Co otrzymamy, gdy zmieszamy nordyckie klimaty, śliczne widoki i system walki rodem z serii Dark Souls?
Cześć. Mam na imię Karolina i nie umiem grać. Serio. Oto macie przed sobą dziewczynę, która na początku każdej gry zmienia poziom trudności na najniższy, preferuje skradanie się i zabójstwa z ukrycia nad dzikie rozróby i pragnie serdecznie podziękować Rockstarowi za wspomagane strzelanie w GTA i Red Dead Redemption. Krótko mówiąc: walka nigdy nie była ani moją mocną stroną, ani ulubioną częścią gier. Możecie więc sobie wyobrazić moją reakcję, kiedy dowiedziałam się, że Unto The End, które otrzymałam do recenzji, opiera się przede wszystkim na walkach właśnie.
Unto The End jest wydaną 9 grudnia 2020 roku przygodową platformówką. Za jej opracowanie odpowiada 2 Ton Studios.
Prawo ojca
Protagonista – rudowłosy, postawny wojownik – pragnie wrócić do swojej rodziny. Uzbrojony w miecz, sztylet i pukiel włosów żony, podejmuje samotną, pełną niebezpieczeństw wędrówkę. W Unto The End nie uświadczymy dialogów, a historia opowiadana jest niejako w domyśle, przy okazji. Tak naprawdę sami musimy wywnioskować, co się stało, jakie są motywacje bohatera, jakie prawa rządzą przedstawionym światem. Możemy jedynie snuć domysły, co stało się z małżonką i synem protagonisty, jakie są konkretne cele naszego bohatera, dlaczego stwory zamieszkujące mroźną krainę toczą ze sobą krwawe wojny. Jeśli chodzi o mnie, miałam co do tego zabiegu mieszane uczucia. Z jednej strony ta maksymalna oszczędność narracyjna nieco raniła moje lubujące się w rozbudowanych fabułach i błyskotliwych dialogach serce, z drugiej – nie mogę powiedzieć, by nie pasowała do surowej, kładącej nacisk na walkę i przetrwanie konwencji.

Na brodę Odyna!
Lubię nordyckie klimaty. Nawet bardzo. Jedną z moich ulubionych książek są Heroje północy, swego czasu czesałam się na Laghertę, a na Assassin’s Creed: Valhalla pewnie zarywałabym nocki, gdyby tylko było mnie stać na zakup. Ucieszył mnie więc fakt, że Unto The End jest inspirowane skandynawskimi mitami.

Ten specyficzny, mroźny klimat jest mocno wyczuwalny. Ale żeby było jasne – to nie jest God of War, nie uświadczymy tu bogactwa mitycznych stworzeń, baśniowych lokacji czy błyszczących wikińskich runów na każdym kroku. Jest surowo. Jest minimalistycznie. Jest na swój dziwny sposób… życiowo. Mimo braku przepychu, grafika wciąż potrafi zachwycić. Północne, śnieżne krajobrazy, klaustrofobiczne jaskinie, klimatyczne lasy… Praktycznie każdy screenshot z tej gry mógłby uchodzić za dzieło sztuki. A wiecie, co jeszcze jest tu sztuką? Walka.

Walcz. Giń. Powtórz.
Wspominałam o surowości. Tak się składa, że w Unto The End surowość dotyczy nie tylko oprawy graficznej, ale przede wszystkim sposobu, w jaki gra traktuje odbiorcę. A traktuje tak, jak srogi, lecz sprawiedliwy wikiński ojciec traktowałby swojego syna. Najpierw pokonaj przeciwnika. Nie popełnij żadnego błędu (bo błędów się nie wybacza). Dopiero później idź dalej.

Unik. Cios. Paruj. Źle. Jeszcze raz. Wysoki atak. Niski atak. Unik. Dobrze.
W rzeczywistości dotarcie do „dobrze” zajmowało mi naprawdę dużo czasu.
Przy pierwszym uruchomieniu gry można przeczytać wiadomość od twórców, jakoby walka była tu zupełnie inna niż w grach, które znamy. Nie kłamali.

Jest piekielnie trudna, nie ma co ukrywać. Tej gry nie da się przejść, po prostu machając mieczem na oślep i robiąc przewroty w przypadkowych momentach. Oj, nie. Walka w Unto The End urasta do rangi trudnej do opanowania sztuki. Wymaga obrania odpowiedniej strategii. Analitycznego myślenia. Zmysłu obserwacji. Wyczucia. I dyscypliny.
Każdy przeciwnik jest inny. To, że jednego z nich mocno zrani uderzenie sztyletem, wcale nie znaczy, że na drugiego zadziała tak samo. Nie istnieje jeden uniwersalny sposób na wszystkich. Każdy wróg jest na swój sposób wyjątkowy – dlatego też każda potyczka wymaga od nas opracowania specyficznego sposobu działania i nabycia nowych umiejętności. Twórcy zadbali też o to, by gracze mieli możliwość wykonywania nieoczywistych manewrów, np. wykorzystywania w walce elementów otoczenia, czy nawet prowokowania przeciwników do zadawania sobie nawzajem ciosów.
Brzmi dobrze?
I tak, i nie. Jeśli włączycie tę grę z nastawieniem na szybką, relaksującą rozgrywkę, to się zawiedziecie. Jeśli natomiast oczekujecie wyzwań, jeśli potraficie maksymalnie wczuć się w to, co w danej chwili robicie, jeśli lubicie, gdy gra zmusza Was do nieustannego szlifowania nowych umiejętności, to być może Unto The End jest właśnie dla Was. Opanowanie walki jest trudne, ale może być też satysfakcjonujące. Kiedy po raz pierwszy udało mi się pokonać jednego z trudniejszych przeciwników, samoocena podskoczyła mi co najmniej o kilka punktów – mimo że wybrałam wspomaganą szybkość walki, zamiast domyślnej, więc teoretycznie miałam trochę łatwiej (spoiler: jakoś tego nie odczułam). Ale nie ma co ukrywać, konieczność częstego powtarzania starć może być bardzo męcząca i frustrująca, o ile nie jest się osobą lubującą się w wymagających potyczkach.
Jedno trzeba twórcom z pewnością oddać – zaprojektowali system walki w niesamowicie pieczołowity sposób, z szacunkiem do osób poszukujących wyzwań.

Poza samouczkiem gra nie daje nam żadnych podpowiedzi. Nie ma trybu wiedźmińskich zmysłów, przedmioty, z którymi można wejść w interakcję, się nie podświetlają, żadna z postaci nie podpowiada nam, co mamy robić. Krótko mówiąc, musimy sami się zorientować, czy ta sterta patyków leżąca w śniegu to element kosmetyczny, czy ważny obiekt, który trzeba zebrać. Nie zawsze jest to intuicyjne – zdarzyło mi się stracić dużo czasu (i nerwów) na usilnej próbie zabicia pewnego stwora, po czym, sfrustrowana, zorientowałam się, że wcale nie miałam z nim walczyć – wystarczyło złożyć mu w ofierze dar, umieszczając go na czymś w rodzaju ołtarza. Tylko że ja nie miałam pojęcia, że to jest ołtarz, a nie kamień stanowiący element krajobrazu. Trzeba kombinować; popełniać błędy i uczyć się na nich. I nie powiem – ma to swój urok.
Bez litości
Do wygrania potyczki konieczne jest podejście strategiczne i rozpracowanie sposobu walki przeciwnika. Ale to nie jedyna trudność. Gra nie zna litości i nie traktuje odbiorcy ulgowo. Wypadł Ci miecz? No to podnoś. Zgubiłeś sztylet? Trudno. Nie masz już materiałów na zrobienie nowej pochodni? No cóż, od braku światła jeszcze nikt nie umarł. Ale Ty pewnie umrzesz. Wygrałeś starcie, ale i tak zginąłeś, bo po czasie się wykrwawiłeś? Sorry, skarbie, takie życie. Aha, i pamiętaj, że w Unto The End nie ma czegoś takiego jak aktywna pauza. A żeby pokonać przeciwnika, musisz bezbłędnie trafić go przynajmniej kilkanaście razy. Za to jemu do zabicia Ciebie wystarczy jeden, dwa ciosy.
Graj, muzyko!

Nie samą walką żyje człowiek
No dobrze, rozpisałam się na temat walki, ale przecież nie tylko starciami Unto The End stoi (choć głównie). Chciałabym napisać coś o muzyce, ale podczas rozgrywki z dużym zdumieniem odkryłam, że… praktycznie jej nie ma. A z jeszcze większym, że ani trochę mi to nie przeszkadza. Gra jest bardzo dobrze udźwiękowiona. Trzaskanie ognia, chrzęszczenie śniegu, krople skapujące ze stalaktytów, odgłosy wydawane przez znajdujących się gdzieś daleko przeciwników, dźwięki walki – wszystko to oddano perfekcyjnie, dzięki czemu rozgrywka zyskuje na realizmie. Realistyczny jest też sposób poruszania się głównego bohatera – jest postawnym mężczyzną, więc trudno oczekiwać od niego, by przemieszczał się lekko i zwinnie niczym rasowy skrytobójca. Początkowo sterowanie wydawało mi się lekko toporne, szybko jednak się do niego przyzwyczaiłam i nie miałam już trudności z wyważeniem skoków, ocenieniem zasięgu uniku czy prędkości dotarcia z punktu A do punktu B. Jeśli o mnie chodzi – realizm postaci jest tutaj plusem.
Warto też wspomnieć, że śmierć w walce nie jest jedynym sposobem na pożegnanie się z życiem. Na naszego protagonistę czyhają liczne pułapki i nawet zwyczajne skakanie z platformy na platformę nie jest tak łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Trudno mi ocenić, ile czasu zajmuje przejście gry. Wszystko zależy bowiem od tego, jak często się ginie i powtarza poszczególne sekwencje. Gdyby grać w miarę sprawnie i wychodzić zwycięsko z większości starć – ukończenie zajęłoby jakieś dwie godziny. Ja napisy końcowe zobaczyłam dopiero po czasie ponad dwa razy dłuższym.
To zależy
Unto The End jest grą nietypową. Nie przypadnie do gustu każdemu. Jest skierowana do konkretnych odbiorców, którzy oczekują od rozgrywki konkretnych elementów. Widać, że twórcy wiedzieli, jaka jest ich grupa docelowa. I tej grupie gra się spodoba – osobom, które przede wszystkim lubują się w trudnej, ale satysfakcjonującej walce; które znajdują przyjemność w uczuciu specyficznego zahipnotyzowania towarzyszącego starciom; które nie boją się wyzwań. Z myślą o takich graczach twórcy dopięli wszystko na ostatni guzik i zaprojektowali rozgrywkę tak, by dać im maksimum satysfakcji. Jeśli chodzi o mnie – z zaskoczeniem stwierdziłam, że grając w Unto The End bawiłam się naprawdę nieźle.
Redaktorka: Karolina “Etcetera” Cieślak



Świetnie napisana recenzja!
W Unto the End grałem i gra sprawiła mi dużą frajdę, bo tak jak jest napisane w recenzji każda potyczka to wyzwanie. Recenzja świeża, lekka i prawdziwa, jeszcze takiej nie czytałem. Brawa dla autorki.