Cena nieśmiertelności. Nobody Wants to Die – recenzja gry

Panorama miasta

Jak wyobrażacie sobie przyszłość? Latające samochody? Subskrypcje na wszystko? Wizja przyszłych dni, które zaprezentowała gra Nobody Wants to Die, wywarła na mnie duży wpływ, o czym opowie Wam ta recenzja.

Już od obejrzenia pierwszego zwiastuna zaczęłam polować na debiutancką grę polskiego studia Critical Hit Games. Generalnie nie przepadam za  kryminałami i klimatem noir. Jednak coś ciągnęło mnie do tej produkcji i byłam pewna, iż będzie ona godna uwagi. Nie myliłam się. Nobody Wants to Die nie jest tytułem wybitnym, lecz warto po niego sięgnąć i mam nadzieję, iż ta recenzja Was do tego przekona. Jeśli wolicie wersję wideo, zapraszamy na nasz kanał na Youtube:

 

Klucz do nieśmiertelności

Ktoś mógłby powiedzieć, że Nobody Wants to Die to ciekawa pozycja w stylu neo-noir. I to byłaby w zasadzie prawda, ale to zdanie zupełnie nie oddałoby całego obrazu tej produkcji. Tu trzeba wspomnieć o bezlitosnym świecie, o akcji osadzonej w mrocznej przyszłości oraz o Nowym Jorku, który jest zaledwie cieniem swojej współczesnej wersji. Latające auta, hologramowe parki oraz wszechobecne ciasne mieszkanka to codzienność Jamesa Karry – gliniarza po przejściach walczącego z własnymi demonami.

Historia przedstawiona w Nobody Wants to Die wydaje się wyjątkowo sztampowa. Ot stróż prawa zostaje przydzielony do tajemniczej sprawy, w której ginie jedna z wyżej postawionych osób. Początkowo śmierć Greena ma zostać uznana za wypadek bądź samobójstwo. Jednak szybko okazuje się, iż jest to część szeroko zakrojonej intrygi. Główny bohater postanawia rozwiązać tę zagadkę, a pomóc ma mu łączniczka Sara.

W Nobody Wants to Die ludzie pokonali śmierć. Świadomość jest wieczna i zostaje ona umieszczona w banku pamięci, po czym może być transferowana między ciałami. W końcu. Największe marzenie ludzkości zostało spełnione. Tylko jaka jest tego cena? Bo jak dobrze wszyscy wiemy – w życiu nie ma nic za darmo. Jeśli myśleliście, że to subskrypcje za gry wideo są czymś okropnym, to się mocno zdziwicie. W tym świecie od 21 roku życia trzeba płacić abonament… za swoje ciało. Jeśli opłata nie zostanie uiszczona, to trafia ono na licytację, a świadomość ląduje w banku pamięci.

Niestety problem z uregulowaniem należności mają zazwyczaj osoby ubogie, mieszkające najczęściej w slumsach. Oczywiście jak to w życiu bywa: najbogatsi i najbardziej wpływowi mają najlepsze miejsca. Tyczy się to również nowych ciał. Bo trzeba nadmienić, iż każde z nich ma swoją klasę. Nasz bohater nie miał tyle szczęścia, aby trafić na dobrej jakości ciało, więc odrodził się w skórze osoby uzależnionej od narkotyków. Niestety ma to swoje konsekwencje. W późniejszych godzinach rozgrywki dochodzą również inne problemy, które z biegiem czasu nabierają na sile.

Jak trafić do raju?

Jeśli chodzi o zakończenie historii Jamesa Karry, to mamy 4 warianty przebiegu wydarzeń. Nie będę ukrywać, iż mi trafiło się to najgorsze, co nieco mnie rozczarowało. Tak naprawdę nic nie zostało wyjaśnione, a ja zostałam z większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Choć miałam swoje domysły, to nie dowiedziałam się, czy były one słuszne. Najgorsze jest to, że naprawdę nie mam bladego pojęcia, co spowodowało, iż otrzymałam taki, a nie inny finał tej historii. Co prawda, w trakcie rozgrywki pokazywał się komunikat, że dany wybór będzie decydować o dalszym przebiegu fabuły, ale ciężko stwierdzić, co zaznaczyłam nie tak.

Zdaję sobie sprawę, iż jest to stosunkowo normalne w grach, w których podejmuje się różne decyzje fabularne. Dlatego bardziej zachęciło mnie to do ponownego przejścia Nobody Wants to Die niż skreślenia tego tytułu z powodu moich własnych błędów. Jedyny mankament dotyczy tego, że ciężko odnaleźć jakikolwiek ciąg przyczynowo-skutkowy, który doprowadzi do danego zakończenia. Trochę jak w przypadku Wiedźmina 3 i wyborów decydujących o życiu Ciri. W dziele CD PROJEKT RED niektóre opcje też średnio trzymały się kupy.

Zabawy z czasem

Nobody Wants to Die oprócz wciągającej fabuły oferuje również ciekawy gameplay. Niestety ci, którzy nie lubią symulatorów chodzenia, mogą czuć się rozczarowani. Rozgrywka opiera się przede wszystkim na eksploracji i szukaniu dowodów. Nie uświadczymy więc żadnej walki. Jedynie w ostatniej godzinie gry zaczyna się o wiele więcej dziać i otrzymujemy zadania polegające na wciskaniu jednego przycisku aż do wykonania przez naszą postać danej sekwencji ruchów.

Jak przystało na prawdziwego detektywa, mamy przy sobie narzędzia, które mają za zadanie ułatwić nam pracę. Otrzymujemy przenośny rentgen oraz lampę UV. To nie wszystko. Największą zabawę miałam podczas korzystania z rekonstruktora. Jest to urządzenie noszone na ręku przez bohatera, dzięki któremu możemy bawić się czasem i poznawać przebieg wydarzeń. Przy każdym użyciu musiałam przejść minigierkę, ale kiedy odpaliłam to cudeńko, to od razu przypadło mi do gustu. Zdecydowanie przydałoby mi się takie cacko w prawdziwym życiu.

Przyszłość ma jednak też swoje ciemne oblicza. Dosłownie. Gra Nobody Wants to Die została utrzymana w klimacie neo-noir. I to widać na każdym kroku. Wszystko wygląda jak z lat 20-30 ubiegłego wieku, lecz jakby technologia bardzo poszła naprzód. Niestety ludzie pozostali tacy sami. Skorumpowane elity bawią się we własnym gronie i knują coraz to lepsze intrygi, podczas gdy zwykli ludzie walczą o przetrwanie. Do tego ciemny i przygnębiający Nowy Jork potęguje wrażenie brutalności tego świata. Jedyną odskocznią jest ostatnia lokacja, którą odwiedziłam podczas rozgrywki, czyli Central Park. Jednak zamiast wszechobecnej zieleni przywitały mnie holograficzne drzewa.

Klimatu dopełnia muzyka, która wprost idealnie pasuje. Już od samego początku słychać charakterystyczną ścieżkę dźwiękową żywcem wyciągniętą z kina lat 20-30. Oprawa wizualna również zachwyca. Gra Nobody Wants to Die niezwykle zaskoczyła mnie swoimi wymaganiami systemowymi, ponieważ spodziewałam się o wiele niższych. Mimo to było warto pomęczyć swojego leciwego już laptopa i zobaczyć tę historię na własne oczy.

Marzenia, które są naszą zgubą – finalne wrażenia z gry Nobody Wants to Die

Jeszcze przez długi czas gra Nobody Wants to Die zostanie w mojej pamięci. Przede wszystkim dlatego, iż skłoniła mnie do refleksji. Czy marzenia ludzkości o nieśmiertelności mogą się ziścić? Czy kiedy już tego dokonamy, to zostanie nam cokolwiek innego do odkrywania? Szczerze mówiąc, nie chciałabym żyć w takiej wizji przyszłości. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę stracić własne ciało i wylądować w jakimś banku pamięci bardzo mną wstrząsnęła. Historia Jamesa Karry, choć wydaje się sztampowa, niezwykle mi się spodobała. Pokazano w niej zepsucie ludzkości oraz to, że nie zawsze wieczne życie będzie szczęśliwe i beztroskie.

Jedyną solą w oku jest bardzo krótki czas rozgrywki. Przejście Nobody Wants to Die zajęło mi tylko 5 godzin. A szkoda. Z chęcią zobaczyłabym jeszcze jedną historię osadzoną w tym uniwersum bądź jakiś prequel. Bo ten świat zasługuje na rozwinięcie oraz pokazanie znacznie więcej lore.

Zespół z Critical Hit Games zrobił kawał dobrej roboty i nie ma w niej zbyt wielu rzeczy, o które można się przyczepić. Nawet optymalizacja jest bardzo dobra i podczas przechodzenia tytułu nie natrafiłam na żaden problem techniczny. A jak dobrze wiemy, w ostatnich czasach zdarza się to się dość rzadko.

Recenzja gry Nobody Wants to Die powstała dzięki firmie PLAION. Serdecznie dziękujemy wydawcy za zaufanie.

Redaktorka: Kasia Puchta

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights