Są gry, które trzymają za rękę. Tormented Souls trzyma za gardło – w tej recenzji sprawdzamy, czy wierność klasyce to zaleta czy przekleństwo.
Wielu miłośników survival horrorów od lat powtarza to samo – współczesne gry straciły coś, czego nie da się odtworzyć. Ten specyficzny klimat niepewności, napięcia i bezradności. Gry, które nie miały dla ciebie litości i ani myślały prowadzić cię za rękę. Wydane w 2021 roku Tormented Souls od Dual Effect i Abstract Digital to próba odpowiedzi na te nostalgiczne tęsknoty. Gra, która wprost czerpie z klasyki gatunku – od Alone in the Dark i Resident Evil aż po Silent Hill. Ale czy to udany hołd złożony legendom, które ukształtowały cały gatunek survival horrorów? Czy tylko sprytny skok na nostalgię? Tego dowiecie się z naszej recenzji Tormented Souls.
Dziewczyna, list i opuszczony szpital
Fabuła Tormented Souls nie raczy nas rozbudowanym wstępem. Caroline Walker, główna bohaterka, w którą przyjdzie nam się wcielić, dostaje tajemniczy list. W środku znajduje się zdjęcie dwóch nieznanych dziewczynek – żadnego podpisu, żadnego wyjaśnienia. Jedynie niepokojące słowa wypisane na odwrocie: „Naprawdę sądzisz, że możesz nas tak po prostu zostawić?”. W tej samej chwili naszą protagonistkę przeszywa okropny ból głowy, a ekran zalewa efekt krwi. Od tego momentu Caroline nie może spać, a gdy już jej się uda – dręczą ją koszmary. Dlatego bez zbędnych ceregieli wyrusza pod adres widniejący na kopercie – do opuszczonego szpitala gdzieś na odludziu. Totalnie normalna reakcja. Każdy z nas by tak zrobił. Prawda?
Gra nie traci czasu na przedstawianie Caroline – jej charakteru, historii czy choćby powodów, dla których w ogóle przejęła się losem nieznanych jej dziewczynek. Kiedy w końcu dociera na miejsce, ktoś postanawia skrócić jej zwiedzanie. Nasza bohaterka zostaje ogłuszona, by następnie obudzić się naga w wannie, podpięta do tajemniczej aparatury. Jakby tego było mało, ktoś przy okazji postanowił pozbawić ją jednego oka. Poranek, jak się patrzy. Nie spodziewajcie się jednak wielowarstwowej, nieoczywistej fabuły pełnej symboliki w stylu Silent Hill 2. Tormented Souls to jeden z tych horrorów, w których historia jest jedynie tłem – pretekstem do tego, żeby wrzucić gracza w sam środek koszmaru i zostawić samemu sobie.
Stała kamera, niestały puls
Tormented Souls inspiruje się stylem znanym z klasycznych survival horrorów, ale nie kopiuje go jeden do jednego. W przeciwieństwie do pierwszych trzech części Resident Evil czy serii Silent Hill nie ma tu prerenderowanych teł. Gra działa w pełnym trójwymiarze, a kamera płynnie podąża za Caroline lub prezentuje z góry określone, ruchome kadry. Wybrane kąty nie są jednak przypadkowe – to świadome narzędzie budowania grozy i napięcia. Często po wejściu do pomieszczenia kamera pokazuje nam tyle, ile twórcy sami uznają za stosowne. Żeby mieć pełniejszy obraz sytuacji, trzeba ruszyć do przodu. Brzmi łatwo. I byłoby łatwo, gdyby nie to, że gdzieś w oddali słychać coś, co wyraźnie nie życzy nam dobrze. W takiej chwili nogi same odmawiają posłuszeństwa (albo może raczej kciuk przy gałce kontrolera?) i zaczynamy intensywnie rozważać, czy eksploracja tego konkretnego pomieszczenia była aby na pewno dobrym pomysłem. I właśnie o to chodzi – bo czego jak czego, ale napięcia i autentycznego lęku Tormented Souls nie szczędzi. A tego przecież od dobrego survival horroru oczekujemy.
Jeśli chodzi o sterowanie, mamy do wyboru dwa warianty: nowoczesny i klasyczny. Ten pierwszy działa tak, jak w większości współczesnych gier. Postać porusza się w kierunku, w którym wychylamy gałkę analogową, niezależnie od kąta kamery. Klasyczny wariant, czyli tzw. tank controls, rządzi się już innymi prawami. Wychylenie gałki do góry przesuwa postać zawsze do przodu, a w dół cofa, co przy zmieniających się kątach kamery może dezorientować. Ja sama grałam z nowoczesnym sterowaniem i dla wygody to właśnie Wam polecam.
Piękna sceneria do umierania
W grze przyjdzie nam poruszać się po posiadłości Wildberger, którą przerobiono na szpital. Naszym zadaniem będzie oczywiście zbadanie owego szpitala, aby dowiedzieć się czegoś o tajemniczych bliźniaczkach ze zdjęcia i przy okazji znaleźć drogę ucieczki. Czekają nas więc szpitalne pokoje i sale zabiegowe, ale również bogato zdobione salony czy biblioteka. Sama lokacja jest bardzo klimatyczna, a przemierzanie jej było prawdziwą przyjemnością. Jak w każdym dobrym survival horrorze, kolejne otwierane drzwi odblokowują skróty, dzięki którym szybciej dotrzemy do wcześniej odwiedzonych pomieszczeń. Pokoje są wypełnione detalami i prezentują się naprawdę dobrze, a cała kreacja posiadłości jest spójna i konsekwentna w swoim klimacie. Biorąc pod uwagę, że jest to tytuł z niewielkim budżetem, tym bardziej należy docenić dbałość o szczegóły.
Oczywiście, żeby się nie zgubić, mamy do dyspozycji mapę. Wskazuje nam ona nasze położenie, ale nie powie, czy z danego pokoju zebraliśmy już wszystkie przedmioty. Jasne, nie jest to jakiś wymóg dla każdej gry, ale byłby to miły dodatek ułatwiający eksplorację. W związku z jego brakiem polecam przynajmniej kilka razy obejść każde pomieszczenie. Apteczkę czy porzuconą amunicję leżącą gdzieś w kącie bardzo łatwo przeoczyć. A już szczególnie nie chcecie przeoczyć taśmy magnetofonowej – bo to właśnie ona służy do zapisywania gry. Klasyka odzywa się więc w pełnej krasie. Jeśli ostatni zapis poczyniliście godzinę temu, a taśmy ni widu ni słychu, to macie po prostu problem. Wyjadacze już wcześniej wspominanych Residentów z pewnością poczują się jak w domu.
Zagadki, które dają w kość
Jeśli chodzi o warstwę gameplayową, Tormented Souls ma sporo do zaoferowania. Zagadki są naprawdę różnorodne: od klasycznych, gdzie łączymy jeden przedmiot z drugim, a potem umieszczamy we właściwym miejscu, po nieco bardziej abstrakcyjne, które na pierwszy rzut oka mogą nie mieć sensu. Zdarzają się też prawdziwe perełki projektowe – pozornie proste, ale niesamowicie satysfakcjonujące. Przykładowo, aby otworzyć pewien rodzaj drzwi, trzeba wybrać odpowiednie symbole na kluczu, który zdobywamy wraz z progresem gry. A skąd wiedzieć, jakie symbole należy wybrać? Odpowiedź jest ukryta w rysunkach zdobiących same drzwi. Osobną kategorią są zaś zagadki związane z mechaniką cofania się w czasie. Gra pozwala nam odwiedzać przeszłość, w której możemy wchodzić w interakcje z przedmiotami, które w naszej teraźniejszości już nie istnieją lub działają inaczej. Efekt naszych działań odczujemy dopiero po powrocie. Muszę przyznać, że to całkiem pomysłowe rozwiązanie, które znacząco urozmaica łamigłówki.
Podsumowując, zagadki są trudne i nie prowadzą gracza za rączkę. Wiele z przedmiotów, które zdobędziemy na początku gry, będzie użyteczne dopiero w połowie, a czasem prawie pod koniec naszej przygody. Nie spodziewajcie się tu zagadek typu: w jednym pomieszczeniu znajduję detonator, parę pomieszczeń dalej baterię. Gra też ani przez chwilę nie wskazuje nam głównego celu – gdzie iść, co zrobić i po co. Wszystkiego musimy domyślić się sami.
Hej potworze, miałeś mnie przestraszyć
O ile zagadki w Tormented Souls to najwyższa liga, to niestety nie można tego samego powiedzieć o projekcie przeciwników czy walkach z bossami (a właściwie bossem). Przez całą grę przyjdzie nam mierzyć się zaledwie z kilkoma typami wrogów. Natrafimy tu na stwory poruszające się na wózkach inwalidzkich z ostrzami zamiast rąk, zdeformowane istoty przylepione do ścian, pokraki plujące kwasem czy wychudzone postaci z kroplówkami wbitymi w głowę. Brzmi różnorodnie, ale szybko się okazuje, że będziemy na tych delikwentów skazani aż do napisów końcowych. To o tyle problematyczne, że gra nie oferuje żadnych emocjonujących pojedynków, które stanowiłyby przerywnik od regularnych starć. Jedynym wyjątkiem jest tak zwany „Duch” – nieśmiertelny stalker, który pojawia się gdzieś w połowie gry i zaczyna nas śledzić niczym Mr. X z Resident Evil 2. Brzmi groźnie, ale w praktyce wystarczy wejść do sąsiedniego pomieszczenia i tyle go widziano.
Paradoksalnie największe napięcie budzi nie sama walka z przeciwnikami, ale moment tuż przed ich pojawieniem się. Wchodzimy do nowego pomieszczenia. Cisza. Nagle gdzieś w oddali słychać charakterystyczne odgłosy. Napięcie rośnie. Jednak gdy po chwili wyłania się ta sama znajoma sylwetka – cały klimat natychmiast pryska.
Zadacie wobec tego pytanie, czy chociaż ta finałowa – i notabene jedyna – walka z bossem wynagradza i wprowadza jakieś urozmaicenie? Absolutnie nie. Finałowy boss Tormented Souls to jeden z najgorszych, jakich miałam okazję zobaczyć w survival horrorach – zarówno pod względem projektu, jak i samej rozgrywki. Im dłużej trwała walka, tym bardziej modliłam się, żeby jak najszybciej się skończyła. Sposób walki z nim jest niesamowicie prymitywny – to jeden z tych bossów, wokół których musimy wykonać szereg akcji zamiast faktycznie z nim walczyć. W tym przypadku sprowadza się to do biegania po arenie między trzema konsolami i wchodzenia z nimi w interakcję, jednocześnie unikając macek potwora. Nie jestem fanką takich rozwiązań i od finałowej walki oczekiwałam czegoś więcej.
Amunicja na wagę złota
Skoro mamy już obraz tego, co czai się w szpitalu, czas przyjrzeć się temu, co Caroline ma do dyspozycji w walce. W grze na szczęście występuje system progresji broni charakterystyczny dla gatunku survival horrorów. Oznacza to, że najpierw do dyspozycji mamy pistolet (tutaj zasilany nie nabojami, a gwoździami), następnie strzelbę i na końcu elektryczną lancę. Od biedy można też sięgnąć po metalowy łom i okładać nim przeciwników niczym Hinako z Silent Hill f, tylko że Caroline wychodzi to trochę gorzej. Broni używa się przyzwoicie, choć dopiero strzelba daje poczucie prawdziwej mocy i odrzutu. Pistolet na gwoździe sprawia wrażenie raczej zabawki niż narzędzia zagłady.
Warto też wiedzieć, że podczas strzelania nie możemy się poruszać. Ponownie więc mamy wrażenie, jakbyśmy grali w tytuł z lat 90. lub początku lat 2000. Na zmianę broni nie ma też dedykowanego skrótu klawiszowego. Wszystko odbywa się przez ekwipunek. Tam też możemy przeładować broń i zdecydowanie warto robić to w taki sposób, bo przeładowanie w trakcie walki to prosta droga do otrzymania obrażeń.
Osobną kwestią jest amunicja, i tu Tormented Souls również nie ma litości. Nie spodziewajcie się, że będziecie w niej tonąć. Jest jej dokładnie tyle, ile trzeba, czyli na styk. Zapomnijcie o adaptacyjnym systemie przedmiotów, który w razie potrzeby magicznie dostarczy Wam zapasów. Tu czegoś takiego nie ma. Jeśli roztrwonicie wszystko na pierwsze napotkane stwory, dalszą część gry spędzicie z łomem w dłoni i cichą nadzieją, że jakoś to będzie. Buduje to oczywiście nerwowość i uczy rozsądnego gospodarowania zapasami, ale o to właśnie chodzi w tego rodzaju grze. Podstawowe założenia gatunku Tormented Souls egzekwuje wobec tego wzorowo.
Dźwiękowo jest świetnie. Prawie
Oprawa audio jest całkiem solidna. Ścieżka dźwiękowa została skomponowana przez Begoñę A. Carrasco oraz osobę kryjącą się pod pseudonimem NyxTheShield. Muzyka świetnie buduje atmosferę – momentami industrialna i niepokojąca, kiedy indziej bardziej orkiestralna i melancholijna. Osobny motyw muzyczny towarzyszy też bezpiecznemu pokojowi, w którym możemy zapisać nasze postępy. Gdy tylko przekraczamy jego próg, uderza w nas spokojna, kojąca melodia, a całe napięcie momentalnie opada. Pochwalić też muszę efekty dźwiękowe. Odgłosy przeciwników słyszane gdzieś w oddali, skrzypienie podłogi czy trzaskanie drzwi budują napięcie dużo skuteczniej niż bezpośrednia ekspozycja na potwory, które spotykamy.
Gorzej wypada jednak voice acting. Dialogi brzmią sztywno i drewniano, a aktorzy głosowi nie są zbyt przekonujący. Można oczywiście argumentować, że to nawiązanie do klimatu lat 90., gdzie voice acting w grach horrorowych również bywał drętwy, a dialogi potrafiły budzić zażenowanie. Jednak nie jest to jedna z tych rzeczy, które chciałoby się odtwarzać we współczesnej produkcji. Na szczęście dialogów w grze nie ma zbyt wiele i, szczerze mówiąc, wolę momenty, kiedy Caroline po prostu milczy.
Obowiązkowe dla fanów klasyki. Tormented Souls – finalne wrażenia
Tormented Souls to solidny tytuł, który pomimo kilku niedociągnięć z pewnością zainteresuje fanów gatunku. Słabi i mało różnorodni przeciwnicy są sporym minusem, ale gra nadrabia to z nawiązką świetnymi, wymagającymi zagadkami. Fabuła jest tu praktycznie nieistniejąca, a cutscenki wyglądają średnio, ale trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z tytułem indie. Nie ma co oczekiwać realistycznej mimiki i kinowych przerywników na poziomie Resident Evil Requiem. Lekko rozczarowujący może być jedynie brak solidnego endgame’u, który zachęciłby do zostania z tytułem na dłużej. W wielu innych grach z tego gatunku ukończenie kampanii nagradzane jest dodatkowymi broniami, alternatywnymi strojami czy innymi smaczkami, które kuszą do ponownego przejścia gry. Tu tego po prostu nie ma.
Osoby niezaznajomione z klasycznymi survival horrorami mogą się od tej gry odbić. Brak prowadzenia za rękę, ograniczona amunicja i wymagające zagadki to nie jest przepis na przystępną przygodę dla każdego. Nie oznacza to oczywiście, że mamy do czynienia z jakąś niesamowicie trudną grą nie do przejścia. Po prostu wymaga cierpliwości i otwartości na oldschoolowe rozwiązania.








