Gdy tylko zobaczyłam pierwsze zapowiedzi, wiedziałam – recenzja Expeditions: Rome musi wyjść właśnie spod mojego pióra. Pozwólcie, że zabiorę Was w podróż do przeszłości.
Uważam starożytny Rzym i jego kulturę za niezwykle interesujące. Od lat fascynuje mnie tam praktycznie wszystko – począwszy od mitologii („pożyczonej” swoją drogą od Greków), przez działania wojenne, na rozmaitych cesarzach skończywszy. Byłam nim zajarana do tego stopnia, że przez jakiś czas samodzielnie uczyłam się łaciny. Dlatego recenzja Expeditions: Rome była tylko kwestią czasu, a kolejne materiały z gry udanie podsycały moją ciekawość. Jeżeli chcecie wiedzieć, jak mojej Numicji Laevinie udała się kampania wojenna, zapraszam.
Wszystkie drogi prowadzą… z Rzymu
Na początku mamy krótką scenkę, która z grubsza nakreśla nam tło fabularne. Nasz ojciec, zasłużony dla Rzymu polityk, zostaje zamordowany. Sytuację szybko wykorzystuje inny senator, aranżując małżeństwo z naszą starszą siostrą. Za sprawą panującego w krainie patriarchatu wie, że dzięki temu obejmie władzę nad całym rodem. Matka, wyczuwając podstęp, wysyła nas pod osłoną nocy na grecką wyspę Lesbos. Tam czeka już na nas Lucjusz Licyniusz Lukullus, który staje się dla nas kimś w rodzaju przybranego ojca. W zależności od płci czeka tam na nas inna rola do odegrania – mężczyzna będzie mógł wziąć udział w przygotowaniach do wojny, kobieta zaś… siedzieć i obserwować dzielnych legionistów. Temat seksizmu w tym uniwersum rozwinę jednak nieco później.

To właśnie na statku rozpoczyna się interaktywna część naszej przygody. Poznajemy kilka istotnych postaci, takich jak Syneros, wierny sługa naszego domu, czy Cezon Kwinkcjusz Akwilin, centurio wyznaczony do pilnowania nas. Nie zabrakło też miejsca dla samego Juliusza Cezara, choć w tym przypadku jest on zaledwie postacią epizodyczną. Niemniej jednak, jest to z pewnością kolejny miły akcent dla pasjonatów starożytnego Rzymu.

Spokojną podróż szybko przerywa atak greckich wojsk. Niezależnie od płci, mamy okazję pierwszy raz sprawdzić się w walce.
Zwycięstwo albo śmierć
Samouczek płynnie objaśnia najważniejsze aspekty walki taktycznej. W pierwszej kolejności musimy wybrać jedną z czterech klas. Mamy do dyspozycji ciężkozbrojnego princepsa, walczącego na dystans sagittariusa, stanowiącego wsparcie triariusa oraz śmiercionośnego welitę, walczącego dwiema broniami. Upodobałam sobie szczególnie tę ostatnią klasę – po wykupieniu odpowiednich ulepszeń moja bohaterka siała niezłe spustoszenie. Zwłaszcza gdy w walce nie było przeciwników z tarczą.
Przy każdej klasie mamy do dyspozycji sporo umiejętności w ramach trzech ścieżek rozwoju. Zatem, na dobrą sprawę, możemy stworzyć dwanaście postaci o zupełnie odmiennych stylach walki. To właśnie ta swoboda nie pozwala oderwać się od walk taktycznych. Za każdym razem widziałam wiele możliwości poprowadzenia potyczki, zaskoczenia wroga swoją taktyką. Co ważniejsze, te starcia się nie nudzą, a to kluczowy aspekt dla długich gier strategicznych.

Trudność gry określiłabym jako dobrze wyważoną. Na normalnym poziomie trudności walki są wymagające i trzeba dobrze planować poszczególne posunięcia, by wycisnąć z towarzyszących nam pretorianów jak najwięcej. Choć możemy czuć się silni, jeden fałszywy ruch pozwoli wrogom nas przytłoczyć i szybko wykończyć. Zawsze musimy się mieć na baczności.

Nasi towarzysze natomiast dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to kompani, którzy dołączają do nas w toku rozgrywki. Mają własne upodobania, historie i zadania, możemy też z nimi romansować (poza Synerosem, który jest odporny na nasze wdzięki). Druga grupa to losowi żołnierze, których kupujemy w obozie. Ten rodzaj pretorianów jest potrzebny głównie na pacyfikacje, czyli działania zapewniające nam kontrolę nad danym regionem.
Ave, legate! Legion czeka na twe rozkazy
Innym istotnym aspektem jest zarządzanie naszym własnym oddziałem. W toku rozgrywki Lukullus uczyni nas legatem Legio Victrix. Legion może liczyć nieco ponad 4000 żołnierzy i czterech centurionów. Naszym zadaniem jest dbać o ich zdrowie i morale, by mogli szybko rozprawiać się z wrogimi siłami. Poza tym możemy budować w obozie rozmaite ulepszenia, takie jak kuźnia czy szpital polowy. Tam również planujemy z naszymi doradcami pacyfikacje regionów.

Bitwy między armiami wyglądają zupełnie inaczej niż zwykła walka taktyczna. Mamy do dyspozycji rozmaite rozkazy, które zmieniają się wraz z rozwojem bitwy. Po wybraniu komendy w danej fazie (faza początkowa, zmiana pogody, rozbicie manipułu) naszym oczom ukaże się dwuwymiarowe pole bitwy, obrazujące walki. Graficznie nie jest to zbyt spektakularne i po większej ilości potyczek trochę się nudzi. Na szczęście twórcy zadbali o przyciski pozwalające przyspieszać przebieg starć.
Na rozstrzygnięcie ma wpływ wiele czynników, nie tylko liczba naszych wojsk. W zależności od tego, ilu wrogów zabijemy, armia przeciwnika może zostać całkowicie unicestwiona lub uciec do przyległego posterunku. Pierwszy rezultat zaowocuje sporym wzrostem morale i doświadczenia bojowego, podczas gdy drugi może obie te wartości obniżyć. Warto więc tak planować swoje rozkazy, aby zminimalizować straty (dla większego doświadczenia) i dokopać wrogom (żeby legion był zadowolony).

Wrażenia z podboju świata, czyli podróżowanie w Expeditions: Rome
Mapa świata wygląda całkiem nieźle. Znajdziemy na niej przede wszystkim posterunki poszczególnych regionów, które będziemy musieli podbić, a później utrzymać. Jest co robić, ale nie ma się poczucia przytłoczenia znacznikami. Każda strefa ma kilka kopalni i zadań do wykonania dla Legio Victrix. Te pierwsze są niezbędne do ulepszania obozu, drugie pozwalają nam zbierać niezbędne zasoby, czyli: denary, niewolników, racje i lekarstwa.
Nasz legat natomiast może zbierać rozmieszczone na mapie skarby, odwiedzać kamienie milowe dla doświadczenia czy uzupełniać wodę w studniach. Co jakiś czas podczas podróży wyskoczy nam również losowe wydarzenie. Dotyczą one przeróżnych rzeczy. Jednego dnia możemy napotkać gaj oliwny i się w nim zgubić, innym razem ktoś ostrzeże nas przed atakiem wrogich wojsk. Podejmowane przez nas w trakcie decyzje mają wpływ nie tylko na relacje z pretorianami, lecz także na zdrowie naszych towarzyszy. Warto więc często zapisywać grę podczas podróży po mapie.
Masz uroczą towarzyszkę, centurio, czyli o seksizmie słów kilka
Zanim podsumuję moje wrażenia, wróćmy jeszcze do tematu seksizmu w Expeditions: Rome. Możemy oczywiście wybrać płeć, to nic nowego w grach RPG, jednak biorąc pod uwagę umiejscowienie akcji, spodziewałam się znacznych trudności, grając kobietą. Dlatego od razu stworzyłam Numicję Laevinę (to nazwisko i przydomek, w rzymskiej społeczności kobiety nie miały nawet imion) i zaczęłam rozgrywkę.
Szybko okazało się, że miałam rację. Pierwsze reakcje załogi na Laevinę były doskonałym przykładem tego, jak w starożytnym Rzymie postrzegano kobiety. Ich miejsce było w domu lub na targowisku. Przydzielony do ochrony nas centurio od razu zaznacza, że nie będziemy brać udziału w jakichkolwiek walkach. I koniec, żadnej dyskusji. Gdyby nie Lukullus, zapewne cała przygoda byłaby znacznie nudniejsza i opierała się głównie na siedzeniu w obozie i szykowaniu potraw.
Jestem zachwycona tym, jak bardzo twórcy odróżnili kobiecą ścieżkę. Widać, że nie zostało to zrobione po łebkach – rozmowy i nastawienie postaci naprawdę się różnią. Kiedy jeden z moich rozmówców wziął Cezona za pierwotnego dowódcę, a mnie potraktował jako dodatek, naprawdę się zagotowałam. Takich przejawów seksizmu jest mnóstwo, aż do absurdalnej sceny pościgu, w której kobieta, niczym przedmiot, jest przywiązana do konia i uprowadzona przez swojego „narzeczonego”.

Chociaż potrafi to wkurzyć, oddaje jednak prawdziwy obraz rzymskiego społeczeństwa i ich tradycji. W dzisiejszych czasach farbowanie włosów na blond nie jest niczym niezwykłym, wtedy kojarzyło się powszechnie z kobietą rozwiązłą. Odkrywanie tych niuansów sprawiło mi ogromną przyjemność – nawet jeżeli czasami miałam ochotę uderzyć niektórych mężczyzn przez monitor. Dość powiedzieć, że niektórzy towarzysze wręcz mają wyszczególnioną cechę „seksizm” i nie lubią, gdy traktujemy kobiety równo.
Najgorszy okres w dziejach Rzymu w najlepszym wydaniu – finalne wrażenia z Expeditions: Rome
Chociaż zazwyczaj robię długie podsumowania, tym razem nie będę owijać w bawełnę – kocham tę grę całym sercem. Pieczołowitość, z jaką twórcy stworzyli ten świat, dbałość o szczegóły, świetny dubbing (w sumie dobrze, że nie dali łacińskiej opcji, bo chyba bym umarła i poszła do dubbingowego nieba) – to wszystko zachwyca. Uważam też, że przez obecność wielu silnych kobiecych postaci Expeditions: Rome przyczyni się do odczyniania szkodliwych stereotypów w grach. Jeżeli dodamy do tego świetną, niewyobrażalnie wciągającą walkę taktyczną, otrzymamy pozycję obowiązkową dla fanów strategii.

Oczywiście, gra ma kilka wad. Tłumaczenie nie jest idealne, postaci na polu walki czasem się bugują, a romanse wydają się doklejone na ostatnią chwilę, przez co nieco rozczarowują. Ale pamiętajmy, że to nie jest wysokobudżetowa produkcja. Powiem więcej – ta produkcja jest lepsza, niż 70% obecnie dostępnych gier od dużych wydawców. Bo Logic Artists naprawdę chcieli dać nam coś wartego uwagi, a nie tylko bujać się na marce, żeby zarobić łatwe pieniądze.
Jeżeli szukacie więc dobrej strategii – polecam gorąco. Jeżeli natomiast szukacie gry, która dobrze ukazuje starożytny Rzym w okresie jego słabości i rozłamu, która zachwyci Was klimatem, detalami, łaciną tu i ówdzie – na Jowisza, na co jeszcze czekacie?
Recenzja Expeditions: Rome powstała dzięki uprzejmości sklepu GOG.com.







