Prawdziwym bogactwem byli przyjaciele, których znaleźliśmy po drodze. Like a Dragon: Infinite Wealth – recenzja gry

Zrzut ekranu z gry Like a Dragon: Infinite Wealth. Dwie dłonie złączone w uścisku.

Rajskie Hawaje czekają! Powiedzcie „aloha” mojej recenzji Like a Dragon: Infinite Wealth, z której dowiecie się, czy wyprawa za granicę przysłużyła się japońskiej serii.

Like a Dragon powróciło do nas po raz ósmy. Oczywiście nie licząc pobocznych gier z serii, których także nie brakuje. Czy produkcja, która już przedstawiła nam tyle swoich wersji, może pokazać coś nowego? Odpowiedziałabym: „I tak, i nie”. Ta recenzja Like a Dragon: Infinite Wealth opowie Wam o tym, jak odkryłam, że jedyna Yakuza, w jaką chcę grać od tej pory, to drużynowy RPG.

Get in loser, jedziemy na Hawaje

Po czterech latach od zakończenia wydarzeń siódmej części ponownie spotykamy się z Ichibanem Kasugą. Nasz protagonista w tym czasie naprawdę zdążył ogarnąć swoje życie. Ma mieszkanie, pracę i grono wiernych przyjaciół. Cudownie byłoby po prostu zobaczyć go szczęśliwym i spełnionym, ale nie tworzyłoby to ciekawej fabuły. Tak więc i tym razem musiało się coś wydarzyć.

Kto z nas nie miał kiedyś ochoty „rzucić wszystkiego i wyjechać w Bieszczady”? Zamieńmy Bieszczady na Hawaje i mamy przed sobą przygody naszego bohatera. No dobra, nie do końca. Ichiban wyrusza do raju z misją, jaką jest spotkanie swojej biologicznej matki. Sprawy się komplikują, kiedy Akane dosłownie znika z powierzchni Ziemi, a każda organizacja przestępcza w Honolulu jest na jej tropie.

Przyznam, że miałam spore oczekiwania, jeśli chodzi o historię tej części. Po Like a Dragon Gaiden: The Man Who Erased His Name czułam, że seria jest gotowa wejść na głębsze wody. Myślę, że każdy z fanów japońskiej sagi wie, że istnieją pewne motywy, które twórcy w kółko recyklingują. Działa to na takiej zasadzie, że widzisz pewien typ postaci albo wątek i myślisz sobie: aha, czyli skończy się to tak. Muszę  oczywiście zachować tajemniczość w tym temacie, żeby uniknąć spoilerów. Może ujmę to w ten sposób – w Infinite Wealth nie wszystko jest aż tak przewidywalne. Wygląda na to, że studio Ryu Ga Gotoku powoli wychodzi ze swojej strefy komfortu. Mam nadzieję, że przy okazji kolejnych odsłon jeszcze bardziej podkręcą tempo.

Kłopoty w raju

Jeśli mamy jednak mówić o fabule gry w oderwaniu od tradycji Yakuzy – jest dobra, ale czasem kuleje. Uwielbiam Ichibana jako protagonistę. Jego natura idealisty oraz przekonanie, że siła przyjaźni pokona wszystko, wcale mi się nie gryzą z krwawą crime dramą. Jeśli jednak wolicie Kasugę w mniejszych dawkach, mam dla Was dobrą wiadomość – w grze wcielamy się także w niezastąpionego Kazumę Kiryu.

System włączający dwóch głównych bohaterów ma swoje plusy i minusy. Z zalet – chociażby dwie drużyny. To oznacza, że mamy mniej trudnych wyborów dotyczących kogo tym razem włączyć do składu, a kogo zostawić w domu. Z wad – Kiryu i Ichiban rozdzielają się dopiero w połowie historii, a nie od samego początku. Wraz z momentem, kiedy dochodzi do ich rozstania, pewne rzeczy zaczynają się rozjeżdżać. Tempo bywa zachwiane, a niektóre wątki są ucięte bez satysfakcjonującego zakończenia. Sprawia to, że czasem zadajemy sobie pytania, po co niektóre rzeczy w ogóle znalazły się w grze i czy nie lepiej byłoby spożytkować ten czas na rozwijanie innych fragmentów fabuły.

Podobało mi się włączenie do gry motywu sekty. Do tej pory seria nigdy nie poruszała takich tematów (pomijając substories). Ciekawie było zobaczyć, jak wiele podobieństw łączy grupę religijną i zorganizowaną przestępczość. Jeśli chodzi zaś o czarne charaktery – jeden z nich dał mi wielki niedosyt, a drugi zostawił z obojętnością. Pierwszy z nich przypominał pompowanie balonika, z którego na końcu smutno zeszło powietrze. Za to motywacje drugiego, finałowego bossa, wydawały mi się szybko sklejone, tylko po to, żeby pojawił się jakiś sensowny konflikt. Wiem, że Like a Dragon uwielbia zwroty akcji rodem z telenoweli i jest to jeden z aspektów, które mnie urzekły w tej serii. Niestety to była jedyna rzecz, która ciągnęła naszego głównego antagonistę. Szokujące rewelacje powinny być tylko dodatkiem do dobrze napisanej postaci, a nie jej główną zaletą.

Smok na wakacjach

Gra sporo uwagi poświęca Smokowi Dojimy. Do tego stopnia, że czasem przyćmiewa Ichibana. Kiryu ma swój własny wątek fabularny skupiający się na domykaniu spraw. W ramach niego często wspomina wydarzenia i postacie z poprzednich części. Dla weteranów serii pewnie będzie to stanowić nostalgiczną podróż do przeszłości. Niektórych starych przyjaciół zobaczymy nawet „na żywo” i dowiemy się, co u nich słychać po latach. To, o czym piszę, to system zwany Bucket List, któremu poświęcono sporo uwagi podczas przedpremierowego marketingu Infinite Wealth. Był on jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie aspektów historii gry. Może i nie byłam usatysfakcjonowana w 100% z każdego obrotu spraw, ale wciąż cieszę się, że chociaż odniesiono się do jakże barwnej przeszłości Kiryu.

Like a Dragon: Infinite Wealth potrafiło mnie też totalnie oczarować, o czym muszę oczywiście wspomnieć w tej recenzji. A dokładnie to za sprawą miejsca akcji. Gra przenosi do nas do słonecznych Hawajów – ujęło mnie to za serce, które oddaję plażowym miejscówkom. Do tej pory równych wrażeń dostarczyła mi tylko Okinawa, która pojawiła się w Yakuzie 3, jednak podjazdu do Honolulu to na pewno nie ma.

W Infinite Wealth znajdziemy największą do tej pory mapę miasta w serii! Ulice przesiąkają wakacyjnym klimatem, aż podczas gry sama zaczęłam marzyć o rajskiej podróży. Mieszkańcy Hawajów oczywiście wystąpili w roli bohaterów substories, podczas których Ichiban magicznie pokonuje bariery językowe. Misje poboczne są wciąż tym samym połączeniem komedii z pokrzepiającymi serce historiami. Powróciło wiele aktywności dodatkowych z poprzednich części, ale pojawiły się też nowe. Na przykład Dondoko Island, czyli po prostu yakuzowa wersja Animal Crossing: New Horizons (jest to całkowicie świadoma parodia). Uwaga na tę minigrę, bo szybko można zapomnieć, że to wcale nie jest wątek główny!

Tak mało się zmieniło, a tak dużo to dało

Jeśli graliście w poprzednią część, to powrót turowej rozgrywki Was nie zadziwi. Znowu zarządzamy czteroosobową drużyną, w której każdy z członków ma swoją pracę (klasę postaci) i zestaw powiązanych z nią umiejętności. Klasy możemy oczywiście dowolnie zmieniać, tak jak w Yakuzie: Like a Dragon. Gra nas wręcz zachęca do eksperymentowania z różnymi budowami zespołu.

Przejdźmy teraz do nowinek, bo tych też nie zabrakło. Bardzo miłym odświeżeniem gameplayu jest dodanie wagi pozycji naszych bohaterów na polu bitwy. W Infinite Wealth musimy brać jeszcze więcej czynników pod uwagę, wybierając następnego przeciwnika do eliminacji. Wcześniej nie istniała opcja poruszania się na planszy, co wpływało na jednostajność siły ataków, nie zważając na odległość, w jakiej znajdował się wróg. Teraz, gdy jesteśmy blisko wroga, mamy większe szanse na zadanie mu większych obrażeń. Warto też obserwować, gdzie są nasi sojusznicy, bo możemy wykonywać ataki łączone albo odbijać wrogów od siebie niczym piłeczki w ping-pongu.

Pojawiła się również możliwość korzystania z przedmiotów dostępnych w naszym otoczeniu – chwycenia za rower albo beczkę z chemikaliami wywołującą efekt zatrucia. W poprzedniej części takie akcje czasem działy się automatycznie, jeśli użyliśmy podstawowego ataku. Teraz mamy pełną kontrolę nad poszczególnymi przedmiotami oraz wybór, czy w ogóle chcemy wchodzić z nimi w interakcję.

Niesamowite wrażenia z walki w poprzedniej części gry utrzymywały mnie w przekonaniu, że nie może być lepiej. A zdecydowanie jest. Wykorzystywanie przestrzeni nadało nowy powiew świeżości rozgrywce. Grając w The Man Who Erased His Name, które przywróciło brawlerową walkę, odczuwałam tęsknotę za pojedynkami w turach. Nie wspominałam o tym w mojej recenzji Gaidena. Myślałam, że jest to po prostu sytuacja, w której trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Ku mojemu zaskoczeniu nie znalazłam jednak takiego momentu podczas przechodzenia Infinite Wealth, w którym zachciałoby mi się naparzać wrogów bez opamiętania. To scementowało moją opinię – Like a Dragon nie powinno już nigdy odchodzić od jRPG. Albo przynajmniej trzymać się tego gatunku w głównych odsłonach.

O tym co złe, a co dobre, słów kilka

Segment gorzkich żali czas zacząć, bo niestety jest parę kwestii, o których należałoby wspomnieć. W grze nie uświadczymy możliwości ustalenia poziomu trudności, tak samo jak to było w siódemce. Jeśli więc natkniemy się na jakąś cięższą walkę, przez którą nie dajemy rady przebrnąć, nie możemy chwilowo ułatwić sobie rozgrywki. Przyznam, że mi akurat nie przydarzyła się taka sytuacja, nie oznacza to jednak, że w grze nie powinna się znaleźć opcja dostosowania poziomu wyzwań dla osób, którego tego potrzebują. Problem oczywiście występuje także w odwrotną stronę. Gracze, którym będzie za łatwo, też nie mogą podnieść sobie trudności. A przynajmniej nie do momentu, kiedy odpalimy produkcję w trybie Nowa Gra+, który… ukryty jest za płatnym DLC. Decyzja ta była kontrowersyjna od momentu, kiedy ją ogłoszono, co wcale mnie nie dziwi. Osobiście nie jestem w stanie zrozumieć tego ruchu ze strony wydawcy. Przychodzi mi na myśl tylko jedno, brzydkie słowo: chciwość.

Aby nie kończyć recenzji w tak negatywnym nastroju, poświęćmy też trochę uwagi towarzyszom pojawiającym się w Like a Dragon: Infinite Wealth. Bardzo mnie cieszy, że wszyscy przyjaciele Ichibana z poprzedniej części powrócili, dzięki czemu ich charaktery mogą być dalej rozwijane. Nie zabrakło też świeżej krwi – doceniam fakt, że z trzech nowych członków drużyny dwie są kobiety. Yakuza nigdy nie była mocno sfeminizowaną serią i raczej tego od niej nie oczekiwałam. Mimo to nie ukrywam, że cieszy mnie obecność damskich postaci w aktywnej roli, a nie tylko wspierającej. Like a Dragon zawsze skupiało się na historiach i więziach międzyludzkich, więc uczynienie gry drużynowym RPG przy okazji siódemki wydawało mi się bardzo sensowym rozwiązaniem. Zdanie podtrzymuje i dalej niezmiennie kocham tę dziwną rodzinę bez więzów krwi, którą zebrali nasi protagoniści.

Będę wracać do Honolulu – ostateczne wrażenia z gry Like a Dragon: Infinite Wealth

Infinite Wealth nie jest pozbawione błędów. Czy to oznacza, że źle się bawiłam podczas rozgrywki? Wręcz przeciwnie. Moja krytyka bierze się z tego, że po prostu lubię się czepiać szczegółów, zwłaszcza jeśli chodzi o serie bliskie memu sercu. Czysto gameplayowo ósma część jest dla mnie najlepszą wśród pozostałych. Istnieją fabularne niedociągnięcia, ale te Hawaje chyba trochę włączają w moim umyśle taryfę ulgową. Zresztą w każdej odsłonie Yakuzy występują jakieś dziwnostki, jeśli chodzi o historię. Like a Dragon to saga, którą zdecydowanie bardziej się czuje niż rozumie. Choć grało mi się długo, to wcale się nie dłużyło. Pewnie co jakiś czas, jak tylko słońce przygrzeje na dworze, będę wracać do tego tytułu. A może zupełnie na odwrót – to będzie moja ucieczka przed szarą, polską zimą.

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights