„Wake up, Karl”. Wciąż tu jestem… Tylko czy to dobrze? Still There – recenzja gry

Still There screen z początku gry

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałaby praca na stacji kosmicznej? Ja też nie. Ale jak już wpadło mi w ręce Still There, to stwierdziłam, że jednak sprawdzę, a przy okazji powstanie moja pierwsza recenzja. 

Miałam do tej pory takie dziwne przeświadczenie, że recenzję powinno się pisać dopiero po przejściu całej gry. I problem z tym był całkiem spory, bo bardzo rzadko kończę gry. Szybko się nudzę, zwłaszcza jeśli tytuł nie jest szczególnie fabularny. Still There jest jednak krótką grą, która zajęła mi jakieś 6 godzin (ale na pewno da się ją ukończyć szybciej), jej recenzja nie była więc wielkim wyzwaniem. Zwłaszcza, że to tytuł pełen tajemnic, które koniecznie chce się odkryć i zrozumieć – chyba więc Was nie zdziwi, że przeszłam ją przy jednym posiedzeniu. 

Dobrą chwilę musiałam pomyśleć nad Still There, żeby zdecydować, jak powinien wyglądać ten tekst, jak przedstawić swoje wrażenia. Jako że to pierwsza gra, którą próbuję zrecenzować, to chciałam podejść do sprawy bardzo konkretnie: grafika, muzyka, sterowanie… Jednak stwierdziłam, że przy takim podziale nawet ja – mimo wiecznego gadulstwa – nie będę w stanie rozpisać się na tyle, żeby to miało ręce i nogi. Stwierdziłam też, że takie podejście może odrzeć grę z jej uroku. Rzucam więc standardowe kategorie w kąt i wchodzę cała na biało z Zagadkami, Atmosferą i Fabułą. 

No może jeszcze dla formalności dodam, że gra jest z 2019 roku, wydało ją Iceberg Interactive, wyprodukował GhostShark i ma bardzo pozytywne opinie – chcecie wiedzieć czemu? Już mówię!

Zagadki

Still There jest grą point-and-click – co chyba nikogo nie dziwi, jako że jest to przecież wzorcowy gatunek dla zagadek. W tym tytule nie wystarczy jednak odnaleźć „klikalnych” rzeczy, bo kliknąć można praktycznie wszystko, niezależnie od tego, na jakim etapie fabuły jesteśmy. Przez większość czasu możemy się bawić wszystkimi możliwymi pstryczkami i myk polega na tym, żeby znaleźć odpowiednie i kliknąć je w wymaganej kolejności – w zależności od zadań, które akurat realizujemy. Nie jest to łatwe ze względu na to, że gra nie oferuje języka polskiego, a duża część słownictwa jest dosyć specjalistyczna. 

Wydaje się to dosyć czasochłonne? Nie bójcie się! Na pocieszenie Wam przypomnę, że jesteśmy przecież na stacji kosmicznej – nie ma tu za dużo lokacji! Mamy kuchnię, sypialnię, toaletę, centrum dowodzenia i wyjście, wszystko w formie 2D. Pomieszczenia płynnie przechodzą jedno w drugie – wygląda to trochę tak, jakbyśmy się obracali wokół własnej osi. 

Główny bohater, Karl, bardzo szybko nastraja nas monotonnie. Choć część zadań jest typowa dla takich gier – podnosimy przedmioty, łączymy je ze sobą, kombinujemy – to jednostajność kończy się już drugiego dnia na stacji! Narracja i muzyka są jednak tak przekonujące, że wspominając tę grę, miałam wrażenie, iż dobre kilka dni spędziłam na powtarzaniu tych samych czynności – a wcale tak nie było!

W Bento, naszej stacji, przede wszystkim dużo naprawiamy, bo w kosmosie nikt nie usłyszy Waszego krzyku… o pomoc. Znaczy: nie da się wezwać złotej rączki, trzeba być samowystarczalnym. Niektóre zadania są powtarzalne, ale to wcale nie znaczy, że są banalne. Szukanie współrzędnych gwiazd za którymś razem może być męczące, ale przygotowywanie jedzenia to majstersztyk! Myślicie, że zrobienie kawy to łatwizna? No to sprawdźmy… 

Najpierw bohater musi się wysikać

No tak, a myśleliście, że skąd woda na samotnej stacji kosmicznej?

No to sikamy. Później spłukujemy. Włączamy recykling. Ze specjalnej rury wyciągamy woreczek z moczem (i tak dobrze, że szczelny woreczek, a nie wiaderko, c’nie?). Wkładamy go do pojemnika od odzyskiwania wody. Bierzemy czajnik. Wypełniamy czajnik wodą z kranu (która na szczęście jest już bezbarwna) i ziarnami kawy. Włączamy płytę kuchenną (o ile mamy dobrze podłączone kabelki) i czekamy, aż woda się zagotuje. Voilà! Mamy nasz upragniony napój mocy. 

Czy zrobienie kawy jest szybkie? Nie. Czy satysfakcjonujące? Bardzo

Zwłaszcza jeśli, tak jak ja, macie problem ze spostrzegawczością i początkowo nie widzicie wielkich znaczków recyklingu (serio, ślepota ze mnie, przeglądając nagranie, sama się z siebie śmiałam), to potem satysfakcja z dokonania „niemożliwego” jest ogromna

Trochę innym typem łamigłówki jest próba zrozumienia instrukcji obsługi stacji kosmicznej. Mamy księgę, która w formie obrazków godnych pewnej szwedzkiej marki pokazuje nam, jak zmieniać ustawienia. Łatwo nie jest, zwłaszcza że możliwości jest niemało. Ale przy niektórych zagadkach można skorzystać z ich uproszczenia. 

Ogólnie poziom zagadek jest intrygujący, a one same są dosyć różnorodne. Naprawdę chciałam próbować rozwiązać wszystko samodzielnie. Niestety bez kilku solucji nie dałabym rady (nawet za drugim podejściem do tytułu!), jednak już samo sprowokowanie mnie do prób – i poziom satysfakcji, gdy się udało wpaść na rozwiązanie – zasługują na uwagę

Przy wszystkich wyzwaniach towarzyszy nam Gorky – pokładowa sztuczna inteligencja. Od niego dostajemy zadania na dany dzień i dzięki niemu mamy z kim pogadać. Jest cudny! Wprost uwielbiam rozmowy Karla i Gorky’ego i ich czarny humor. I wierzcie lub nie, ale Gorky to niezły świntuch – na wielu poziomach.

Sądzicie, że Gorky to taki dobry duszek, który pomoże, gdy gracz utknie na zagadce? No nie do końca. Owszem, ma jakieś dosyć ogólne rady, ale jest czymś znacznie więcej. Jest strażnikiem, który stoi z batem („Karl, spóźniłeś się całe 47 sekund! To prawie minuta!”), kumplem, z którym dzielimy samotność, krytykiem literackim i… A tego już Wam nie zdradzę. Zostańmy przy tym, że Gorky to nie tylko komputer pokładowy, ale bardzo rozbudowane AI (nawet jeśli z beznadziejną kartą graficzną), istotne dla fabuły. 

Atmosfera

Rozpisywanie osobno grafiki i muzyki nie miałoby sensu, bo choć mają dużo pozytywów, to dopiero ich kombinacja tworzy coś z efektem „wow”. Już główne menu zrobiło na mnie wrażenie, ale początkowe sceny mnie zdumiały (pierwszą godzinę rozgrywki możecie zresztą znaleźć na naszym YouTubie – robiłam first looka gry). Grafika wygląda dosyć specyficznie i statycznie, nawet podczas cutscenek. Kojarzy mi się trochę z latami 90. (pewnie przez quasi-konsolety), ale nie ma w niej grama pikselozy. Muzyka jest niesamowicie nastrojowa i pierwsza scena wbiła mnie w fotel. Była… gęsta, zdumiewająca, niepokojąca i niesamowita. I bardzo, bardzo melancholijna. Nawet przy najbardziej przyziemnych czynnościach towarzyszyła mi plumkająca, tęskna i liryczna melodia. Nieszczególnie mogła wpaść w ucho, ale też nie irytowała, a wciąż budowała nastrój i przypominała, że bohater jest sam, całe lata świetlne od Ziemi i innych ludzi, i tkwi w tej samotnej latarni kosmicznej z wyboru spowodowanego wydarzeniami z jego życia. No powiedzcie, że Was nie intryguje jego historia?

Fabuła

Zacznę od tego, że w grze mamy do czynienia jakby z dwoma rzeczywistościami: 

  • stacją kosmiczną – miejscem technicznym, „przyziemnym”, służbowym;
  • sferą snów – surrealistycznym miejscem wspomnień, niepokoju, nieudzielonych odpowiedzi… 

Jak już wspominałam gra jest krótka, więc nie chcę Wam za dużo zdradzać – dość powiedzieć, że w pewnym momencie granica między rzeczywistością a niezwykłością przestaje być taka jednolita

Karla gnębią wspomnienia. Wspomnienia, z którymi nie potrafi lub nie chce się pogodzić. W trakcie Still There powoli zbieramy okruszki – czytamy stare maile, oglądamy marzenia senne, komponujemy historię z mimochodem rzuconych komentarzy i pojedynczych fotografii. Jest to proces intrygujący, który mimo pewnej powolności zupełnie mnie nie zniechęcał

Nie myślcie jednak, że w grze nic się nie dzieje! Zaczyna się spokojnie, codziennymi zleceniami, kawą, rozmowami z Gorkym… Ale z czasem coraz więcej sprzętów się psuje, w zatęchłym powietrzu stacji czuć niepokój i do Karla dociera wołanie o pomoc od zagubionego w przestrzeni kosmicznej statku

W tym momencie nadal sądziłam, że mam do czynienia z science fiction, jednak już chwilę później fabuła zaczęła nagle skręcać w dosyć nieoczekiwaną stronę… Zaintrygowani? Wbijajcie po Still There na GOG-a, bo recenzja nie zdradzi Wam już ani słówka!

Still There – wrażenia naprawdę ostateczne!

No dobra, może jeszcze coś dopowiem, bo tak jak na streamach – mam problem, żeby się pożegnać!

Ostatecznie w grze czegoś mi brakło. Ale sama nie jestem pewna czego. Fabuła dosyć mocno się zagmatwała – może to dlatego? Kiedy byłam gdzieś w 80% gry, miałam wrażenie lekkiego zagubienia, jednak zakończenie, choć nie wyjaśniło wszystkiego – przemówiło do mnie. I’m a sucker for a good story, a fabuła Still There miała w sobie coś takiego, że naprawdę żałowałam, iż tytuł nie jest lepiej znany i recenzja jeszcze nie pojawiła się na naszej stronie. To też był jeden z powodów, dla których w ogóle podjęłam wyzwanie i oto mogliście zapoznać się z moimi wrażeniami!

A jeśli lubicie tytuły point-and-click z intrygującymi zagadkami, to koniecznie zajrzyjcie do recenzji Kasiki o grze Inspector Waffles – już sama nie wiem, która z tych produkcji jest dziwniejsza!

Redaktorka: Vena

1 thought on “„Wake up, Karl”. Wciąż tu jestem… Tylko czy to dobrze? Still There – recenzja gry”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights