Baśnie, które dziś znamy, bardzo różnią się od swoich pierowzorów. Przywykliśmy już do uroczych bohaterów i klasycznego „żyli długo i szczęśliwie” rodem z Disneya. Tymczasem Studio Dimfrost serwuje mrożącą krew w żyłach opowieść czerpiącą ze skandynawskiego folkloru. Choć tytuł nie jest może klasycznym horrorem, ta recenzja gry udowodni, że Bramble: The Mountain King potrafi zjeżyć włos na karku.
Bajki zawsze niosą jakieś przesłanie. Protagoniści napotykają zwykle kilka przeszkód, by na koniec przywrócić światu równowagę. Dobro wygrywa ze złem, czarne charaktery zostają ukarane, a bohaterowie triumfują z pieśnią na ustach. Można powiedzieć, że w Bramble: The Mountain King sprawy mają się podobnie. Trzeba jednak dodać do zestawu krwiożercze potwory, śmierć czychającą na każdym rogu, rytualny mord, czy też szlak usłany wisielcami. Brzmi zachęcająco?
Chcąc wskazać podobne pod względem atmosfery grozy tytuły, nie muszę szukać daleko. Fani Little Nightmares (recenzja), Limbo, Inside (recenzja), a nawet A Plague Tale: Innocence (recenzja) doskonale się tu odnajdą. Poza brutalnością, elementem wspólnym wspomnianych gier są główne postacie. Niewinność dziecięcych bohaterów stojąca w opozycji do drastyczności wydarzeń, których są świadkami, potęguje przytłaczające poczucie bezsilności. A to dopiero początek.

Mama ma zawsze rację
Jak to często w baśniach bywa, przyczyną niefortunnych i przykrych zdarzeń jest nieposłuszeństwo dzieci. Zatroskani rodzice dwoją się i troją, by zapewnić im bezpieczeństwo, tymczasem one wymykaja się nocą, by buszować po ciemnym lesie. Nieodpowiedzialne? Tak. Naiwne? Owszem. Czy tak właśnie postąpili bohaterowie Bramble: The Mountain King? Jak najbardziej.
Jednak co się stało, to się nie odstanie. Wcielając się w kilkuletniego Ollego, chłopca o urodzie cherubinka, ruszamy w pogoń za starszą, acz niezbyt rozsądną siostrą. Lillemor, szukając wrażeń, opuściła bezpieczny dom, ignorując najeżoną ostrzeżeniami bajkę opowiadaną przez matkę na dobranoc. Bajkę, której bohaterka do złudzenia przypomina ją samą. Nie od dziś wiadomo, że najlepiej uczymy się na własnych błędach.

Sterując poczynaniami Ollego, podążamy śladem Lillemor. Sprawa jednak się komplikuje, bo pozornie sielankowy klimat powoli, ale konsekwetnie zostaje wypierany przez coraz to bardziej makabryczne sceny. Początkowo podziwiamy piękne okoliczności przyrody, które dzięki dopracowanej oprawie graficznej niewątpliwie zachwycają. Głębia otoczenia, jego szczegółowość, kolorystyka czy gra świateł robią ogromne wrażenie. Później, kiedy do urokliwych zakątków zaczyna wkradać się mrok, uczucie błogości zastępuje rosnący niepokój.
Dawno, dawno temu
Olle i Lillemor w bliżej nieokreślony sposób trafiają do obcej sobie rzeczywistości. Podczas rozgrywki spotykamy na swojej drodze wróżki, gnomy, gigantyczne muchomory i jeże, które urosły do rozmiarów wyjątkowo okrąglutkich rumaków. Czy dzieci uległy pomniejszeniu? A może to wszystko wokół nich stało się większe? Ciężko powiedzieć, jako że tak naprawdę nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.
Na początku otrzymujemy kilka prostych (i niewiele znaczących) zadań. Zaganiamy dzieci-kwiatki do zagród ku uciesze brodatego gnoma, a także bawimy się w chowanego z wioskowymi bobasami w czerwonych czapeczkach. Żadna z tych interakcji nie jest specjalnie wymagająca, ale spowalnia tempo rozgrywki i pomaga nam polubić tych dziwacznych mieszkańców lasu. Każdy taki moment powinniśmy doceniać, bo kiedy zapada noc, nikt nie jest bezpieczny.

Pojawienie się pierwszego ze stworów natychmiastowo burzy wizję cudownego, bajkowego świata. Ogromny goblin jest przerażający i bezlitosny, a jego jedynym celem jest destrukcyjna przemoc. Od tego momentu musimy mieć się na baczności, bo na podobne kreatury trafiamy już często. Wyzwanie stanowi również samo poruszanie się po lesie – pośród zagrożeń znajdują się sidła, wilcze doły i inne zasadzki. Gra nie pozostawia miejsca na błędy, a za każde potknięcie płacimy najwyższą cenę. Kruchość Ollego sprawia, że nawet najsłabszy udany atak jest dla niego śmiertelny.
Może się wydawać, że wszystko, co skrywa się w mroku, pragnie pożreć lub zabić małego bohatera. Na szczęście w Bramble: The Mountain King spotykamy też wielu sojuszników. Jednym z nich jest Lemus, kamienny gigant, którego mamy szansę obronić przed szczególnie wrednymi… szyszkami. Choć jego wygląd jest raczej odstraszający, są to jedynie pozory. Ta wyjątkowa istota ma gołębie serce, a za drobny gest przyjaźni jest gotowa pomóc nam w najcięższych chwilach. To tylko jeden przykład tego, jakie wartości przekazuje nam gra, inspirując się opowieściami zaczerpniętymi ze skandynawskiej kultury.

Źle, gorzej, najgorzej
Niech rozczulające momenty nie uśpią naszej czujności. Nie tylko noc kryje niebezpieczeństwa, bo także w promieniach słońca staniemy oko w oko ze śmiertelnym zagrożeniem. Jednym z nich jest chyba mój ulubiony stwór świetnie znany Skandynawom, Näcken. Jego aparycja jest tak samo odpychająca jak sposób, w jaki poluje na niczego nieświadome ofiary. Zupełnie nie mając szans w starciu, musimy liczyć na swój spryt, by uniknąć zguby.
Pojawienie się Näckena rozpoczyna cykl bossów do pokonania. Na naszej drodze pojawi się Pesta, Skogsrå, Kärrhäxan czy tytułowy Mountain King. Choć same imiona większości z nas nic nie mówią, znajdywane w międzyczasie księgi zawierają wstrząsające historie nadające sens kolejnym koszmarom. Zabieg nie tylko umożliwia nam zrozumienie makabrycznych scen, lecz także podkreśla baśniowy charakter gry. Całość fabuły składa się z osobnych opowieści, które jako Olle musimy przeżyć na własnej skórze. Wisienką na torcie jest król wszystkich potworów.

Same walki stanowią niemałe wyzwanie i są punktem, bez którego recenzja gry Bramble: The Mountain King nie może się obejść. Większość z nich składa się z trzech etapów, z których każdy kolejny ulega drobnej modyfikacji. Sprawia to, że musimy na nowo odgadnąć schemat potyczki, by przechytrzyć przeciwnika. Unikanie szybszych ciosów wymaga większego skupienia, a nowe przeszkody utrudniają ucieczkę czy skuteczny atak. Stres również robi swoje, kiedy znacznie więksi i silniejsi wrogowie stają się jeszcze bardziej zdeterminowani.
Tańcz, Olle, tańcz
Przez całą grę towarzyszą nam instrumentalne, świetnie dopasowane do klimatu utwory. Podczas eksploracji i przerywników stanowią tło dla rozgrywających się wydarzeń. Natomiast to, jak rozbrzmiewają w trakcie walk, powoduje dreszcze, uwydatniając epickość i powagę sytuacji. Niejednokrotnie też zmieniające się tempo muzyki wskazuje drogę do zwycięstwa, bo dopasowanie się do rytmu jest w stanie ocalić nam skórę.
Nie tylko oprawa muzyczna jest strzałem w dziesiątkę. Recenzja gry Bramble: The Mountain King nie byłaby kompletna bez wspomnienia o fantastycznej narratorce. Żadna z postaci nie wypowiada ani słowa, porozumiewając się jedynie za pomocą gestów oraz chichotów, pomrukiwań i innych onomatopeji. To właśnie kobiecy głos, który pojawia się już w pierwszej scenie, stanowi spoiwo wszystkich baśniowych elementów. Narracja odkryje przed nami myśli i obawy Ollego, przywoła do życia legendy, a także wprowadzi odpowiedni nastrój. To, czego nie zdołamy wyczytać z interakcji postaci ze światem, usłyszymy w doskonale napisanych kwestiach.

Jedyne, co zdziwiło mnie w przypadku dźwięku i nieco popsuło wrażenia z gry, to jakość odgłosów wydawanych przez niektóre stworzenia. Zdarza się, że śmiech gnomów czy warkot obrzydliwych goblinów zdają się odbijać echem w pustej przestrzeni. Nie chodzi tu o dźwięk niosący się adekwatnie do aktualnego otoczenia, ale wrażenie nagrywania „w puszce”. Brzmi to często nienaturalnie, obco i zupełnie nie pasuje do reszty wysokiej jakości efektów. Wynikiem tego jest fakt, że łkający malutki stworek przestraszył mnie bardziej niż sapiący groźnie gigantyczny potwór.
Kamera, akcja!
Sama mechanika gry jest nieskomplikowana. Jako Olle możemy biegać, skakać, wspinać się, a także ukrywać i atakować z dystansu w trakcie walki. Sekwencje, w których balansujemy, utrzymując równowagę, nie są tak naprawdę zależne od nas, bo wystarczy, że obierzemy właściwy kierunek. Ponadto, na swojej drodze spotykamy proste łamigłówki, choć może powinnam je nazwać raczej „spowalniaczami”. Przesunięcie wózka czy przeniesienie kilku przedmiotów w dane miejsce nie jest zbyt wymagające. Nawet ci, którzy nie lubią skupiać się na zagadkach, nie powinni mieć z nimi problemu.
Największe utrudnienie stwarza praca kamery. Jej umiejscowienie zmienia się nieustannie w zależności od lokacji, sytuacji oraz naszego położenia. Robi to naprawdę dobre wrażenie i zdaje się mieć dużo sensu w przypadku celowego skierowania uwagi na konkretne przedmioty czy ujęcie. Przykładowo, przemierzając jaskinię, obserwujemy bohatera, który przemieszcza się od lewej do prawej strony ekranu. Natomiast uciekając przed jednym z przeciwników, biegniemy „do siebie”, tak by widzieć krwiożercze monstrum i jeszcze bardziej odczuć atmosferę grozy.

Jak można się spodziewać, nie zawsze działa to poprawnie. Zdarza się, że obserwujemy drogę z jednej perspektywy, by w trakcie skoku zgubić się z powodu nagłej zmiany. Niejednoktotnie powoduje to dezorientację lub przyczynia się do niewłaściwego ruchu postacią. Podczas mojej rozgrywki kamera zebrała pokaźne żniwo. Biedny Olle zginął nieraz zgnieciony przez wnyki czy też jako przekąska jednego ze stworów. Nieco frustrujące.
Droga przez mękę? Ostateczne wrażenia z Bramble: The Mountain King
Nie da się ukryć, że przygoda Ollego dostarcza mocnych wrażeń. Brutalność scen i lokacje dosłownie ociekające krwią to widok, który nie każdemu przypadnie do gustu. Doświadczenia przeżywane wraz z głównym bohaterem często powodują, że musimy się na chwilę zatrzymać, by złapać oddech. Momenty, w których brodzimy we wnętrznościach zwierząt lub stawiamy czoła wrogowi kryjącemu się za ciałami swoich ofiar są, lekko mówiąc, niepokojące.

Mimo że horrory nie są mi obce i niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć, Bramble: The Mountain King się to udało. Choć daleka jestem od stwierdzenia, że twórcy przesadzili, zdecydowanie podziwiam ich odważne podejście do tematu. Tytuł porusza bardzo wrażliwe kwestie, nie szczędząc makabrycznych obrazów. Często jesteśmy stawiani w przytłaczająco dramatycznych sytuacjach, na które nie mamy wpływu. Tak jak Olle, możemy być jedynie obserwatorami, a wrażenie niemocy pozostanie z nami na długo.
Jeśli chodzi o historię, wyróżnia się ona na tle innych znanych mi tytułów. Kolejne etapy rozgrywki wciagają, zachęcając do brnięcia w fascynująco straszny świat mitów i baśni. Autentyczność, a także szczegółowe odwzorowanie istniejących w kulturze motywów oraz istot są zachwycające. Nie znajdziemy tu nic, co moglibyśmy uznać za wtórne.
Za duży plus uważam brak jumpscare’ów, których w horrorach, zarówno filmach, jak i grach, nie znoszę. Doceniam przemyślane i stopniowo budowane napięcie będące w stanie utrzymać odbiorcę na samym brzegu fotela. Studio Dimfrost zadbało o każdy etap gry, by właśnie takie emocje zapewnić.

Jako fanka nietypowych przygodówek z angażującą fabułą, tu również bawiłam się świetnie. Kilka godzin gry upłynęło mi na przemierzaniu baśniowej krainy Bramble: The Mountain King, a recenzja była tylko kwestią czasu. Utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to tytuł, do którego chce się wracać. Każdemu, kto lubi poczuć solidny dreszczyk emocji, rekomenduję spróbowanie swoich sił w walce z największymi koszmarami skandynawskiego dzieciństwa.
Bramble: The Mountain King znajdziecie w ofercie biblioteki Xbox Game Pass.
Redaktorka: Magdalena Paszkiewicz

