Na odświeżoną wersję tej gry czekaliśmy z zapartym tchem przez wiele lat. Zarówno skala przedsięwzięcia, jak i ambicji jego twórców jest ponadprzeciętna. Nasza recenzja Final Fantasy VII Remake opowie Wam o owocach tej pracy.
Istnieją teksty kultury tak wielkie, że przerasta je wyłącznie ich własna legenda. Final Fantasy VII to gra wyjątkowa na tak wielu płaszczyznach, że o samym jej wpływie na popkulturę można pisać książki. Ale nie obawiajcie się, to nie jest wstęp do opasłego tomiszcza. Przygody Clouda Strife’a i jego przyjaciół zawładnęły wyobraźnią milionów graczy. Siódemka jest chwytającą za serce opowieścią o miłości, przyjaźni i największym poświęceniu dla wspólnego dobra. To historia, która pokazuje, że prawdziwi bohaterowie nie są idealni. Gdzieś w tle, pomiędzy zmaganiami z wszechmocną korporacją oraz złym półbogiem, toczyła się inna walka. Ta wewnętrzna z własnymi słabościami i strachem przed porażką. Czy odświeżona wersja godnie dźwiga to brzemię? Niniejsza recenzja Final Fantasy VII Remake odpowie Wam na to pytanie.

Zapotrzebowanie na uwspółcześnioną wersję siódemki było ogromne. Apetyt fanów podkręcano dodatkowo za sprawą tzw. kompilacji, czyli projektu obejmującego gry, filmy i audiobooki poszerzające lore tego uniwersum. Samo Square Enix wymijająco odpowiadało, że o remake’u porozmawiamy, kiedy pojawi się właściwa technologia. Pomimo wstępnej deklaracji chyba mało kto wierzył, że ten sen kiedykolwiek się ziści. Jednak gdy w 2005 roku na PlayStation 3 ukazało się słynne tech demo, żar oczekiwań rozpalił się na nowo. Na skosztowanie owoców tej pracy przyszło nam czekać aż 15 lat, ale w końcu stało się. Jako oddany fan serii, który wyczekiwał tej gry niczym ponownego przyjścia Chrystusa, mogę powiedzieć jedno – cierpliwość popłaca.
Miłość, szmaragd i ekoterroryzm
Cel, jaki wyznaczył sobie zespół, na czele którego stanął Yoshinori Kitase, wymagał iście tytanicznego wysiłku. Bo jak tu odświeżyć rzecz tak ikoniczną, aby oddawała sprawiedliwość oryginałowi, ale przy tym wszystkim była też przystępna dla nowego pokolenia? Sprawy dodatkowo nie ułatwiał fakt, że wspomniana już kompilacja Final Fantasy VII nadała temu uniwersum pewien kierunek. Przyznam, że moje obawy o efekt końcowy były spore. Mówimy w końcu o tytule, który dla milionów graczy (w tym i mnie) miał charakter formatywny. Gdy po ponad 50 godzinach wjechały napisy końcowe, siedziałem ze ściśniętym gardłem i kiwając głową z uznaniem, chciałem tylko jednego – więcej.

Kompromis, jaki udało się tutaj wypracować, wydaje mi się niemal idealny. Mówię niemal, ponieważ w całym tym natłoku dobroci nadal udaje się wyłuskać pewne dyskusyjne zmiany. Zacznijmy jednak od tego, co w Final Fantasy VII Remake jest dobre, czyli opowieści. Nasza przygoda rozpoczyna się z prawdziwym przytupem. Jako najemnik imieniem Cloud Strife dołączamy do grupy aktywistów działającej pod kryptonimem Avalanche (ang. „lawina”). Celem zlecenia jest wysadzenie w powietrze jednego z reaktorów należących do korporacji Shinra. Brawurowa misja kończy się sukcesem. Jednocześnie daje też początek nomen omen lawinie zdarzeń, która całkowicie odmieni życie Clouda.
Na pierwszy rzut oka to ta sama historia co w pierwowzorze z 1997 roku. Ale tak naprawdę to nie do końca. Szkielet fabuły zawiera wszystkie najważniejsze wydarzenia znane z oryginału. I na tym podobieństwa w zasadzie się kończą. Tkanka, którą przyobleczono ten fabularny kościec, wyraźnie odmienia oblicze gry jako całości. Moje początkowe obawy bardzo szybko zaczęły ustępować nieposkromionej ciekawości.

Wprowadzone zmiany nie tylko dodają nowe wątki, ale również modyfikują już te znane tak, aby lepiej wpisywały się w odświeżoną wizję. Oryginał cechował się całkiem sporą dramaturgią, jednak była to drama w mocno kreskówkowym wydaniu. Remake stawia na nieco poważniejsze tony, ale nie obawiajcie się, nie wyzuto go kompletnie z animcowego sznytu. Te wszystkie nowalijki były dla mnie niezwykle intrygujące. Z jednej strony wiedziałem, do czego zmierza historia w kolejnych rozdziałach. Z drugiej zaś, wszystko to, co prowadziło do znanych mi wydarzeń, było świeże. Dzięki temu gra nawet przez chwilę na traciła mojego zainteresowania. Co jednak najważniejsze, jako fan znający siódemkę niemal na wylot, nie miałem poczucia wtórności.
Na rozdrożach przeznaczenia
Moment, w którym doświadczamy radykalnego odejścia od materiału źródłowego, następuje dopiero w finale. Ten dosyć wyraźnie odmienia ton historii i sygnalizuje kierunek, w którym będzie ona rozwijana. Chociaż nie jest tak, że to jedyna istotna zmiana w scenariuszu, na jaką się zdecydowano. Twórcy tym razem postanowili, że losy niektórych postaci potoczą się inaczej. Mnie szczególnie ucieszyła ta jedna, która jest powiązana z protagonistą Crisis Core: Final Fantasy VII (recenzja na stronie). Jestem autentycznie zafascynowany tym, jak wątek tego konkretnego bohatera zostanie dalej pociągnięty. Potencjał drzemiący w nowych pomysłach jest duży. Mam jedynie nadzieję, że scenarzyści nie wpadną w multiwersowe sidła. Zbyt dużej ilości marvelowszczyzny w moim Final Fantasy po prostu bym nie zniósł.

Recenzja to nie koncert życzeń, a zatem, co na gruncie fabularnym w Final Fantasy VII Remake mi nie odpowiada? Przede wszystkim myślę, że historia za szybko zaczyna grać kartą Sephirotha. Pierwowzór trzymał ten wątek w odwodzie do momentu, gdy zaczynał pasować do budowanej przez cały czas większej całości. Zdawaliśmy sobie wówczas sprawę, że stawka jest o wiele wyższa, niż sądziliśmy. Tutaj srebrnowłosym zostajemy zaatakowani dosłownie po paru chwilach. Nie potrzeba znajomości oryginału, żeby domyślić się, kto tak naprawdę będzie naszym nemezis.
Drugą rzeczą, co do której mam mieszane uczucia, jest obecność tzw. Szeptów. Czym one są? To coś w rodzaju zjaw, które służą planecie, stojąc na straży przeznaczenia. Bardzo szybko dotarło do mnie, że owe istoty to dosłownie personifikacja tarczy fabularnej. Ich obecność z jednej strony daje sporo swobody twórczej. Scenarzyści mogli dzięki temu wpleść do opowieści kilka zaskakujących scen i zaraz po tym to naprawić. W szerszym kontekście stanowią one istotny element nowej ścieżki, jaką obrano, aby opowiedzieć tę historię. Druga strona medalu jest taka, że gdzieś z oddali trąci to nieco wspomnianym już multiwersowym smrodkiem.

Powiedz mi, kim jesteś
Elementem, który przydaje grze największego blasku, jest kreacja postaci. Jak niesamowitą pracę wykonano na tym polu, trudno wyrazić w kilku słowach. Co prawda mieliśmy już okazję poznać tych bohaterów w realistycznym wydaniu m.in. za sprawą filmu Final Fantasy VII: Advent Children. Jednak to, co udało się osiągnąć w reamke’u, winduje całe doświadczenie na zupełnie inny poziom. Casting przeprowadzono wzorowo. Aktorzy wcielający się w poszczególne role tchnęli tak wiele życia i charakteru w wirtualne modele, że ręce same składają się do oklasków. Sposób mówienia, mimika twarzy, mowa ciała. To wszystko sprawia, że moi ulubieni bohaterowie dosłownie ożyli na moich oczach. Wyjątkowe wrażenie wywarła na mnie Aerith. Kwiaciarka, którą nieszczególnie lubiłem w oryginale, tutaj jest najlepiej napisaną i zagraną rolą kobiecą.
Znakomite kreacje to jednak nie wszystko. Prawdziwie zachwycony jestem tym, jak rozpisano proces budowania relacji. Chemia pomiędzy postaciami jest świetna. Szczególnie błyszczą wątki łączące Clouda z Tifą i Aerith. Podoba mi się fakt, że twórcy postanowili zagospodarować niegdyś pustą przestrzeń. W oryginale wiele fragmentów pomiędzy kolejnymi segmentami fabularnymi była niema. Po prostu musieliśmy dotrzeć do wyznaczonego miejsca, żeby kopnąć historię do przodu. Tutaj nawet w drodze do kolejnych punktów dzieją się rzeczy. Postaci ze sobą rozmawiają, często o błahostkach. Z czasem widzimy, że owe gadki przybierają bardziej osobisty ton. Te wszystkie małe momenty sprawiają, że rodzące się więzi są bardziej wiarygodne.

Plejada antagonistów nadal jest wyraźnie przerysowana, ale niektórzy z nich zostali w pewien sposób zretuszowani. Taki prezydent Shinra jest teraz wyrafinowanym i cynicznym politykiem, aniżeli karykaturą turbokapitalisty w cylindrze i monoklu. Warto też wspomnieć o postaciach pobocznych, bo i one dostały więcej czasu antenowego. Ta decyzja także wyszła grze zdecydowanie na dobre. Dzięki wprowadzeniu nowych sekcji fabularnych możemy lepiej poznać pozostałych członków Avalanche, szemrany duet w postaci Reno i Rude’a lub mieszkańców slumsów pod sektorem siódmym.
Miasto jest nasze
A jak wygląda sama rozgrywka? Cieszę się, że pytacie, bo akurat miałem przejść do tej kwestii. W temacie eksploracji świata gry nie uświadczymy żadnej rewolucji. Square Enix trzyma się utartej formuły, którą znamy przynajmniej od czasów Final Fantasy XII. Biegamy zatem po nieźle zaprojektowanych lokacjach, które sprawiają wrażenie większych niż są w rzeczywistości. Uruchomienie podręcznej mapy nie pozostawia jednak złudzeń. Każda miejscówka jest niezbyt skomplikowanym systemem starannie wytyczonych korytarzy. Jeżeli zdarzy się jakaś ślepa odnoga, to niemal na pewno ukryto w niej pożyteczne fanty. Całość akcji Final Fantasy VII Remake toczy się na terenie miasta Midgar oraz znajdujących się pod gigantycznym talerzem slumsów. Przyznam, że po pewnym czasie zaczął mi nieco doskwierać brak różnorodności. W krajobrazie dominują przede wszystkim beton, rdza i mocno zindustrializowany klimat.

Nowością w stosunku do oryginalnej wersji są całkiem liczne zadania poboczne. Questy nie są szczególnie odkrywcze, bo to takie klasyczne „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Same w sobie nie wprowadzają większej wartości do rozgrywki. Ale jak wspomniałem wcześniej, budują one dodatkową przestrzeń dla tych małych momentów pomiędzy postaciami. I to właśnie dla tych chwil (oraz nagród) warto poświęcić im dodatkowy czas. Poza tym pojawiły się rozmaite mini gry lub wcale niezłe sekwencje, w których pędzimy na złamanie karku motocyklem.
Jak na pełnokrwistego jRPG-a przystało, Final Fantasy VII Remake to również liczne potyczki. System walki stanowi wypadkową pomiędzy tym, co znamy z Final Fantasy XV a starszymi odsłonami serii. Na polu walki mamy całkiem sporą swobodę ruchu. Możemy także aktywnie okładać przeciwników, robić uniki lub blokować ciosy. W międzyczasie ładują się segmenty ATB, które są niczym innym, jak zakamuflowanymi turami. To dzięki nim możemy wykonywać bardziej zaawansowane akcje, jak korzystanie z przedmiotów, zaklęć lub silniejszych ataków. Na pozór jest mniej taktycznie, ale w tym systemie jest jakaś głębia.

Waleczne serca
Ze względu na bardziej dynamiczny charakter walki musimy brać pod uwagę pewne czynniki. W kontekście podejmowanych akcji istotne jest nasze położenie. Chcecie użyć bardziej zaawansowanego czaru? A zatem warto nieco oddalić się od przeciwników. Jeżeli w trakcie rzucania zaklęcia zostaniemy zaatakowani, wówczas akcja zostanie przerwana i stracimy wykorzystane na nią punkty ATB. To ważne, ponieważ bardziej zaawansowane techniki zużywają więcej niż jeden punkt. Za czary oraz niektóre umiejętności odpowiadają znane z oryginału materie. System ten jest niezwykle intuicyjny i oferuje szeroki wachlarz opcji w budowaniu własnego stylu rozgrywki.
W walce bezpośrednio kierujemy tylko jedną postacią. Rzecz jasna nic nie stoi na przeszkodzie, aby w dowolnym momencie przełączyć się na kogoś innego. Zarówno kontrolowanej postaci, jak i towarzyszom możemy wydawać polecenia przy pomocy specjalnego menu. Przydatną nowością są skróty klawiszowe, do których możemy przypisać kilka akcji. Dzięki temu nie musimy każdorazowo wywoływać menu, co wyraźnie poprawia płynność walki. Ale nie martwcie się. Jeżeli czujecie, że zręcznościowa formuła Was przerasta, to możecie się przesiąść na tryb klasyczny. Dzięki niemu starcia są wyraźnie wolniejsze, zaś gra asystuje nam i pozwala skupić na wydawaniu komend. Tracimy przy tym na widowiskowości walk, ale ostatecznie chodzi przecież o to, żeby się zrelaksować.

Na tym lista nowości się nie kończy. Obijanie nieprzyjaciół nie tylko uszczupla ich stan zdrowia, ale wypełnia też specjalny pasek. Kiedy uda nam się go załadować w pełni, wówczas nasz przeciwnik zostaje oszołomiony, a my możemy spuścić mu solidne manto. Zmodyfikowano też model działania ataków przywołania. Teraz aktywują się one w sytuacjach kryzysowych, np. gdy wróg zadał nam bardzo poważne szkody. Moją ulubioną zmianą jest nowy system ekwipunku. Nasz rynsztunek możemy udoskonalać. Dzięki temu nie tylko pompujemy statystyki, ale również zdobywamy dostęp do unikatowych premii lub dodatkowych gniazd na materie. Każda z broni jest wyraźnie sprofilowana pod jakiś styl walki i uczy nas silniejszych ataków.
Wygląda świetnie, brzmi jeszcze lepiej
Od strony oprawy audiowizualnej Final Fantasy VII Remake robi bardzo pozytywne wrażenie. Lokacje ogólnie nie porażają rozbudowaną paletą barw, ale to celowy zabieg mający na celu podkreślić melancholijną atmosferę Midgaru. Górne miasto pełne jest świateł, eleganckich budynków i nowoczesnej infrastruktury, które kontrastują z morzem szarości i brązów w znajdujących się poniżej slumsach. Jako fan byłem zachwycony możliwością zobaczenia tych wszystkich miejsc w odświeżonym wydaniu. Równie dobrze prezentują się modele przeciwników, pośród których spotkamy wielu starych znajomych. Z najbardziej odjechanych stworów zrobiono coś na kształt minibossów, dzięki czemu starcia z nimi na dłużej pozostają w pamięci. Prawdziwą feerią barw dostajemy po oczach w trakcie walk. Zaklęcia, techniki specjalne lub potężne limity okraszone zostały bardzo widowiskowymi efektami. Wszędzie coś wybucha lub błyska, zaś wokół fruwają iskry i inne barwne cząstki.

Muzyka od zawsze pełniła ważną funkcję w każdej grze z serii. Na potrzeby remake’u dokonano reinterpretacji pracy Nobuo Uematsu i z tego zadania wywiązano się wzorowo. Duet w składzie Masashi Hamauzu i Mitsuto Suzuki wykonał wspaniałą robotę. Obok doskonale znanych utworów pojawiło się sporo świeżych kompozycji. Nowe aranżacje pełne są werwy i mocy, ale każdy, kto zna pierwowzór w mgnieniu oka wyłapie znajome melodie. Muzyka bardzo dobrze uzupełnia wszystko to, co widzimy na ekranie. Gdy z głośników popłynęły pierwsze takty doskonale znanego mi utworu otwierającego, a ja poczułem, jak włosy na rękach stają mi dęba, to wiedziałem, że jestem w domu.
Obiecujący początek. Final Fantasy VII Remake – finalne wrażenia z gry
Misja odświeżenia jednego z największych klasyków w historii gatunku okazała się sporym sukcesem. Wiemy też, że następczyni Final Fantasy VII Remake, czyli wydane w 2024 roku Rebirth (recenzja na stronie) kontynuuje dobrą passę. Czy ten projekt zamknie się w trylogii? Raczej wątpię. Obie dotychczas wydane gry pokryły wydarzenia pierwszego z trzech dysków oryginalnej gry. Przy tym wszystkim wzbogacając całe doświadczenie o mnóstwo premierowej zawartości. Osobiście bardzo polecam wypróbowanie tej pozycji. To wspaniały tytuł, który dostarczy Wam mnóstwo godzin naprawdę przedniej rozrywki. Ta gra to dowód na to, że w zalewie trzaskanych taśmowo remasterów i remake’ów jest miejsce dla rzeczy jakościowych. Square Enix udało się znaleźć ten złoty środek pomiędzy starym a nowym, który powinien zadowolić większość fanów.

Rzecz jasna nie brakuje głosów twierdzących, że Remake jest gorszy od pierwowzoru. W kontekście tych opinii zadajmy sobie na koniec ważne pytanie. Czy, aby cieszyć się tą grą, trzeba znać oryginalne Final Fantasy VII? Moim zdaniem nie, ale z pewnym zastrzeżeniem. Znajomość materiału źródłowego da Wam szerszą perspektywę na to, jak spektakularną pracę tutaj wykonano. Final Fantasy VII Remake pod wieloma względami pogłębia wszystko to, co znamy z pierwotnej wersji siódemki. Począwszy od samej historii, przez kreacje świata i bohaterów, a na ich relacjach i rysach psychologicznych kończąc. Rozumiem, że wprowadzone zmiany mogą nie podobać się purystom. Ale jako osoba, która zaliczyła oryginał około dziesięciu razy, mogę śmiało powiedzieć jedno. Niektórych elementów tej gry po prostu nie da się przełożyć na język nowej wizji, ponieważ kompletnie nie współgrają one z jej założeniami artystycznymi.

