Gadżety, sielskie życie młodych bohaterek i walka ze zbrodnią w modnym stylu. Oto recenzja gry Odlotowe agentki – Cybermisja.
Zawsze, gdy mam okazję wrócić do korzeni, to z jednej strony bardzo się jaram, bo dostaję okazję znów pobyć dzieckiem. Z drugiej obawiam, bo przecież może się okazać, że to skok na kasę, na dobrą markę, a wyjdzie kasztan i będę zasmucona. W przypadku Agentek muszę przyznać, że jestem rozdarta – chociaż to bardzo klimatyczna produkcja, chwilami zawodzi swoim gameplayem i dopracowaniem. Ale Balio Studio stworzyło coś, co jest swego rodzaju listem miłosnym do serialu i mimo niedoróbek nostalgia srogo zaatakowała. Ale o tym przeczytacie w dalszej części tej recenzji gry Odlotowe agentki – Cybermisja.
Potrzebuję jeszcze trochę wstępu
Warto zaznaczyć, że wydarzenia z gry są związane z 7 sezonem (czyli najnowszym), którego premiera odbyła się w tym roku. Dla nas, Polaków, produkcja zasadniczo reklamuje serial, bo pierwszy odcinek wyemitowano u nas po pojawieniu się Cybermisji na rynku. Przepraszam Was, ale nie miałam jeszcze okazji obejrzeć materiału źródłowego – obiecuję poprawę. Dlatego będę przemawiać z perspektywy oglądania Odlotowych Agentek te ponad dziesięć lat temu – perspektywy fana staroszkolnego, który ma prawo powiedzieć: „Kiedyś to było…”
I nie powiem tego. Jasne, brakuje mi Jerry’ego i G.L.A.D.I.S. (przykro mi, odeszli na emeryturę), a ich następcy (szefowa agencji Zerlina Lewis i Toby) nie są tak charyzmatycznym duetem, ale jestem w stanie to przeboleć. To w dalszym ciągu nasze agentki, które walczą z dziwnymi przestępcami przy pomocy swoich supergadżetów. Serial zawsze był mieszanką komedii, teen dramy i kina szpiegowskiego. Szczerze mówiąc, to chyba jedyna szpiegowska historia, którą lubię. I Odlotowe agentki – Cybermisja oddają to klimatem, składają temu hołd i pokazują nieco aktualniejsze na nasze czasy przygody, dając nowemu pokoleniu możliwość zanurzenia się w tym świecie.

To już nie nastolatki
Bohaterki przeniosły się z Beverly Hills do Singapuru, aby studiować na uniwersytecie AIYA i tam poszerzać wiedzę z zakresu technologii. Przeniosły się do nowego, gigantycznego mieszkania z kawiarnią bubble tea na parterze. Oglądamy zatem żywot młodych studentek, które przy okazji są tajnymi agentkami pracującymi dla WOOHP, czyli po polsku Światowej Organizacji Ochrony Ludzkości. Może miasto się zmieniło, ale perypetie dziewczyn są takie same – zawsze w najmniej odpowiednim momencie organizacja ni stąd, ni zowąd porywa je na ważną misję, która może uratować ludzkość.
Trio Sam, Clover i Alex to świetna ekipa, której nie da się nie lubić. Są urocze, charakterystyczne, mają swoje zdanie, swoje pasje, każda jest inna, a jednak od lat bardzo się przyjaźnią. Pamiętamy, że pierwsza jest nerdem, druga kocha modę, a dla trzeciej sport to życie. Właściwie dlatego zawsze je kochałam – są sobą, są inteligentne, ale też czasami trochę nie ogarniają, są zabawne, ale potrafią być poważne, gdy jest potrzeba, są ze sobą, choćby nie wiem co. Na pierwszy rzut oka wydają się być strasznie „dziewczyńskie”, ale nie boją się pobrudzić sobie rąk, są świetnie wyszkolonymi i wyposażonymi agentkami do zadań specjalnych – ty też chcesz być jedną z nich. Nawet jeśli jesteś chłopakiem. I tak, te postaci są niezmiennie tak dobre w grze, dalej są sarkastyczne, zakręcone i charakterne. Nawet gdy prowadzimy infiltracje jakiegoś strzeżonego obiektu, one między sobą trochę żartują, trochę obmawiają plan, a jak chwilowo muszą działać samodzielnie, to mruczą pod nosem komentarze dotyczące tego, co akurat robimy. Klimat bohaterek jest zachowany perfekcyjnie.

Kulawe skradanie
Odlotowe agentki – Cybermisja to produkcja prosta, niewymagająca, podchodząca nawet pod mój ukochany gatunek cozy. Jednak jest bardzo nierówna – raz przebiegamy przez mapę nawet nie zwracając uwagi, że ominęliśmy jakieś przeszkody, innym razem roi się od dziwnie ustawionych strażników, a metoda na ich obejście jest jakaś taka upierdliwa. I za trzecim razem już nie jest cozy. Niemniej na tym polega rozgrywka – przychodzimy na mapę, omijamy strażników albo przeszkody (czyli proste zagadki środowiskowe) i to pcha fabułę do przodu.
Niewiele tu ponad takie kulawe skradanie, gdzie raz nas widzą, mimo że się chowamy, a innym razem możemy biec po szkle (które wydaje dźwięki i zwraca na nas uwagę) i nikt tego nie słyszy. Miło, gdy dostaniemy nowy gadżet od Toby’ego i musimy nieco zmienić strategię, ale to nie są znaczące różnice. Ot, strażnicy stoją lub chodzą w określonej sekwencji, a my unikamy ich wzroku, który reprezentuje stożek pola widzenia. Z czasem wprowadzani są nowi przeciwnicy, ale obejście ich działa na tych samych zasadach.
Cieszy mnie, że wykorzystano tyle kultowych gadżetów, jak puderniczka z komputerem, laserowa szminka, zamrażający sprej itd. Za każdym razem, gdy dochodził kolejny, aktywował mi się w głowie neuron odpowiedzialny za radość. Faktycznie, urozmaicają nieco rozgrywkę, ponieważ to bieganie i unikanie niechcianych spojrzeń jest naprawdę nużące. Możemy stawiać sobie sami wyzwania w postaci załatwienia po cichu wszystkich wrogów na mapie i… nie wiem, co jeszcze. Czekają też znajdźki, klasyczny wypełniacz czasu.

Nie jest najpiękniejsza
Chociaż serial to typowa kreskówka 2D, gra została nam podana w trzech wymiarach. Takich nie za ładnych. Powiedziałabym, że trochę to dziwna decyzja artystyczna, mogliby dodać chociaż narysowane cutscenki, ale ostatecznie nie wybija nas z klimatu Odlotowych agentek. Jest kolorowo, chociaż chwilami blado, lokacje są puste i jedyną rzeczą, która je rozświetla jest znacznik wskazujący, gdzie mamy iść. Wygląd postaci też w pierwszej chwili nie przypadł mi do gustu, ale ostatecznie szybko się do nich przyzwyczaiłam. Niemniej ta gra jest, krótko mówiąc, brzydka. Wiem, że nie o to w tego typu produkcjach chodzi, ale uważam, że wizualnie jest naprawdę słabo. A te puste, rozwleczone lokacje przekładają się na te nudę w gameplayu, gdy biegniemy, i biegniemy, i biegniemy… i dalej nie dobiegliśmy do celu. O, pieniążek. I biegniemy…
Muzyka jest sympatyczna, ale niezbyt zróżnicowana i może się trochę przejeść. Jednak jest przyjemna i pasuje klimatem. Aktorzy głosowi po angielsku wypadają dobrze, trochę kreskówkowo, ale nie do przesady. Trochę ubolewam nad brakiem polskiego dubbingu, bo bardzo chętnie bym posłuchała przynajmniej naszego trio aktorek (które niestety nie podkładają głosów w najnowszym sezonie), a wtedy to już w ogóle zalałaby mnie fala nostalgii, zmiotła z planety i tyle by było z recenzji Odlotowych agentek – Cybermisji. Nie leci tu ikoniczna piosenka Here we go z intra pierwszych pięciu sezonów, ale zdarza się, że jakiś NPC na mapie ją gwiżdże. A to mi wystarczy.

Nie aż tak odlotowe. Finalne wrażenia z gry Odlotowe agentki – Cybermisja
Tytuł cierpi na to, że jest po prostu tani. Widać to w modelach postaci, w lokacjach, w rozgrywce. Ale ma swój urok, przywołuje miłe wspomnienia, puszcza oko do fanów i pozwala nam być w ekipie najfajniejszych agentek na świecie. Zresztą, gdy byłam dzieciakiem zajaranym Agentkami, to grałam w przeróżne przeglądarkowe gierki sygnowane tą marką i bawiłam się świetnie. A Odlotowe agentki – Cybermisja jest właśnie taką produkcją dla młodych, nowych odbiorców z niższymi wymaganiami i starych, zakochanych w Sam, Clover i Alex wyjadaczy, jak ja, którzy są tu tylko dla klimatu. Podsumowując, gra jest taka sobie, ale po prostu gilgocze serduszko w dobrym stylu. Więc jeśli kochacie ten serial, to gra jest sympatycznym dodatkiem do całego doświadczenia.
Recenzja gry Odlotowe agentki – Cybermisja powstała dzięki kluczykowi od wydawcy. Dziękujemy za zaufanie.

