem, który nie chce nas przepuścić do wykopalisk). Co wyjątkowe dla tego gatunku, możemy też szybko zakończyć grę… doprowadzając do śmierci głównego bohatera.

Obrazek przedstawia bohatera w piwnicy pełnej szpargałów i kartonów, z prawe strony oświetla ją dziura w suficie, na podłodze leży spory klejnot.

Ale wszystko wynagradza para głównych bohaterów (chociaż Nico ma zdecydowanie mniej czasu antenowego). Uwielbiałam dialogi w tej grze, ponieważ brzmiały tak naturalnie. Wprawdzie George’owi zdarza się nieco szafować stereotypami, robi to jednak z wrodzoną lekkością i naiwnością. W gruncie rzeczy, zarówno on, jak i Nico są po prostu parą sympatycznych, zdesperowanych, by odkryć prawdę, ludzi. I warto z nimi przeżyć przygodę w cieniu tajemnicy templariuszy.

Piękna klasyka

Zmiany w grafice to pierwsze, co rzuca się w oczy w wersji Reforged – i co w zasadzie jest najczęstszym uzasadnieniem powstawania remasterów. Gracze mogą przełknąć archaiczne sterowanie, dziwne menu czy brak częstych stanów zapisu, ale jakoś trudniej im przyzwyczaić się do pikselozy. Czy Broken Sword – Cień templariuszy odstrasza w wersji oryginalnej? To problematyczna kwestia. Tytuł nie zestarzał się bardzo, ponieważ został ręcznie narysowany. Tak naprawdę, żeby uroda tych pięknych teł w pełni wybrzmiała w 2026 roku, wystarczyło je poddać lekkiemu liftingowi. A jednak w Broken Sword Reforged zmiany zaszły nieco dalej.

Obrazek przedstawia parę bohaterów rozmawiających ze soba przez tradycyjny telefon.

Oryginalne szkice zostały jeszcze raz zeskanowane, po czym pokryte kolorem. Praca, którą w to włożono, jest warta podziwu i widać, że nie chodzi tylko o lepszą rozdzielczość. Porównując oryginał z Reforged, odnoszę wrażenie, jakbym założyła mocniejsze okulary. Wszystko stało się bardziej wyraźne, żywsze, bardziej rozświetlone. Unowocześniona szata graficzna stała się bardziej pastelowa, cienie nie są tak głębokie, a niebo, zamiast niepokojąco szarawe, bardziej przypomina wiosenne klimaty.

Jeśli chodzi zaś o animacje, postacie dostały cieniowanie i dynamiczne oświetlenie. Studio zdecydowało się również na zaprzężenie AI do upscallingu części animacji. Warto podkreślić, że twórcy nie byli zadowoleni z tego rozwiązania, ponieważ w procesie skalowania utracono wiele detali. Zgodnie ze słowami szefa studia, Charlesa Cecila, decyzja ta była podyktowana względami ekonomicznymi (chociaż już wersja Reforged drugiej odsłony gry powstaje bez użycia AI). Co ważne, możemy przełączać się między wersjami oryginalną i Reforged za pomocą klawisza TAB. Warto to robić, by docenić, jak wiele wysiłku włożono w tę drugą.

Mniejsze i większe zmiany

Nie wprowadzono wielu zmian w warstwie dźwiękowej… a przynajmniej nie tyle, by dało się to wyraźnie odczuć. Dialogi są identyczne, dźwięki otoczenia i muzyka również. W dialogach czasami słychać wiekowość gry. Odczuwalny jest pewien charakterystyczny pogłos, jak ze starego nagrania. Z drugiej strony, znakomici aktorzy zatrudnieni do dubbingu nie potrzebują żadnej nowszej wersji.

Obrazek przedstawia bohatera wchodzącego po drabinie w kanałach. 

Opracowano też nowy interfejs, bliższy dzisiejszym standardom. W latach 90. na porządku dziennym były pasy ekranu na górze i na dole ukazujące ekwipunek oraz opcje. Teraz ekran jest od nich wolny, zamiast tego w lewym dolnym rogu znajduje się ikona opcji. Najechanie na nią myszką powoduje rozwinięcie potrzebnych ikon.

Co ważne, każdą z opcji interfejsu da się ustawić osobno. W menu znajdziemy dwa style rozgrywki, fabularny lub klasyczny, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by stworzyć własny profil grania. Podpowiedzi mogą mieć postać gwiazdek pojawiających się w miejscach, do których mamy się udać, ale możemy też korzystać z rozbudowanego systemu podpowiedzi, który stopniuje opis rozwiązania.

Obrazek przedstawia wnętrze muzeum, z wieloma eksponatami związanymi ze starożytnym Egiptem czy kultura Celtów. Grafika jest pikselowa.

 

Nic się nie zestarzało. Broken Sword – Cień templariuszy: Reforged – finalne wrażenia

Za co kochamy tę serię? Za silne nawiązania do najgorętszych legend i tajemnic, za historię przeplatającą się ze współczesnością. Za doskonałe, ciekawe dialogi, żywe postacie, zagadki, które nie spędzają snu z powiek (poza tym nieszczęsnym kozłem). Wszystko to tutaj jest. Warto poznać tę część w obecnej postaci, bo lepiej już na pewno nie będzie wyglądać. Jeśli po jej ograniu będziecie ciekawi, jakie gry przygodowe wyjdą w tym roku, zapraszam do naszej top listy na 2026.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights