Czy bycie naczelnym pożeraczem może cieszyć? Maneater – recenzja gry

Fishing human on the beach, kites flying in the background - Maneater main menu screen

Oczekiwałam solidnego symulatora rekina rodem z filmu Szczęki. Jednak nieco się przeliczyłam, choć nie mogę też powiedzieć, że jestem niezadowolona. Czy zatem Maneater był warty sprawdzenia?

Człowiek nad morzem łowiący ryby, ekran główny gry Maneater

Moja przygoda z grami pozwalającymi na wcielenie się w pożerającego wszystko rekina zaczęła się od gier mobilnych – Hungry Shark Evolution oraz Hungry Shark World. W pierwszym z tych tytułów spędziłam wiele godzin i świetnie się bawiłam. Z tego też powodu Maneater wydał mi się obowiązkową wręcz pozycją do ogrania.

Ta gra ma fabułę!

Tym oto zdaniem rozpocznę recenzję Maneater. Szczególnie, że jest to zarówno zaleta jak i spora wada tej gry.

Narracja Maneater przywodzi na myśl Biomutanta (jeśli zastanawiacie się dlaczego, poszukajcie odpowiedzi w recenzji na naszym portalu). Gracz jest wręcz w niej skazany na ciągłe komentarze narratora. Kwituje on większość twoich czynności, poniża cię przy każdej twojej śmierci, żartuje z odkrytych vist (miejsc widokowych). Nawet co któraś zjedzona ryba musi zostać skomentowana jakąś biologiczną ciekawostką rodem z Discovery, tylko po co? Czy oby na pewno, grając krwiożerczym rekinem, potrzebuję komentarza, jak rozmnaża się dany gatunek? No właśnie nie bardzo. Osobiście starczyła mi niecała godzina gry, by zajrzeć w opcje i próbować doszukać się jakiegoś rodzaju filtru, które komentarze słyszę, a które chcę wyłączyć. Niestety nie ma możliwości odsiania części z nich, a szkoda.

Całość kreuje dość oczywiste przesłanie, pokazując, na jak wiele różnych sposobów człowiek zaśmieca morza i oceany. Jednak mija się to z tym, czego oczekiwałam od tej gry. Po wielokrotnych powtórzeniach tych samych wtrąceń z radością wymieniłabym komentatora na takiego z League of Legends czy Killer Instinct, wykrzykujących, jak dużo zabójstw pod rząd osiągnęłam w krótkim zakresie czasowym, mimo iż humor obecnego narratora nawet mi odpowiada. Po prostu jest go za dużo.

Pierwsza godzina gry

Tutorial został przeprowadzony całkiem sprawnie. Na start gramy dorosłym rekinem, dynamicznie ucząc się podstawowych mechanik i sposobu nawigowania po mapie. Potem krótka cutscenka, gdzie zostajemy złowieni przez łowcę rekinów i… gramy młodym rekinem, nucąc w głowie melodię Baby Shark, ciesząc się, że mimo iż przed chwilą wykrojono nas z łona złowionej matki, to chociaż pożarliśmy dłoń złolowi.

Eksplorujemy nowe miejsce, zjadając małe rybki. Po chwili odkrywamy, że na mapie zaznaczone są pierwsze questy. Pożeramy kolejne żyjątka, acz na nieco wyższym levelu, uciekając przed drapieżnikami, by potem zostać jedynie z questami na pokonanie krokodyli. W tym właśnie punkcie zaczynają się schody.

Progres na start praktycznie nie istnieje. Nabijamy kolejne poziomy, ale brakuje nam odblokowanych mutacji, robiących za podstawę do zdobywania nowych umiejętności i ogółem bycia przydatnym. Odpowiednia liczba leveli może wprawdzie przemienić naszego młodzika w nastolatka, ale nadal jest to niewielki boost w porównaniu do tego, jak wymagająca jest walka z krokodylami, która wydaje się być konieczna do sprawnego odblokowania następnej mapy.

Mały rekin atakuje dwa razy większego od siebie aligatora, aligator ma odgryzione przednie kończyny

Znajdźki

Nie jestem fanką znajdziek, ale muszę przyznać, że w przypadku recenzji Maneater zaliczę je do solidnych plusów tytułu. Do ich odkrycia nie potrzebujesz sokolego wzroku, dziwnych, nieintuicyjnych kombinacji, czy dużej cierpliwości. Wystarczy, że przepłyniesz obok znajdźki lub użyjesz umiejętności radaru (odkrywa na krótki czas wszystkie interaktywne elementy w okolicy), by ta pojawiła się na stałe na twojej mapie. Także jeśli przez przypadek przepłynąłeś obok jednej z nich obojętnie, na spokojnie możesz do niej wrócić później, kiedy, na przykład, nie masz ogona z łowców za sobą.

Do znajdziek zaliczają się:

  • skrzynie z zasobami
  • tablice rejestracyjne aut
  • visty

Pierwsze nie są szczególnie wymagające. Ot skrzynka na dnie. Drugie sprawdzają zazwyczaj, jak wysoko potrafisz wyskoczyć ponad wodę. Trzecie zaś są zdecydowanie najciekawszymi z nich. Oznakowane są żółtym znakiem drogowym. Gdy w niego wpadniesz, pojawia się krótka animacja kamery z rzutem na okolicę wraz z komentarzem narratora. Możemy znaleźć takie rzeczy, jak statua istoty przypominającej Cthulhu, zatopione cmentarzysko, czy miejsce, gdzie mafia topiła niewygodne osoby. Każda lokacja ma jakąś historię, jest ciekawie i dobrze zaprojektowana. Podwodny świat w większości przypomina śmietnisko, ale jest to bardzo ładne, świetnie zaprojektowane śmietnisko, w którym warto się zatrzymać, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi.

Korek od wanny zatykający dziurę na dnie morza - Vista w grze Maneater

Tablica rejestracyjna auta lewitująca nad altanką przy budynku na skraju morza. Screenshot z gry Maneater

“ShaRkPG”

Tak przedstawiają Maneatera jego twórcy w opisie gry w Epic Games Store. Co jednak kryje się za częścią RPG? Mutacje odblokowywane poprzez zjadanie kolejnych ważnych łowców, dumnie przedstawionych na cutscenkach rodem z Borderlands

Ewolucje można składać w zestawy, a także ulepszać za pomocą zdobywanej w grze waluty. Szybko jednak odkryjemy, że nie prowadzi to do bycia większym, bardziej dopakowanym rekinem. W przeciwieństwie do wspomnianych wyżej mobilek, nie zaczynamy przechodząc do większych i potężniejszych gatunków rekinów. Nie, zostajemy przy swoim rekinie, acz np. umiejącym bić piorunami, czy teleportować się na krótkie odległości w powietrzu. Gra ekstremalnie szybko przeradza się w jedną wielką feerię barw.

Edytor rekina, menu do wybierania elementów evolucyjnych

Elektryczny rekin malowniczo teleportujący się w stronę łodzi, wokół rekina postwaje elektryczna fala uderzeniowa

Wodna policja

Ataki na ludzi działają bardzo podobnie do wykroczeń z Need For Speed. Nabijamy coraz to wyższe poziomy bycia poszukiwanym, możemy spróbować się ukryć, by zgubić ogon i nieco odpocząć. Nabicie odpowiednio wysokiego poziomu bycia poszukiwanym odblokowuje kolejnego rywala niczym w NFS: Most Wanted. Zazwyczaj jednak nie są oni jakimś dużym wyzwaniem. Gorzej, że zwykłe patrole po ich pokonaniu zaczynają dostawać lepszy sprzęt i większą ilość łowców. Zdecydowanie pościgi stanowią najtrudniejszy element Maneater’a.

Przedstawienie łowcy rekinów, cartoonowy napis z imieniem "Scaly Pete"

Czy warto zostać zmutowanym chonky boi’em? Maneater – finalne wrażenia

Mimo swoich wad gra jest dość mocno wciągająca i ma swój urok. Sterowanie masowym rozpruwaczem jest przyjemne, choć niepozbawione wad. Eksploracja wynagradza całkiem dobrze nierówny poziom trudności. Ku chwale wesołej rzezi można nawet przymknąć oko na znikome AI ludzi – miałam przypadek gościa tak zafascynowanego tańcem, że nie zwrócił uwagi na to, że zjadłam resztę osób na parkiecie. Ponadto staranowany moim cielskiem uznał, że podniesie się, otrzepie i będzie tańczył dalej. No spoko.

Z immersji zaś wyprowadza nas narrator oraz trochę zbyt tłoczne UI. Ta gra nie potrzebuje pasków HP. Większość rzeczy i tak łykamy na raz, jeśli nie, to posiada ona także system zniszczeń. Widać, jak pod koniec atakowany przez nas krokodyl nie ma żadnych kończyn, ale nadal jakoś na nas szarżuje. Na spokojnie Maneater mógłby iść w ślady Monster Hunter World bez żadnej dodatkowej implementacji.

Rekin pod wodą, ekran zawalają drobne elementy interface'u wskazujące każdą rybę

Swoją recenzję Maneater podsumuję na 6.5/10. Dobra gra na bezmózgie, leniwe wieczory, ale nie jest to arcydzieło pod żadnym względem.

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights