Umaczani w tuszu. Scriptorium: Master of Manuscripts – recenzja gry

Iluminacja przedstawiająca zaskoczonego królika w koronie, wpisanmego w literę O. Obok plama z atramentu i pióro.

Śmialiście się kiedyś z brzydkich, średniowiecznych kotów, opancerzonych ślimaków czy słoni rysowanych przez ludzi, którzy nigdy nie widzieli słonia? Zanim zaczęłam pisać recenzję Scriptorium: Master of Manuscripts, też się śmiałam…

Scriptorium: Master of Manuscripts jest drugą grą polskiego studia Yaza Games, znanego z wcześniejszej strategii turowej pod nazwą Inkulinati. Obie utrzymane są w podobnej estetyce rodem ze średniowiecznych rycin, ale na tym podobieństwa się kończą. Najnowsze dziecko studia opisane jest jako symulator, jednak w mojej opinii bliżej mu do łamigłówki. Ale nie zaczynajmy od środka.

Ab ovo* – słowem wprowadzenia

Zrzut ekranu z gry, z menu wyboru głównego bohatera. Widać na nim kobietę średniowiecznej sukni. W ręce trzyma rylec i pióro. Po lewej skrót jej historii, po prawej pozostali bohaterowie do wyboru.

Skryptorium było pomieszczeniem w średniowiecznych klasztorach, gdzie zakonnicy przepisywali księgi i ozdabiali je. Te bogate, często złocone obrazki nazywano iluminacjami. Oprócz złota wykorzystywano także srebro i tusze wykonane z naturalnych materiałów, głównie w kolorach czarnym i czerwonym. Praca kopisty była żmudna, w ciągu dnia wykwalifikowany specjalista był w stanie przepisać około 3-4 stron.

W recenzowanej grze wcielamy się właśnie w skrybę. W trybie historii mamy do wyboru kilka różnych postaci, takich jak zakonnicę wyrzuconą z kongregacji, perfekcyjnego rycerza, zielone stworzenie z trąbą, czarnoskórą rycerkę, bezrobotnego rogacza lub brata Jakuba.

Nie pytajcie, dlaczego akurat brata Jakuba, nie wiem.

Malu(m) malu(m)**

Ekran gry w stylu średniowiecznej ilustracji z napisem „Zamówienie ukończone”, przedstawiający siedzącą kobietę, diabła gotującego się w kotle i dziwnego, zielonego stwora, grającego na lutni oraz zwierzęta z dymkami dialogowymi pełnymi gratulacji.

Dla chcących wyłącznie wyżyć się kreatywnie gra posiada tryb piaskownicy, w którym dostępne mamy od razu i bez ograniczeń wszystkie elementy iluminacji, kolory inkaustów, etc. Normalnie są one zdobywane w trakcie rozgrywki. Nie lekceważcie tego wyzwania: do zebrania jest ponad 1000 unikatowych rysunków, które kupujemy za pióra. Oprócz tego od zleceniodawców otrzymujemy także prestiż w postaci koron i złote monety. Te ostatnie można wymienić na nowe kolory atramentów, złoto do malowania oraz wyposażenie skryptorium.

Ja zdecydowałam się jednak podjąć rękawicę. Wybrałam na moją protagonistkę dzielną Scholastykę i stawiłam czoła wyzwaniom stojącym przed średniowieczną przedsiębiorczynią.

Nunc est bibendum***

Ekran gry „Podsumowanie dnia” z informacją o awansie na nowy poziom, nagrodami oraz dekoracyjnym tłem z piórem i kałamarzem.

Nie wiem, co twórcy pili w trakcie tworzenia gry, ale dawno nic nie dostarczyło mi tak potężnej dawki radosnego absurdu. Przygody Scholastyki zaczynają się w dniu, w którym przejmuje skryptorium swojego wujka. Tylko dlaczego wujek wygląda jak XIV-wieczny odpowiednik Yody i jest zielony…

Odpowiedzi na to pytanie nie znalazłam, mimo że spędziłam w grze ponad dziesięć godzin. Dowiedziałam się za to (między innymi), skąd wziął się nasz dziwny współlokator imieniem Boruta, dlaczego Król i Królowa się kłócą oraz co zakochany Lis podarował swojej wybrance.

To tylko niektórzy spośród naszych osobliwych zleceniodawców. Z każdym przyjętym zamówieniem poznajemy nowy fragment ich historii. Ciężko powiedzieć, żeby układały się w jakąś spójną całość, ale są niezaprzeczalnie zajmujące. Ten brak ciągłości narracyjnej jest według mnie niewielką wadą. Osobiście wolałabym, żeby historie miały nieco więcej sensu, natomiast sądzę, że dla wielu to będzie zaleta. Nie trzeba podążać za jakąś skomplikowaną intrygą; można skupić się na tym, żeby kapalin ślimaka pasował mu do skorupki. Absurd goni absurd w kolorowym korowodzieoczywiście przepięknie iluminowanym. 

W trakcie rozgrywki otrzymujemy krótkie wprowadzenie fabularne od zlecającej postaci. Daje nam ona również wytyczne co do tego, co ma znaleźć się na manuskrypcie. Za zawarcie danych elementów otrzymujemy punkty, chwałę i pieniądze. Wspomniałam wyżej, że uważam grę za łamigłówkę. Aby wykorzystać jak najlepiej części, które dostaliśmy, i zbudować dokładnie to, co w zleceniu, trzeba się czasem nieźle nakombinować. Gra sama zresztą zachęca do kreatywnego podejścia do zadań. W przerywnikach widzimy inspiracje w postaci złożonych iluminacji rozpadających się na składowe. Dzięki temu można zacząć rozumieć, skąd wzięły się iluminacje bardzo dziwacznie wyglądających słoni. Wyobrażacie sobie zwierzę, które ma nogi jak pnie drzew, krótki, świński ogonek, dwa wielkie zęby z przodu paszczy i nos długi jak wąż? Panie, jak tu to narysować, żeby się kupy trzymało?!

In taberna quando sumus****

Muzyka jest kolejną niezaprzeczalną zaletą Scriptorium: Master of Manuscripts. Chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, żeby zostawić grę zminimalizowaną w tle tylko po to, żeby mi do pracy przygrywały mi średniowieczne rytmy. Oprócz tego w ubiegłym roku na Halloween wypuszczono ten hit, który nucę, nawet pisząc te słowa. 

Jako klasyczce ogromną radość sprawiły mi łacińskie frazy przewijające się przez grę. Od tekstów Carmina Burana, czyli średniowiecznego zbioru pieśni, przez proste zdania, jak choćby to, które na samym początku nakazuje nam wypisać na pergaminie Boruta.

Brzydkie średniowieczne koty, piękne plamy atramentu. Scriptorium: Master of Manuscripts – finalne wrażenia

Stylizowana średniowieczna ilustracja dwóch psów ubranych jak szlachta, stojących naprzeciw siebie pod gwiaździstym niebem, z których jeden trzyma kielich.

Mimo drobnych niedociągnięć mam jednoznacznie pozytywne odczucia. Cieszy w zasadzie wszystko: doskonały pomysł, śliczna (i szalona) grafika, muzyka, mechanika. Nasze dzieła można eksportować w PDF-ie, zaś twórcy zezwalają na dowolne użycie pod warunkiem, że na nim nie zarabiamy. Jeśli więc chcielibyście stworzyć dla ukochanej osoby ogromny manuskrypt wyznający miłość, okraszony jajkoniem(!) i kilkoma ślimakami… Oto Wasza szansa! Gra jest polska, więc można wspierać naszych – a dodatkowym bonusem jest cebulowa cena na Steamie.

Zaprawdę, powiadam Wam, że warto. 

* Ab ovo – łac. „od jajka”, czyli od początku. 

** Malum malum – łac. „jabłko zła”, gra słowna wykorzystująca homofon „mālum”, czyli jabłko, oraz „malum”, czyli zło.

*** Nunc est bibendum – łac. „teraz czas toastów”, fragment z ody Horacego.

**** In taberna quando sumus – łac. „gdy jesteśmy w tawernie”, początek utworu ze zbioru Carmina Burana.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights