Co wspólnego mają ze sobą gry wideo i literatura? Odpowiedź jest prosta – chodzi o dobrą historię, którą można przeżyć zarówno analogowo, strona po stronie, jak i wirtualnie. Przed Wami subiektywny wybór gier dla miłośniczek (i miłośników też!) książek!
Możecie do kawki czytać Prousta, a wieczorami ścigać się z Bowserem i Luigim w Mario Cart. Uronić łzę po setnej lekturze Ani z Zielonego Wzgórza, po czym biegać z irokezem po Night City. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by z błoni Hogwartu przenieść się do symulatora (zupełnie niemagicznego) autobusu. To nie jest tak, że istnieje oficjalny spis gier dedykowanych miłośnikom książek. Naprawdę, nikt tego nie sprawdza! Jeśli jednak poszukujecie doświadczenia podobnego do tego płynącego z dobrej lektury, czytajcie dalej. Oto tytuły, które mogą przypaść Wam do gustu, nawet jeśli nie jesteście doświadczonymi graczami.
Bez Wieśka (trzeciego) się nie obędzie
Po co miałabym udawać, że nie jest to pierwszy tytuł, który przyszedł mi do głowy? Może Wam się wydawać, że osławiony Wiedźmin 3: Dziki Gon to za wysoka poprzeczka dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z wirtualną rozrywką. No bo jak początkujący ma sobie poradzić z władaniem dwoma mieczami, eksplorowaniem mapy i warzeniem eliksirów jednocześnie? Odpowiedź brzmi – powoli, krok po kroku, samouczek po samouczku. Współczesne gry z otwartym światem, tzw. sandboxy, pozwalają graczowi samodzielnie ustawić próg wejścia. Wybieracie tryb opowieści (lub o jeden poziom trudniejszy) i po prostu „zwiedzacie”, od czasu do czasu wdając się w potyczkę. To od Was zależy, czy chcecie być Geraltem wzorowym, robiącym wszystko, by chronić Ciri. Bardzo prawdopodobne, że wcale nie będzie Wam się do tego spieszyć. W tak fantastycznie barwnym, bogatym i rozbudowanym świecie naprawdę jest co robić.
Poza tym wierzcie mi – fani cyklu książek Sapkowskiego, nawet ci niebędący graczami, szybko się tu odnajdą. I nie szkodzi, że fabuła gry i kanon to dwie różne sprawy. Z całą pewnością spędzicie mnóstwo godzin na rozmowach z przeróżnymi postaciami i stworzeniami. W końcu nie tak łatwo jest wybrać opcję dialogową, która pchnie opowieść w pożądanym kierunku! Oczywiście natkniecie się także na znajome twarze, wątki i wydarzenia. Fakt, że nawiązania te nie będą dosłowne, sprawi Wam jeszcze większą frajdę w ich odnajdywaniu.
Geralt jak wino
To produkcja dobra na tyle, że bardzo łatwo jest mi sobie wyobrazić kierunek odwrotny do tego opisywanego w artykule – tzn. graczy, sięgających po książkowego Wiedźmina. I oni też będą czuć się jak u siebie.
Dodajmy do tego słowiański folklor (popularny w literaturze już od paru ładnych lat), mniej lub bardziej subtelne wątki romantyczne, fantastyczną ścieżkę dźwiękową i wiele okazji do lektury. Tak, do czytania – nie tylko opcji dialogowych, ale i np. bestiariusza, różnych podań, legend czy powieści, które będziecie mieli okazję poznać podczas swojej podróży. Nie samą walką wiedźmini żyją!
Co do walki – tryb opowieści może być super. Jest jednak duża szansa na to, że po jakimś czasie zdecydujecie się zmienić ustawienia gry na trudniejsze i wymierzyć sprawiedliwość prawdziwym potworom. I jeśli czytaliście choćby jedną książkę o Geralcie, dobrze wiecie, że będziecie do tego potrzebować obu mieczy.
Mogą Wam się spodobać też: Shadow of the Colossus, The Last Guardian, The Legend of Zelda: Breath of the Wild
What Remains of Edith Finch, czyli co pozostawia w graczu dobra opowieść
Pamiętacie z własnego dzieciństwa gry, które polegały na klikaniu w poszczególne obiekty, by po prostu zobaczyć, co się stanie? Były to takie komputerowe, rozpikselowane (przynajmniej za moich czasów) wersje książeczek interaktywnych. Wiecie, takich z otwieranymi okienkami, przyciskami wydającymi różne dźwięki… Nasze kliknięcia nie miały żadnego wpływu na „fabułę”, przenosiły nas po prostu do kolejnych scenek.
What Remains of Edith Finch też jest grą narracyjną, taką do „przeklikania”, ale po jej ukończeniu trudno przejść po prostu do kolejnego tytułu. Pozostawia ona dokładnie to samo uczucie, które pojawia się po ukończeniu przejmującej książki czy poruszającego serialu. A ja nadal mam ciarki, gdy o tym piszę, ale spróbuję.
Na rodzinie Finchów ciąży klątwa. A przynajmniej tak się wydaje, bo jak wytłumaczyć to, że tytułowa Edith jest ostatnią przedstawicielką swojego rodu, podczas gdy wszyscy inni zginęli w bardzo dziwnych (choć teoretycznie dających się uzasadnić) okolicznościach? Młoda kobieta postanawia to przeanalizować, wracając do starego, rodzinnego domu, w którym mieszkały kolejne pokolenia Finchów. Większość zwiedzanych pomieszczeń ma bezpośredni związek z konkretnymi członkami rodziny, przez co zostajemy przeniesieni do historii ich odejścia. Stajemy się uczestnikiem tych wspomnień, czasem „wcielając się” w kolejne osoby na chwilę przed ich śmiercią. I choć wiadomo, że to tylko retrospekcja i cokolwiek nie zrobimy, skończy się to tragicznie – trzeba doprowadzić do nieuchronnego, by przejść dalej. To bardzo dziwne uczucie – wejść w wirtualną skórę postaci, która za chwilę zginie, zwłaszcza gdy wcześniej poznamy jej historię.
Siła niedopowiedzenia
Brak tu oczywiście scen drastycznych wizualnie w oczywisty sposób. Niemal każda retrospekcja pokazana jest w nieco surrealistycznym, onirycznym stylu. Czasami trudno stwierdzić, co dokładnie się wydarzyło i jak umarł kolejny krewny. Gra pozostawia zresztą ogromne pole do interpretacji, poczynając od wyglądu samego domu… Po zakończonej rozgrywce aż ma się ochotę spędzić kilka godzin na forach, czytając rozmaite teorie na temat różnych wątków.
What Remains of Edith Finch wydaje się idealną grą dla zagorzałych czytelników. Pozwala bez reszty zanurzyć się w opowieść, tak jak dzieje się to podczas dobrej lektury. Dojmujący brak wpływu na losy rodziny Finchów jeszcze bardziej podkreśla charakter tej wyjątkowej produkcji. Lubicie realizm magiczny i jesteście miłośnikami twórczości Brunona Schulza czy Gabriela Garcíii Márqueza? Bardzo możliwe, że spodoba Wam się ten styl narracji. Niezależne studio Giant Sparrow zrobiło kawał świetnej roboty.
Jeszcze jedno – ze względu ciężką tematykę gra nie będzie odpowiednim wyborem dla każdego. W historii rodu Finchów poruszane są chociażby wątki śmierci dziecka, samobójstwa, kryzysu zdrowia psychicznego, żałoby. Należy mieć to na uwadze, zanim zdecydujemy się uruchomić grę – to naprawdę bardzo ważne.
Mogą Wam się spodobać też: Life is Strange, The Unfinished Swan
Dziedzictwo, którego nie sposób zignorować – (za) krótko o Hogwarts Legacy
Poświęcę też parę zdań produkcji, którą z pewnością można zaliczyć do gier potencjalnie interesujących miłośników książek. Na Dziedzictwo Hogwartu czekałam z prawie tak samo wielką ekscytacją jak kiedyś na premiery kolejnych książek o Harrym Potterze. Czy było warto?
W pierwszej chwili mam ochotę powiedzieć, że tak, nawet ze względu na początkowe kilka godzin, które przeznaczyłam na poznawanie Hogwartu. Autentycznie wzruszyłam się po zobaczeniu zamku, jego okolic, dormitoriów. Fakt, że historia rozgrywa się pod koniec XIX wieku, daje fanom możliwość „zwiedzania” swojej wymarzonej szkoły na wiele lat przed głównymi wydarzeniami, co jest fantastycznym rozwiązaniem. Z drugiej strony pomysł wylądowania od razu na 5. roku wydał mi się dziwny, a sama fabuła na dłuższą metę po prostu mnie nie wciągnęła.
Mówię to jako fanka serii, która ma swoją własną szatę, różdżkę, szalik i co roku odwiedza różne potterowe miejscówki. Pewnie właśnie dlatego postanowiłam zrobić wyjątek i podejść do tego tytułu ponownie po dłuższej przerwie. Wcześniej przechadzałam się po dawnym Hogwarcie za pośrednictwem PS5, ale przy okazji niedawnej promocji na Nintendo eShopie zakupiłam sobie wersję na swojego Lite’a. Stwierdziłam, że możliwość powrotu do Hogwartu w dowolnym momencie (chodzi mi oczywiście o mobilność konsoli) zachęci mnie do ponownej rozgrywki. I że może jednak „zaraz się rozkręci”. Zobaczymy – oby, bo bardzo chciałabym się z tym tytułem polubić bardziej!
Książkara i pad? Wszystko gra!
Mam nadzieję, że ten tekst w jakiejś mierze udowodnił Wam, że osoby, które w mig pochłaniają kolejne tomy ulubionych serii, mogą zakochać się w gamingu. Oczywiście wybrane tytuły to tylko kropla w morzu gier, którym warto się przyjrzeć. W ogóle nie poruszyłam tu wątku produkcji retro, np. starych przygodówek. Te z pewnością zaskarbiłyby uwagę miłośniczek kryminałów! Omówiłam tylko jednego „indyczka” – a wierzcie mi – biblioteka dobrych gier od mniejszych, niezależych twórców ugina się od dobrych tytułów. I fabularnie, i wizualnie, co fanki barwionych brzegów czy kolekcjonerskich wydań na pewno by doceniły.
O tym, ile gry wideo i książki mają ze sobą wspólnego, jak mogą być źródłem wzajemnych inspiracji, i w końcu – jak rezonują w nas po ukończeniu ostatniego levelu czy rozdziału, można by napisać przecież niezłą książkę.
Albo grę.

