Stworzenie gry o Jamesie Bondzie kosztowało IO Interactive ponad 200 milionów dolarów. Jest to jednocześnie najambitniejszy i najdroższy projekt studia. Czy Duńczycy poradzili sobie z tak dużym wyzwaniem? Tego dowiecie się z tej recenzji 007 First Light.
Czy są na sali fani filmów o brytyjskim agencie? A może ktoś z was woli łysego zabójcę z kodem kreskowym na głowie? Jeśli lubicie któregoś z dwóch panów, to dobrze się składa. Jeśli nie, to nic straconego. Ta recenzja 007 First Light będzie dość nietypowa, bo z perspektywy osoby, która nie jest wielkim fanem ani Jamesa Bonda, ani gier z Hitmanem. Obejrzałem tylko kilka filmów o agencie 007, a od wcześniejszych gier duńskiego studia dość szybko się odbijałem. Ukończyłem jednak nowy tytuł IO Interactive i wcale tego nie żałuję. Powiem więcej, bardzo się cieszę, że miałem taką możliwość. Inaczej ominęłaby mnie naprawdę interesująca premiera tego roku.

007 opowiedziany na nowo
Jak się zapewne domyślacie, w nowej grze od duńskiego studia wcielamy się w postać brytyjskiego agenta znanego przede wszystkim z serii filmów akcji. W razie gdyby ktoś nie był zbyt zaznajomiony z Jamesem Bondem, to twórcy przygotowali dla nas zupełnie nową historię. W 007 First Light widzimy sam początek kariery młodego agenta, co stopniowo wprowadza nas we wszystkie tajniki nowego zawodu.
Razem z Bondem dowiadujemy się więc, kto jest kim, jakie narzędzia mamy do dyspozycji i co to w ogóle oznacza być tym całym „tajnym agentem”. Zaserwowanie graczom origin story pozwoliło twórcom na sukcesywne tłumaczenie świata przedstawionego, więc nawet jeśli jesteście kompletnie zieloni w temacie, to wszystkiego się dowiecie. Jednym zdaniem, ta gra nie jest tylko dla zagorzałych fanów klasyków filmowych, a twórcom ewidentnie zależało, aby dotrzeć z tym tytułem do jak najszerszej publiczności.
Nowa historia, a wszystko jakby po staremu
Gra już od początku wrzuca nas w sam środek akcji. Młody James Bond jeszcze jako żołnierz musi utorować sobie drogę przez teren pełny wrogów. Dokonuje niemożliwego i uchodzi z życiem, ratując przy tym kilku więźniów. Wszystko to obserwuje MI6 i widząc potencjał, agencja postanawia zrekrutować Bonda na nowego agenta 00. W taki sposób widzimy narodziny nowej gwiazdy wywiadu brytyjskiego.
Po pierwszej misji fabuła kręci się wokół motywów znanych nam z filmów. Wpływowi i bogaci antagoniści, losy świata ważące się na szali i kobiety jak prawdziwe femme fatale, które ostatecznie wpędzają bohatera w jeszcze gorsze położenie. Wszystkie te wątki znamy i pojawiały się one już w innym historiach o agencie. Mi osobiście opowiadana w grze fabuła przypadła do gustu, chociaż zabrakło tutaj ciekawego antagonisty. W tej kwestii scenariusz trochę kuleje i nie czujemy zbyt wielu emocji związanych z głównym złolem historii. Mam wrażenie, że scenarzyści w ogóle byli tu trochę rozdarci, bo tak naprawdę trudno jest wyznaczyć jedną konkretną postać jako głównego antagonistę. Niemniej jednak historię śledziło mi się przyjemnie i ciekawiło mnie, co będzie dalej.

Początki bywają trudne
IO Interactive podjęło kilka dziwnych decyzji, jeśli chodzi o sam początek gry. Pierwsza, dość długa misja, jest tutorialem ogołoconym z wielu mechanik, które czynią tę grę dobrą. Twórcy chyba chcieli stopniowo zapoznawać gracza z różnymi mechanikami, co poskutkowało bardzo prostym, wręcz odtwórczym początkiem.
Pojawia się na przykład sporo sekwencji QTE, których później w grze prawie w ogóle nie uświadczymy. Jest wiele przerywników filmowych, które odbierają graczowi kontrolę nad postacią. W kolejnych etapach gry cutscenki pojawiają się w bardzo konkretnych momentach i są o wiele lepiej wplecione niż na początku. Nie możemy też w żaden sposób walczyć z wrogami. Dzięki temu gra chce nas nauczyć skradania, ale przez to czułem się traktowany tak, jakby 007 First Light miałoby być moją pierwszą stycznością z grami wideo. Jeśli więc zdecydujecie się na zagranie samodzielnie, to nie zniechęcajcie się podczas tutoriala. Później jest lepiej.

James Bond prawie jak Nathan Drake
W nowej grze Duńczyków ujrzymy wiele znanych motywów używanych w filmach o Bondzie. To, co jednak wyróżnia 007 First Light od innych historii z tym bohaterem, to sam protagonista. Ten jest młody, gadatliwy i bardziej przebojowy niż chociażby jego wersja przedstawiona przez Daniela Craiga. Tutaj Bond to cwaniaczek, który potrafi zagadać, oszukać i zażartować nie zawsze wtedy, kiedy powinien. Kojarzył mi się bardziej z alternatywną wersją Nathana Drake’a z Uncharted niż z agentem z programu 00. Jeśli jesteście zainteresowani serią od Naughty Dog, to przypominamy o możliwej piątej części przygód poszukiwacza skarbów.
Mnie nowa wizja agenta bardzo przypadła do gustu, bo lubię postacie, które potrafią wywołać uśmiech na mojej twarzy. Dobrym przykładem takiej sytuacji jest scena, w której Bond w samym środku misji rozmawia przez słuchawkę z agentką. Ta pyta się go: „Bond, jaki jest twój status”, po czym ten odpowiada „Szczęśliwy singiel, dziękuję bardzo”. IO Interactive nadało tej znanej postaci trochę własnego sznytu i według mnie wyszło to na plus. Piszę o tym, bo wiem, że niektórym taki lżejszy ton może nie odpowiadać, zwłaszcza, że postać Jamesa raczej nie kojarzy się z żartownisiem. Jeśli jednak lubicie takie charakterne osobistości, to ta również wam się spodoba.
Tajny agent to trudny zawód
Wiemy już, jaki jest nowy James Bond i jaka jest stawka. Jak w takim razie prezentuje się rozgrywka? 007 First Light to przygodowa gra akcji, w której gracz ma różne sposoby na realizację celu. W odróżnieniu od dzisiejszego standardu nie mamy tutaj do czynienia z otwartym światem i szeregiem misji pobocznych. Jest to gra fabularna, w której kolejność misji jest z góry ustalona, a miejsca akcji to zazwyczaj półotwarte lokacje, jak na przykład klub nocny lub targ na pustyni.
Pojedyncze misje są widocznie podzielone na różne segmenty, tak aby zapewnić jak największą różnorodność rozgrywki. Najpierw staramy się wypełnić jakiś z góry założony cel, na przykład spotkać się z jakąś postacią. Pierwszym zadaniem będzie więc ustalenie, gdzie ta postać się znajduje i jak tam się dostać. Zazwyczaj istnieje na to więcej niż jeden sposób. Następnie trafiamy do miejsca z przeciwnikami i tutaj rozpoczyna się świetnie wykonany segment skradankowy. Na koniec coś idzie nie tak, przychodzi czas na otwartą strzelaninę, scenę akcji i kończymy misję. Wtedy koło się zapętla. Jeśli brzmi to dla Was dość powtarzalnie, to spokojnie, bo twórcy za pomocą wielu różnych sposobów zadbali o to, abyśmy się nie nudzili. A to jakieś nowe narzędzie, kolejna broń, ciekawe wstawki fabularne, lub po prostu cieszące oko lokacje.

Ja wstrząśnięty, a Bond zmieszany
007 First Light w zasadzie nie jest niczym oryginalnym. To tak naprawdę mieszanina wielu mechanik i pomysłów znanych już z innych gier. Czuć tutaj duszę najnowszej trylogii Hitman, zwłaszcza w projekcie poziomów. Pojawiają się też elementy hakowania, które mi najbardziej kojarzą się z Watch Dogs. Na kilometr śmierdzi też wspomnianym już wcześniej Uncharted. Widać to na przykład po gadce Bonda, wyreżyserowanych scenach akcji, a nawet tej nieszczęsnej żółtej farbie pokazującej, gdzie mamy przejść.
Co mocno mnie zaskoczyło, to fakt, że jednak bardzo dobrze się w to grało. IO Interactive zapożyczyło wiele udanych pomysłów z innych produkcji i bardzo kompetentnie wplotło to do rozgrywki znanej z ich trzech poprzednich gier. Mimo pomieszania wielu różnych stylów rozgrywki wszystko zdaje się do siebie pasować.
Elegancki, ale w pełni wyposażony
Jako agenci z programu 00 zostajemy wyposażeni w najróżniejsze gadżety technologiczne, które pomagają nam w wielu sytuacjach. Możemy hakować sprzęty, truć przeciwników, rzucać bombami dymnymi czy walnąć kilku wrogów naraz potężną falą uderzeniową. Każdy z gadżetów służy do czegoś innego i przydają się w różnych sytuacjach.
Ciekawym pomysłem jest to, że liczba gadżetów jest ograniczona, więc nie możemy podczas misji mieć przy sobie wszystkich odblokowanych wcześniej sprzętów. Podejrzewam, że jest to jeden ze sposobów, w jaki twórcy próbują zachęcić nas do ponownego przechodzenia gry.

Więcej niż jedna opcja
Kolejna metoda, za pomocą której jesteśmy motywowani do ponownego rozpoczęcia przygody z tytułem, to sam level design. Co misję trafiamy na różnej wielkości półotwarte mapy. Aby dostać się dalej, często musimy wykombinować na to jakiś sposób. Gra nazywa różne możliwości przejścia poziomu „okazjami”, a my możemy te okazje rozwijać. Na przykład podsłuchamy kogoś mówiącego, że gdzieś w budynku znajduje się ukryte przejście. Albo znajdziemy notatkę zawierającą dziwne hasło. Możemy też na przykład ukraść komuś kartę dostępu i w ten sposób przedostać się dalej.
Pierwsze chwile na każdej nowej mapie to zdecydowanie momenty, które najbardziej kojarzyły mi się z ostatnią trylogią Hitmana. Otrzymujemy konkretne zadanie i posiadamy kilka różnych sposobów na jego wykonanie. W porównaniu do Agenta 47, James Bond trochę bardziej prowadzi nas za rączkę. Każdą poszlakę mamy zaznaczoną, a opcji wydaje się też mniej niż w grach o łysym zabójcy. Dla mnie to dobrze, bo ja, grając w Hitmana, czułem się trochę przytłoczony mnogością opcji i niewielką ilością informacji, które miałem dostępne. Ostatecznie był to jeden z powodów, przez który odbiłem się od tamtych gier. Rozumiem jednak, że dla największych fanów poprzednich tytułów studia taka zmiana podejścia może być zawodem.
Przyczepiłbym się też do samej mechaniki podsłuchiwania. Widzimy znaczek, że można kogoś podsłuchać i po kliknięciu przycisku Bond grzebie w telefonie, a postacie z tyłu, rozmawiając, dają nam czasem niesamowicie ważne informacje. Nie zdarzyła mi się sytuacja, w której przypadkowy NPC powiedziałby coś cennego. Ale może być tak, że po prostu źle trafiłem lub czegoś nie usłyszałem. Z mojej perspektywy wygląda to tak, jakby NPC-ty rozmawiały o ważnych sprawach tylko wtedy, kiedy Bond akurat przyjdzie ich podsłuchiwać. Jest to bardzo „growe” i mam wrażenie, że można było wpleść tę mechanikę lepiej.

Syn koleżanki twojej mamy
Jak już wspomniałem, rozgrywka w nowym Bondzie to zlepek mechanik z innych gier. Co zatem robi nasz James Bond na misjach? Ano na przykład przekrada się przez pilnie strzeżone placówki. Walczy wręcz z kilkoma przeciwnikami naraz. Rozstrzeliwuje oddziały w pełni uzbrojonych żołnierzy, mając na sobie jakieś dresy. Na szczęście wszystkie te rzeczy robi się tutaj z naprawdę dużą satysfakcją i przyjemnością.
Skradanie się jest zrobione bardzo solidnie. Otrzymujemy oczywiście znaną chyba każdemu umiejętność widzenia przez ściany i dostosowujemy się do ruchów przeciwników. To, co daje tutaj dużo satysfakcji i wolności w pokonywaniu wrogów, to wspomniane wcześniej narzędzia. Za ich pomocą możemy wykombinować naprawdę sporo scenariuszy na pokonywanie niebezpieczeństw.
Widząc trzech przeciwników, możemy na przykład zatruć jednego, rzucić kubkiem w drugiego, trzeciego znokautować po cichu, po czym zająć się spokojnie chwilowo ogłuszoną resztą. Nieraz byłem dumny z siebie, bo sprawnie udało mi się wykonać plan, który miałem w głowie. Skradanie się w nowej grze Duńczyków jest naprawdę przyjemne i cieszy mnie, że mamy tutaj taką mnogość wyboru. Co ciekawe, nie możemy przemieszczać ciał i chować ich tak, jak było to w Hitmanie. Gra jednak nie traci na tym zbyt wiele i nie uważam, że tutaj ta mechanika byłaby potrzebna.

Dobry agent musi mieć gadane
Czasami na misjach nie wszystko idzie po naszej myśli. Źle ocenimy sytuację, podczas skradania, ktoś nas zauważy lub wejdziemy nie tam, gdzie trzeba. Na szczęście nawet i w takich okolicznościach nie jesteśmy bezbronni. Bond ma opcje przemówienia przeciwnikom do rozsądku w chwili zagrożenia. Na przykład zauważony czasem przez ochronę może na przykład wcisnąć kit, że również tu pracuje, tylko zapomniał jeszcze włożyć stroju.
Nawet gdy przeciwnicy wiedzą o naszym wtargnięciu jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić. Gdy zostaniemy znalezieni, Bond jest moża udawać poddanie się, aby wróg nie wszczynał alarmu. Wtedy, gdy z podniesionymi rękami zbliżamy się do adwersarza po cichu go nokautujemy tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Możliwość przegadania przeciwników to takie koło ratunkowe, gdy coś pójdzie nie tak, ale i bardzo dobry sposób na dodaniu Jamesowi charakteru.
Mam jednak pewne zastrzeżenia co do tego systemu, bo nie wydaje mi się, że zawsze działa prawidłowo. Raz zdarzyła mi się sytuacja, że znokautowałem ochroniarza, a po chwili dwóch innych znalazło mnie przy ciele. Nagadałem im, że znalazłem go leżącego, a te głąby mi uwierzyły. Nie było wtedy żadnych konsekwencji z powodu tego, że znajduję się w miejscu ściśle strzeżonym. Wyszedłem na chwilę do innego pokoju, po czym wróciłem z powrotem, a wtedy ta dwójka ochroniarzy zdążyła chyba zapomnieć o naszej rozmowie i się na mnie rzuciła. Czasami miałem wrażenie, że nie działa zbyt intuicyjnie, więc starałem się jednak po prostu nie dać zauważyć i nie korzystałem zbyt wiele z możliwości przegadywania przeciwników.
Inicjały to nie przypadek
Jakoś nie dziwi mnie to, że J.B. to nie tylko inicjały Jamesa Bonda, a także znanego polskiego fightera. Agent 007 potrafi bić się niczym Jan Błachowicz, a może i nawet lepiej niż nasz zawodnik. IO Interactive dodało bowiem do gry dość zaawansowany system walki wręcz. Wspominałem, że ta gra to zlepek różnych gier? No to tutaj mamy Batmana od Rocksteady. Podczas bliskich potyczek z wrogami do dyspozycji mamy atak, chwyt, kontrę oraz unik. Dwóch ostatnich używamy, kiedy otrzymamy odpowiedni sygnał od przeciwnika. Będzie on wtedy podświetlony w dwóch kolorach, w zależności od tego, czy należy skontrować atak lub go uniknąć. To wszystko raczej dobrze znamy z innych produkcji.
Chwyt, który możemy zastosować podczas walki, jest jednak świeżym ruchem. Łapiemy przeciwnika za ramiona i teraz mamy wybór, czy okładamy go pięściami, czy gdzieś nim rzucamy. Ze schwytanym wrogiem możemy także przebiec niedaleki odcinek, żeby na przykład wyrzucić go za barierki. Przyznam szczerze, że jest to mój ulubiony element walki, a animacje przeciwników i reagujące otoczenie tylko potęguje uczucie satysfakcji z naparzanki. Na przykład gdy rzucimy przeciwnikiem o regał, rozlecą się książki, a gdy uderzymy nim o stół, zrzucimy cokolwiek na nim leżało. Bardzo filmowe i bardzo satysfakcjonujące. Niestety przez taki, a nie inny system walki zdarzają się także sytuacje absurdalne znane z innych gier tego typu, w których 5 przeciwników ogląda jak ich kolega jest okładany po twarzy. Od czasu do czasu znajdzie się śmiałek, który do nas podejdzie, by obronić swojego kumpla, ale i tak wszyscy dobrze wiemy, że w realu walka pięciu na jednego wyglądałaby inaczej.

Pif paf i piu piu
Oczywiście co to by była za gra o tajnym agencie bez strzelanin w kryzysowej sytuacji. James jest gotowy na każde zadanie, a czasami w ich wykonywaniu pomaga mu jego ulubiony pistolet. Co ciekawe, możemy z niego korzystać tylko w określonych sytuacjach, w których otrzymujemy tak zwaną licencję na zabijanie. Samo strzelanie zrobione jest w moim odczuciu bardzo porządnie. Czujemy każdy strzał, spluwy są dobrze udźwiękowione, a przeciwnicy realistycznie reagują na to, w jakie miejsca oberwą. Na przykład jeśli strzelimy komuś w nogi, zacznie kuleć i możemy wtedy podejść, aby wykonać nokaut. Jeśli ktoś do nas celuje, możemy strzelić w jego dłonie lub broń, aby ta wyleciała mu z rąk.
Korzystanie z pukawek jest tutaj jednak dosyć ograniczone do konkretnych momentów. Dodatkowo często możemy takie sytuacje załatwiać po cichu. Według mnie skradanie i pozbywanie się w pełni uzbrojonych żołnierzy jeden po drugim jest o wiele ciekawsze i bardziej angażujące niż otwarta strzelanina. Nasz arsenał nie jest zbyt duży, bo poruszamy się prawie cały czas tylko i wyłącznie z pistoletem. Ma to oczywiście sens, bo ciężko byłoby się wbić w jakąś ważną uroczystość z kałachem na plecach. Bronie jednak możemy podnosić po pokonaniu wrogów, więc nie jest tak, że nie mamy do dyspozycji innych pukawek. Przeciwnicy korzystają z różnego rodzaju pistoletów, strzelb, snajperek i karabinów. Wpływa to trochę na zachowanie tych NPC-tów, bo ktoś ze strzelbą będzie zmuszony do nas podejść, a snajperzy będą oczywiście schronieni gdzieś daleko. Różnorodność broni wrogów daje nam także możliwość wyboru, z czego to my będziemy korzystać.
Praca w terenie ma swoje plusy
Jako agenci MI6 będziemy mieli okazję zwiedzić wiele ciekawych miejsc. Znajdziemy się na przykład na rajskiej wyspie, wielkiej gali technologicznej lub we wspomnianym wcześniej klubie nocnym. Warto się tutaj na chwilę zatrzymać, bo prawdopodobnie mamy do czynienia z najlepszym i najrealistyczniej oddanym klubem nocnym w grach. Studio IO Interactive już w Hitmanie pokazywało, że lubi tego typu lokacje. Tutaj rzeczywiście przypominają się studia, bo tak dobrze zrobiona jest ta imprezownia.
W ogóle nie można zignorować faktu, że 007 First Light to gra prześliczna. Miejscówki, które przyszło mi zobaczyć, są wykonane po mistrzowsku i zaskakują liczbą detali, NPC-tów i jakością tekstur. Naprawdę nie ma się do czego przyczepić, jeśli chodzi o warstwę wizualną gry. Na moim dość mocnym sprzęcie (RTX 5070) chodziła w stałych 60 klatkach na wysokich ustawieniach. Miło w końcu zagrać w duży tytuł w dniu premiery i nie martwić się o jego optymalizację.
Warstwa audio również wykonana jest poprawnie. Twórcy przygotowali chociażby bardzo ładne, filmowe wręcz intro, do którego Lana Del Rey wykonała utwór stworzony specjalnie na potrzeby gry. Broń jest dobrze udźwiękowiona, a aktorzy głosowali wykonali kawał dobrej roboty. Ogólnie nie napotkałem żadnych problemów z audio, ale gra nie zawiera raczej ścieżki dźwiękowej, którą będziemy wspominać latami. Oprócz piosenki w intrze nie przypominam sobie w sumie innego momentu, w którym warstwa muzyczna zrobiłaby na mnie szczególne wrażenie.

Stare sposoby jednak wciąż działają. 007 First Light – ostateczne wrażenia
Nowa gra studia IO Interactive pokazuje, że Duńczyków stać na wiele więcej niż tworzenie w kółko jednej gry. Udało im się stworzyć pełnoprawny produkt, który może i nie wymyśla koła na nowo, ale czerpie ze znanych i lubianych produkcji i modyfikuje je wedle swoich pomysłów. Twórcy jednocześnie nie zapominają o swoim dziedzictwie i czuć w 007 First Light wiele pozostałości po Hitmanie. Warstwa wizualna jest na najwyższym poziomie, a od niektórych lokacji wręcz nie można oderwać wzroku.
Jeśli jesteście fanami takich gier, jak Uncharted lub lubiliście poprzednie produkcje duńskiego studia, to warto dać szansę 007 First Light. Jeśli natomaist tak jak ja odbijaliście się od Hitmanów to i tak dobrze byłoby zastanowić się nad zagraniem w nowego Bonda. Jest to bardzo kompetentna i dopieszczona na wielu płaszczyznach produkcja, co ostatnio nie jest niestety standardem w segmencie gier AAA. Od jakiegoś czasu brakuje mi produkcji właśnie tego typu: liniowych, z dobrą fabułą i bez nic niewnoszących misji pobocznych. IO Interactive już zapowiedziało, że chcieliby zrobić następną część przygód Bonda, a ja bardzo mocno będę trzymał kciuki, że im się to uda. Na ten moment najnowsza produkcja duńskiej firmy ląduje na mojej liście jako mocny kandydat na grę roku i szczerze, to sam jestem tym faktem zaskoczony.
Gra dostępna jest na komputerach osobistych z Windowsem, chociażby w serwisie Steam, na PlayStation 5 oraz Xboksie Series X|S. IO Interactive zapowiedziało również port na konsolę Nintendo Switch 2, który ma pojawić się jeszcze w tym roku.

