O takim jednym, co ukradł księżyc. Deliver Us the Moon – recenzja gry

Kolejka w Deliver us the moon

Samotna wyprawa na Księżyc może być ostatnią nadzieją ludzkości. Czy jeden astronauta sprosta oczekiwaniom? O tym opowie Wam recenzja Deliver Us the Moon.

To chyba najładniejszy symulator chodzenia po Księżycu, jaki kiedykolwiek widziałam. Produkcja KeokeN Interactive, wydana przez Wired Productions, to trzecioosobowa przygodówka, w której zwiedzamy stacje kosmiczne i badamy powierzchnię naszego naturalnego satelity. Chociaż akcja jest spokojna, tak jej zwroty trzymały mnie w napięciu. Deliver Us the Moon ostatecznie pozostawiło mnie z poczuciem dobrze spędzonego czasu i wykonania obowiązku wobec ludzkości, ale o tym dowiecie się dokładniej w poniższej recenzji.

Kosmiczna tragedia

Ziemia została mocno przeorana, zniszczona, wyeksploatowana i stała się miejscem średnio zdatnym do życia. Po wyczerpaniu surowców ludzkość stanęła na krawędzi zagłady, ale pojawiła się nadzieja. Na Księżycu udało się znaleźć źródło energii, którego wystarczy, aby zapewnić Ziemi jeszcze trochę czasu, a przy tym nie doprowadzić do śmierci wszystkich jej mieszkańców. Niestety, pewnego dnia kontakt z księżycowymi stacjami się urwał, zabrakło prądu, a burze piaskowe na powierzchni naszej planety zaczęły dawać się we znaki.

Kosmiczna organizacja WSA postanawia resztkami dostępnych zasobów wysłać na Księżyc jednego astronautę. Ma on naprawić sytuację, w tym ponownie zapewnić przekaz energii. Wtedy wchodzimy my, cali na biało, bo astronauci mają białe kostiumy. Z jakiegoś powodu lecimy tam całkiem sami, z jakąś koleżanką na słuchawce. Ale ona i tak za wiele nie będzie z nami rozmawiała, bo ostatecznie musimy stracić zasięg, żeby jak najlepiej odczuć pustkę kosmosu.

Stacja kosmiczna w Deliver Us the Moon
Zachwycające.

Księżyc, jaki jest, każdy widzi

Nasz naturalny satelita jest piękny, świetnie wyrenderowany, oświetlony i zwiedzanie go to czysta przyjemność. Ta gra wygląda naprawdę dobrze i wiele ujęć budzi zachwyt. Zarówno chodzenie po stacjach, jak i jeżdżenie łazikiem po powierzchni Księżyca jest bardzo klimatyczne i czasami warto przystanąć, żeby podziwiać widoki. Chyba, że akurat kończy się nam tlen, to wtedy lepiej nie. W każdej innej chwili produkcja jest kopalnią pięknych, estetycznych screenshotów, które spokojnie można wrzucać na swojego kosmicznego Pinteresta. 

Przez niedawne ogrywanie The Invincible (recenzja) i Mass Effecta (recenzja) czułam, że mam do czynienia z podobnymi produkcjami. To nie jest oczywiście wada, bo obie te gry są świetne, a porównanie do nich jako godnego konkurenta moim zdaniem dużo znaczy. Każda wyprawa naszym pojazdem przypominała mi podróże po Księżycu w Mako. Nie były one jednak aż tak męczące, bo łazik w Deliver Us the Moon prowadzi się akceptowalnie i nie irytuje nas w każdej sekundzie rozgrywki.

Łazik na powierzchni Księżyca
Najpiękniejszy widok w tej grze.

Opowieść o upadku

Wspomniałam o The Invincible również nie bez powodu, ponieważ sposób prowadzenia rozgrywki i narracji jest tu podobny. Powoli zwiedzamy przedstawiony nam świat, wykonując po drodze dość proste zagadki środowiskowe i słuchając zapisków rozmów tych, którzy byli przed nami. Deliver Us the Moon różni to, że rozgrywka jest o wiele cichsza, a główny bohater jest bardzo osamotnioną postacią. Musi mieć naprawdę wielką wiarę w to, co robi, skoro brnie do przodu mimo wszystkich przeciwności, a jest ich sporo.

Na stacjach nie ma żywej duszy, dowodami na to, że ktoś tu był, są przeróżne zapiski, maile i porozrzucane przedmioty. Z czasem znajdujemy sondę ASE. Staje się naszym jedynym towarzyszem i może odtwarzać nagrane przez siebie rozmowy, jeżeli trafimy do miejsca, gdzie się odbyły. Właściwie tylko dzięki niej mamy jakiekolwiek pojęcie, co się wydarzyło i co należy zrobić, żeby zapobiec tragedii.

W toku rozgrywki poznajemy perspektywy kilku bohaterów, którzy mają swoje własne motywacje, bardziej prawe lub nie, dzięki czemu poznajemy historię od różnych stron. Przyznam jednak, że mam wrażenie, że wątek jednego bohatera został niedomknięty. W sumie nie wiem, co się z nim ostatecznie stało, co jest moim zarzutem do tej historii.

Moja mała, słodka sonda.

Rozgrywka przy zmniejszonej grawitacji

Gdy wyjdziemy na powierzchnię Księżyca, zaczynamy wysoko skakać, biegać i tracić tlen, bo nasz skafander został zaprojektowany w taki sposób, żeby mieścić jego zapas tylko na trzy minuty. Zatem pojawia się element survivalu, w którym musimy zbierać butle z tlenem – nie jest to przesadnie trudne, nie martwcie się. Ja się chyba ani razu nie udusiłam. Niemniej musimy te butle znajdować na bieżąco, bo nie mamy żadnych kieszeni. 

Główną osią zabawy jest chodzenie po świecie gry, naprawianie tego, co nie działa i wykonywanie zagadek środowiskowych. Zagadki są niby łatwe, ale mam wrażenie, że Deliver Us the Moon nie daje do końca znać, co mamy zrobić. Momentami również przedmioty, z którymi mamy wejść w interakcję, nie podświetlają się, gdy próbujemy ich dotknąć, przez co nie możemy ich ruszyć i tak stoimy w miejscu. W takich sytuacjach najlepiej było mi zresetować grę.

Większość łamigłówek wymaga od nas sprytnego przenoszenia ogniw energetycznych, żeby zasilić jakąś część kompleksu albo latania sondą (możemy przejąć nad nią kontrolę) w celu przejścia do niedostępnego dla człowieka miejsca. Zdarzają się też sytuacje, gdy astronauta musi użyć palnika, który trzyma w rękawie i otworzyć bardzo tajne przejście lub zamknięty pojemnik. 

Ostatecznie jednak nasz bohater jest całkowicie bezbronny, więc musimy o niego dbać. Podczas rozgrywki pojawia się parę etapów, w których realnie nas coś może zaatakować. Wtedy musimy stawiać na ukrywanie się i omijanie źródeł obrażeń. Ma to sporo sensu, zważywszy na to, jak ograniczający ruchy jest skafander kosmiczny. Akcja jest powolna, momentami wręcz ociężała, ale dobrze to buduje świat gry i naszą lekką bezsilność w obliczu potęgi kosmosu. 

Palnik w Deliver Us the Moon
Magiczny palnik.

Deliver Us the Moon – finalne wrażenia

Bywały chwile, że się irytowałam na ten tytuł, bo nie potrafiłam zrozumieć jakiejś zagadki, która ostatecznie była trywialna, a ja nie zauważyłam od razu, jak ją zrobić. Chwilami brakuje tu intuicyjności, gdzie iść i co robić. Jednak przygoda jest na tyle krótka i skondensowana, że nie okazało się to bardzo irytujące. Poza tym sama historia jest zdecydowanie warta poznania, a widoki? Och, te widoki są niesamowite! Jeżeli lubicie science fiction albo kosmos, to definitywnie jest tytuł dla Was.

Recenzja Deliver Us the Moon powstała dzięki uprzejmości Wired Productions. Dziękujemy za kluczyk do gry!

Scroll to Top