Ciężko jest być lekarzem w mieście kultystów, o czym Wam opowiem w tej recenzji Do No Harm.
Nasz bohater znajduje ogłoszenie o pracę, w którym płacą podejrzanie dużo. Jak wiemy, ulubionymi rybami lekarzy są duże sumy, więc skuszony bogactwem medyk postanawia podjąć się wyzwania i pojechać na dziwną wyspę, aby leczyć jej mieszkańców. Okazuje się, że jego poprzednik dość nagle opuścił stanowisko i nie ma komu ratować chorych. Zabawa w lekarza w lovecraftowskim klimacie wygląda bardzo intrygująco, jednak nie jest pozbawiona wad. Z tej recenzji dowiecie się, ak prezentuje się debiut studia Darts Games, czyli Do No Harm.
To nie takie trudne
Bycie lekarzem zdaje się proste w swoich założeniach. Przychodzi pacjent, opisuje objawy (lub nie), przyglądamy się jego ciału i podejmujemy stosowne leczenie. To ostatnie polega na podaniu odpowiedniej dawki jednego z czterech lekarstw dostępnych na biurku. Pacjenci są w stanie przyjąć określoną liczbę zastrzyków, więc nie możemy ich kłuć w nieskończoność.
Jeżeli pacjent nie ma pojęcia, skąd wynika jego cierpienie, trzeba się mu dokładnie przyjrzeć z lupą i stetoskopem. Czy ma czyraki na ciele? Gardło czyste? Oczy nieprzekrwione? Żadnych zadrapań zadanych przez morskie istoty wzywające Cthulu z przedwiecznego snu? Serce bije poprawnie? Jeśli nic nie znajdziesz, to przypał. Pozostaje leczenie na „raz się żyje” (dosłownie dla pacjenta) lub wykorzystanie medycyny alternatywnej, czyli fioleczek z substancjami, które podpowiadają, co w tej sytuacji pomoże delikwentowi.
Dość szybko zaczęłam zapamiętywać, które lekarstwo na co, a jakie alergie nie pozwalają na jego przyjęcie. Dzięki temu obsługiwałam wielu pacjentów i kosiłam naprawdę dobry pieniądz. Uważam wręcz, że zarabiałam za dużo, bo zarządzanie budżetem i uzupełnianie lekarstw czy kupowanie narzędzi to część mechaniki i nie miałam z nią problemu ani przez chwilę.

Księga osobliwości
Szczęśliwie Do No Harm nie wymaga od nas znajomości sztuki medycznej (szczególnie że ta w świecie gry jest alternatywna). Cały czas mamy dostęp do specyficznej księgi lekarza, który był w okolicy przed nami. Na stronicach znajdują się opisy objawów i proponowane metody leczenia. Z czasem, gdy poziom trudności wzrasta, bibliotekarka przynosi nam nowe strony z zapiskami i odkrywa notatki wcześniejszego doktora. Wywołuje to zawsze u pacjentów nowe symptomy, takie jak przemiana w ryboludzia, więc zasadniczo to wszystko wina tej bibliotekarki.
Jeśli coś nam nie wyjdzie (lub historia leczenia wskazuje, że nieznanemu „komuś” coś nie wyszło), możemy odwołać się do Koła Humorów. Przynosi nam je sympatyczna inżynierka, która obiecuje mnogość gadżetów medycznych (a ostatecznie załatwia 3 czy 4). Kółko znajduje się w księdze i pozwala znacząco przyspieszyć dobór dawki i rodzaju lekarstwa na podstawie historii leczenia. No, pozwala oszacować, bo łatwo przestrzelić. Szczególnie że bohater w pewnym momencie stwierdza, że nie wie, w jakim stopniu może ufać swoim urządzeniom. I ja też nie wiem. Czasem zdawało mi się, że wybrałam idealne leczenie, a tu zgon. Zdarza się najlepszym.

Lekarz zbratał się z grabarzem
Poza szarymi pacjentami odwiedzają naszą klinikę również tacy, co mają interes. W mieście jest policjant, który przestrzega nas przed zabijaniem pacjentów (oczywiście niecelowym, na pewno nie robisz tego specjalnie). Czasem wpada dziwnie wesoły i pomocny ksiądz, który zna ze spowiedzi problemy zdrowotne swoich wiernych lepiej niż oni sami. Grabarz uważa, że zbyt niski odsetek zgonów nie zapewni mu godnego życia, więc proponuje zmowę, abyśmy wspólnie zarobili na czyjejś śmierci.
Wykrzywiona staruszka zdradza nam nieco o grasujących w okolicy przemienieńcach, a jedynym, według niej, sposobem na uniknięcie szaleństwa jest picie tajemniczego laudanum (także jest mechanika walenia sety przy pacjentach). Zostawia nam też gadający totem, który wykrywa paranormalne zjawiska i zaczyna nas wyzywać, kiedy nie zauważymy jakiegoś straszaka w naszym gabinecie.
Ksiądz i grabarz zostawiają listy osób, który trzeba „pomóc”. Możemy je realizować jako swoiste zadanie poboczne lub całkiem olać i opierać się wyłącznie na własnej wiedzy medycznej. Pojawiają się też inne, mniej lub bardziej istotne, ale upiększające rozgrywkę postacie. Jest gość, który chce zostać lekarzem „na skróty”, więc przychodzi do nas ze zmyślonymi objawami, żeby podglądać, jak leczymy. Pewna dama ewidentnie zakochała się w naszej postaci, ale że jest dziwaczna, to trochę nie wiadomo, czy jej ufać. Dobra, wszyscy są dziwaczni.

Coś tu nie gra
Mam ambiwalentne odczucia względem Do No Harm. Pomysł jest jak najbardziej trafiony, jednak rozgrywka dość szybko robi się powtarzalna i polega na przeklikiwaniu kolejnych pacjentów. Jest sporo bugów, które odbierają przyjemność z rozgrywki czy nawet niektóre ścieżki grania. Gdy przychodzili „przemienieni” pacjenci, to ich sylwetki po prostu się nie wyświetlały (a pamiętam z dema, że przychodzili oni normalnie na leczenie). Niektóre przedmioty mają mniejsze hitboksy niż bym chciała i gdy zależało mi na responsywności, bo starałam się szybko zarobić jak najwięcej – po prostu nie zaskakiwały akcje. Radzę też w miarę możliwości nie grać po polsku, bo tłumaczenie to nieelegancka kalka, która wybija z immersji i denerwuje.
Ponadto gra zaczyna się intrem, w którym słyszymy głos głównego bohatera, ale przy zakończeniach już tak nie jest. Linijki tekstu po prostu w ciszy zmieniają się na naszych oczach i otrzymujemy informację o ostatecznym rozwiązaniu. Bardzo to… rozczarowujące. Z dwojga złego już lepiej, żeby w ogóle nie było głosów aktorów, ponieważ ten brak rzuca się w oczy (czy raczej uszy).

Chyba kogoś skrzywdziłam. Do No Harm – finalne wrażenia
Może miałam za duże oczekiwania. Gra jest bardzo ładna i z pomysłem, jednak szybko się ten pomysł wyczerpuje i mimo wprowadzania nowych schorzeń nie jest emocjonująco ani trudno. Polubiłam niektóre postacie, a wpadanie na prawidłowe leczenie dawało mi przez jakiś czas satysfakcję. Do No Harm nie jest szczególnie długie, więc to nie oznacza, że się przy tej recenzji męczyłam, ale ta gra nie zostanie w mojej pamięci.
Myślę, że przynajmniej jest regrywalna, bo do leczenia (lub zabijania) można podejść różnie, a zakończeń jest w sumie 12. Szczególnie że tuż po moim przejściu jej twórcy dodali osiągnięcia. Przy takim poziomie zabugowania lepiej by było, gdyby wypuścić produkt we wczesnym dostępie. Niemniej to debiut Darts Games (możecie przeczytać u nas wywiad z producentem Do No Harm) i chociaż nie zostałam ich fanką, tak chętnie sprawdzę koleje gry tego studia.

