Wojownik, który rozmawia ze smokami, czyli ostatni Jerzy w swoim rodzaju. The Handler of Dragons – recenzja gry

The Handler of Dragons recenzja gry. Screen został wykonany podczas rozgrywki. Przedstawia Jerzego podczas rozmowy ze smokiem.

Przeczytałam opis gry na Steamie i pomyślałam: „o wow, brzmi jak Skyrim”. Włączyłam i do tej pory czuję się mocno skonsternowana. Mam nadzieję, że niniejsza recenzja przybliży Wam The Handler of Dragons i być może wzbudzi Wasze zainteresowanie tytułem.

Naprawdę nie wiem, od czego zacząć, ponieważ pierwszy raz mam do czynienia z tytułem tak… nieperfekcyjnym. Niemal każdy element produkcji jest „niedopracowany” – ujmując rzecz bardzo delikatnie – a ich suma tworzy całość, która mimo wszystko dostarcza jakiejś rozrywki. Zresztą sami się przekonajcie –  moja recenzja The Handler of Dragons powinna Wam wszystko wyjaśnić.

Co należy wiedzieć o grze?

Zanim jednak przejdę do krytyki, to czuję się w obowiązku wyjawić kilka zakulisowych spraw związanych z powstaniem rzeczonej produkcji. Po pierwsze, grę zrobiło jednoosobowe studio, dysponujące niewielkim budżetem. Po drugie tytuł jest dopiero w fazie wczesnego dostępu i będzie się rozwijał. Pewne decyzje jednak zostały już podjęte i nie da się ich zmienić. Należy do nich chociażby wybór gatunku. Moim zdaniem porywanie się na erpega akcji z cienkim portfelem jest dosyć śmiałym i ryzykownym pomysłem. Niemniej brawura twórcy mocno mi zaimponowała, bawiłam się też nie najgorzej.

The Handler of Dragons - na obrazku Jerzy wraz z rodziną

Wojownik rozmawiający ze smokami

Przygodę z The Handler of Dragons, z której wynikła ta recenzja, zaczęłam od przeczytania opisu gry. Moją uwagę od razu przyciągnęło zdanie, w którym znalazła się wzmianka o wojowniku rozmawiającym ze smokami. Nasunęły mi się skojarzenia ze Skyrimem i miałam przeczucie, że to nie wróży niczego dobrego. Ponadto z sekcji „Features” dowiedziałam się, że The Handler of Dragons oferuje nam SMOKI. Tak, wiem, że się powtarzam, ale ja tu tylko cytuję stronę gry w sklepie. Wybory, które mają wpływ na fabułę, różnorodność stworzeń i ras, ciekawe lokacje, kilka ścieżek rozwoju postaci, bronie i przedmioty oraz sporą dawkę humoru. I muszę przyznać, że każdy z wymienionych elementów znalazł się w grze. Jakość wykonania nie zawsze zadowala, ale zdecydowanie notatka ze Steama nie okłamuje przyszłych nabywców.

Gdybym miała powiedzieć, co cenię w erpegach najbardziej, powiedziałabym, że historię…

W The Handler od Dragons wcielimy się w Jerzego, który wraz z żoną i synem zamieszkuje drewnianą chatkę u podnóża góry. Kobieta spędza czas, głównie stojąc pod drzewem i martwiąc się o wspólne dziecko. Natomiast nasz bohater zajmuje się rozkładaniem namiotu i ratowaniem chłopca przed dzikimi zwierzętami. Pewnego dnia sielankę rodzinnego życia przerywa niespodziewana wizyta tajemniczego mężczyzny, smoka i złej czarodziejki. Pomiędzy przybyszami dochodzi do starcia. Jerzy przygląda się, jak nieznajomy pacyfikuje okropnego babsztyla i podczas gdy tych dwoje zajmują się sobą, ucina pogawędkę z olbrzymim gadem. Nagle przestrzeń wypełnia gromki wrzask tysiąca gardeł – Dooovaaahkiiiin! No niestety nie. To wydarzyło się w Skyrimie, którego scenarzyści pamiętali, żeby niezwykłość postaci gracza uwypuklić czymś równie nadzwyczajnym. W takich momentach zwykle mam gęsią skórkę, ponieważ epickość chwili wylewa się na mnie z ekranu. Czy nie o to chodzi w erpegach, żeby w kluczowych scenach czuć ciężar sytuacji?

Jerzy na tle zrujnowanego klasztoru

W omawianej grze dostajemy tylko beznamiętny dialog, który ma za zadanie wszystko nam wyjaśnić. „Rozumiesz, co mówi smok? Ojej, chyba należysz do Zakonu Opiekunów” – lekko przerysowałam, ale mniej więcej tak było. I dalej wcale nie jest lepiej. Właściwie to cała fabuła prezentowana jest w ubogi sposób. Z mieczem w ręku idziemy w kierunku żółtego znacznika prosto do celu. Poruszamy się od jednej drętwej konwersacji do drugiej, po drodze zabijając potwory. Chociaż muszę przyznać, że jeśli wchodzimy w interakcję słowną z postacią poboczną umieszczoną w grze w celach humorystycznych, to nawet jest zabawnie. Te kilka zamierzenie dowcipnych linijek tekstu należy docenić, bo zdarzają się i takie, które śmieszą raczej przez przypadek.

Spójna całość

Pomimo szczupłego budżetu dialogi w grze zostały udźwiękowione. A konkretnie wygenerowane w narzędziu pochodzącym ze strony replicastudios.com. Osobiście lubię ciekawostki technologiczne i z prawdziwym zaangażowaniem słuchałam, jak syntezator radzi sobie z intonowaniem wypowiadanego tekstu. Rezultat jest dziwny. Jerzy brzmi jak wyciszony mag z Dragon Age. Momentami jego wypowiedzi są totalnie pozbawione emocji. Najzabawniej jest, kiedy spodziewamy się, że wydarzenie wzbudzi w bohaterze silne uczucia i dostajemy komentarz wymówiony z przerażającą obojętnością. Zresztą nie jest to przypadłość tylko protagonisty, ponieważ bez wyjątku każda postać otrzymała unikalny, na pół ludzki głos. Połączenie kiepskiej fabuły, czasem wręcz absurdalnej wymiany zdań i syntetycznego lektora tworzy zatrważająco spójną całość. Zupełnie jak gdyby był to przemyślany dowcip – w co absolutnie nie wierzę. Stawiam dychę, że wszystko zgrało się przypadkiem. Ogólny efekt jest przekomiczny. Kilka razy oplułam monitor, gdy parskałam śmiechem.

The Handler of Dragons - Jerzy spotyka anioła

Parę słów o świecie

Świat przedstawiony w grze jest pomysłem autorskim, silnie inspirowanym klasykami gatunku fantasy. Zdarzyło się jednak kilka pomysłów, które wprawiły mnie w zakłopotanie. Pewnych rozwiązań w scenariuszu się po prostu nie spodziewałam. Niestety nie było to zaskoczenie w stylu tych dobrych. Miałam ochotę udać, że niczego nie widziałam, zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Iść dalej w kierunku następnego wskaźnika. Nie szukać sensu, przyczyny, nie myśleć. Uwierzcie mi, bardzo nieswojo się czułam, kiedy Władca Pierścieni zaczął zamieniać się w legendę o świętym Jerzym. Dopiero co opuściłam kopalnię Morii i już mnie szczują cytatami z Biblii? Dlaczego?! Sprawdziłam, został przytoczony wers z Nowego Testamentu (Mt 18,6) i pasował do otaczającego nas świata jak pięść do nosa. Dostałam tym w twarz i powiedziałam „auć”. Wiecie, jak to jest, krasnoludy, trolle, przerośnięte owady… Jezus.

To ma być smok? To jakaś popierdółka, a nie smok

Na domiar złego fabuła nie oszczędziła tytułowych monstrów. Latające jaszczury obdarzone długim życiem i niezwykłą inteligencją nieźle oberwały. Uważałam je za uosobienie sił natury, od wieków budzące w ludziach grozę i podziw. „Tu żyją smoki” ostrzegali średniowieczni kartografowie. Nawet Geralt z Rivii, słynny pogromca potworów, darzył szacunkiem te uskrzydlone dinozaury. „Smoku, jesteś piękny” – powiedział kiedyś Zbigniew Zamachowski w kieleckim kamieniołomie Grabina. Nie mam wątpliwości, że wielu graczy sięgnie po The Handler of Dragons właśnie dla nich. I prawdopodobnie bardzo się zdziwi, ponieważ smoki, które wystąpiły w historii o Jerzym, są najsłabszymi i najbardziej ciamajdowatymi stworzeniami, jakie w życiu widziałam. Z każdym napotykanym gadem przekonywałam się, jak bardzo potrzebny jest Zakon Opiekunów. Istoty wykreowane w grze nie mają szans przetrwać samodzielnie. Z pewnością dawno by wyginęły, gdyby jakaś instytucja nie udzielała im regularnego wsparcia. Może i wyglądają majestatycznie, ale tak naprawdę to skończone ofiary losu.

Jerzy wsłuchuje się w smutną historię czerwonego smoka

Decyzje wpływają na fabułę!

Podczas rozgrywki doświadczymy wyborów, które niosą za sobą konsekwencje. Nie ma ich zbyt wiele, ale nasze działania nie pozostaną bez echa. Miałam przyjemność oglądać, jak The Handler of Dragons na Twitchu Grajmerek ogrywa Vena. Zapoznawszy się z decyzjami redakcyjnej koleżanki, starałam się postępować odwrotnie. Tytuł jak najbardziej gwarantuje dwa przejścia. Nie miejcie jednak zbyt wygórowanych oczekiwań i nie spodziewajcie się ambitnych fabularnych rozwiązań.

Walka, magia i rozwój postaci w The Handler of Dragons, czyli… brak efektu

Co tu dużo mówić, walka jest toporna i niesatysfakcjonująca, niezależnie czy obierzemy drogę miecza, czy magii. Odniosłam również wrażenie, że rozwinięte przeze mnie umiejętności po prostu nie działają. Pomimo wydanych punktów, kiedy walczyłam z wrogiem, pasek życia postaci się nie regenerował, a wyprowadzane przez Jerzego ataki wcale nie były szybsze. Drzewkiem rozwoju na razie nie warto zaprzątać sobie głowy. Oczywiście zakładam, że wkrótce te elementy zostaną poprawione. Uwagi wymaga również namierzanie przeciwnika w trakcie starć. Przełączanie się z manualnego trybu na automatyczny nie zawsze działa. Podobnie przycina się escape, czasami musiałam wciskać klawisz po kilka razy, żeby wyjść z menu. W przeciwieństwie do warstwy fabularnej gry tutaj da się jeszcze co nieco naprawić. Jednak na ten moment walka po prostu irytuje.

The Handler of Dragons recenzja - zarządzanie ekwipunkiem postaci

Miecz dobry na wszystko

Kiedy przemierzamy świat The Handler of Dragons, nie mamy poczucia powtarzalności. W jaskiniach są wielkie pająki, w lesie olbrzymie modliszki, a na cmentarzu kościotrupy. Jest skromnie, ale wystarczająco różnorodnie. Co innego potyczki. Z każdym przeciwnikiem walczy się tak samo. Czy zaatakuje nas troll z maczugą, czy zajadły wilk różnica jest tylko wizualna. Nie ma również sensu kombinować z rynsztunkiem. Nieumarły szkielet będzie tak samo podatny na rany kłute i miażdżone. Najlepiej wziąć do ręki broń z najwyższymi statystykami, bo szczęśliwym trafem cyferki przy opisie oręża mają znaczenie.

Przedmiotów w grze jest naprawdę mało, ale akurat to mi się podoba. Nie jestem fanem przytłaczającej ilości lootu wysypującego się z każdego zniszczonego mebla i oponenta. Itemki nierzadko są poukrywane w lokacji, którą odwiedzamy i możemy się na nie natknąć podczas eksploracji. Czasami otrzymamy coś interesującego od postaci niezależnych za bycie sympatycznym. Oczywiście w ciekawe towary wyposażeni są również handlarze, których swoją drogą spotkamy w grze aż dwóch. The Handler of Dragons jest produkcją krótką. Grę ukończyłam w cztery godziny. Moim zdaniem ograniczenie dostępności przedmiotów jest dobrym pomysłem. Nareszcie czułam ekscytację na widok każdego znalezionego miecza.

Jerzy  z zapałem biegnie w kierunku znacznika

„M” jak mapa

Jak już wcześniej wspomniałam, w The Handler of Dragons podążamy za znacznikiem. Wściekle żółty zwój wyznacza nam cel. Pomimo intensywnego koloru i tak się czasem gubi. Strach go z oczu spuścić zwłaszcza w jaskiniach! Bywa również, że wskaźnik robi nas w konia i nie zawsze warto mu ufać. Niemniej jednak jest naszym przyjacielem na drodze ku przeznaczeniu. Wprawdzie do dyspozycji dano nam również mapę lokacji, na której się znajdujemy, ale te zwykle są okropnie nieczytelne. Uwaga! Ogłoszenie! Osoby szczególnie wrażliwe na wszelkiego rodzaju spoilery powinny unikać korzystania z litery „M” na klawiaturze, ponieważ na tym etapie produkcji mapy wskazują miejsca i opisują zadania, których jeszcze się nie spodziewamy!

Ładne widoczki, czyli dzięki czemu recenzja The Handler of Dragons nie powstawała w bólach

Wraz z Jerzym przemierzymy świat w poszukiwaniu wrednego babsztyla i prawdy o Zakonie Opiekunów. Przygoda powiedzie nas w różne miejsca. Zwiedzimy mroczne jaskinie, wspaniałe lasy, zajrzymy do krasnoludzkich komnat i opuszczonych wiosek. Jest to moim zdaniem najlepiej wykonany element gry. Prawdopodobnie te przesiąknięte atmosferą pejzaże pochodzą ze sklepu z assetami, ale czy to ważne? Liczy się tylko przyjemność, jaką mi sprawiły.

Litorówki w dialogoch. Zła postać mówi, że gdy zdobędzie moc smyka zniszczy krasnoludy.

Moja przygoda z The Handler of Dragons dobiegła końca – czas na finalne wrażenia

Za każdym razem, kiedy chcę przejść do podsumowania recenzji, przypomina mi się coś, o czym chciałabym wspomnieć. Na przykład teraz przyszło mi do głowy, że w sumie jeszcze nic nie napisałam o pięknej bitewnej muzyce z syntezatora, ani o uroczo nieudolnych animacjach postaci. Tło muzyczne jest poprawne. Czasami tylko gra nie zauważy, że wyszliśmy z trybu walki i dalej rozbrzmiewa ostra nuta. Natomiast sposób, w jaki poruszali się bohaterowie, wzbudzał we mnie wesołość. Wiecznie przyczajona żona czy Szymon pogromca babsztyla, który „buja” się jak żylasty dres z dworca PKP, to najjaśniejsze perełki w tym gronie.

The Handler of Dragons jest zlepkiem koszmarnie wykonanych fragmentów, które bawią i irytują. O dziwo, działa bardzo płynnie, bez crashów, więc nie wszystko wyszło totalnie źle. Polecam osobom, które lubią absurdy nieporadnie zrobionych tytułów. W tym przypadku jest się z czego pośmiać. Jednak „Opiekun Smoków Ciamajd” kosztuje prawie 44 złote. W tej cenie oferta dobrych gier jest już naprawdę bardzo bogata i można nabyć coś znacznie lepszego. Mimo wszystko produkcja znajdzie swoje grono odbiorców, prześmiewczych gamerów, którzy zapłacą, żeby kpić z Jurka. Nie widzę w tym nic nagannego. Kiepskie produkcje mogą mieć równie dużo fanów co te dobre. Wróżę smoczej niańce sporą karierę i polecam gorąco. Ja natomiast nabrałam ochoty na Skyrima z tysiącem modów… Ej! Jerzy! FUS RO DAH!!!

Recenzja The Handler of Dragons powstała dzięki uprzejmości Golden Eggs Studio.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry