Dzień, w którym umarłam sto razy. Dark Souls – recenzja gry

ciasto z łajna Dark Souls

Rok 2022 upłynie nam pod znakiem Elden Ring. Od premiery wciąż dzieli nas jednak parę długich tygodni – postanowiłam zatem wykorzystać je, by trochę powspominać. Bo tym właśnie będzie recenzja Dark Souls – wspomnieniem ze ścieżki zdrowia.

Kiedyś to były czasy

Choć minęło już parę wiosen, wciąż całkiem dobrze pamiętam swoją pierwszą rozgrywkę w Dark Souls. Gra ta czekała na swoją kolej wiele lat, dorwana na promocji w jednym z owadzich marketów, odłożona i zapomniana. Dopiero na trzecim roku studiów doczekała się zainteresowania, co też było zresztą dziełem przypadku. Ot, urlop, który trwał wystarczająco długo, bym zechciała sięgnąć po coś nowego. Ponieważ była to zima 2018 roku, przyszło mi jeszcze grać w wersję Prepare to Die, edycja Remastered weszła bowiem na rynek dopiero w maju. Niemniej to w niej spędziłam najwięcej czasu, więc niniejsza recenzja Dark Souls będzie odnosić się właśnie do wersji Remastered. Do Prepare to Die Edition będziemy sięgać okazjonalnie, w celach porównawczych (w mniejszej ilości) i wspominkowych (a wspominać zamierzam często i gęsto, jak stara baba mówiąca o czasach młodości). 

Dark Souls recenzja

Historia, której nie znamy

Gdyby ktoś zapytał mnie po pierwszych dziesięciu godzinach gry, o czym właściwie jest Dark Souls, zapewne nie miałabym zbyt wiele do powiedzenia. Początek gry może być bowiem dość oszałamiający. Stosunkowo enigmatyczne intro przedstawia nam starcie między smokami a lordem Gwynem i jego przybocznymi. Walka zakończyła się  wygraną Gwyna i wymordowaniem niemalże wszystkich smoków, a w konsekwencji – erą ognia, okresem, który na tym etapie możemy interpretować jako moment stosunkowego spokoju i prosperity. Po jakimś (nieokreślonym) czasie, z jakiegoś (niewyjaśnionego) powodu ogień (czym by nie był) zaczął jednak wygasać. Wśród ludzi zaczęli zaś pojawiać się nosiciele przeklętego znaku, świadczącego o tym, iż padli oni ofiarą klątwy nieumarłych. Jak słusznie się domyślacie, klątwa ta sprawia, iż nie mogą oni umrzeć. 

Jaki związek ma nasza klątwa z podbojami lorda Gwyna, skąd właściwie się tu wziął i w którym momencie w krainie pojawili się ludzie – tego nie wiemy i nie dowiemy się jeszcze przez długi czas. Dowiadujemy się za to, że nosiciele klątwy są poddawani dożywotniej izolacji. Skoro nie znaleziono innego rozwiązania problemu, zdecydowano się zamknąć ich w azylu daleko na północy krainy. Tam mieli wyczekiwać końca – swojego lub całego świata.

Grę zaczynamy jako jeden z przesiadujących w celi więźniów. Z marazmu wyrywa nas tajemniczy rycerz, który wrzuca nam przez dziurę w dachu trupa z kluczem do naszej celi. Dlaczego nie wrzucił samego klucza, oszczędzając sobie tym samym konieczności noszenia kilkunastu (przynajmniej) kilogramów martwego człowieka? To może być jedno z pytań, które przyjdzie Wam do głowy. Ręczę jednak, że szybko zrobi się ich o wiele więcej.

Dark Souls recenzja

Niby po polsku, ale jednak…

Dark Souls wymusza na nas szybką naukę kilku zasadniczych kwestii. Pierwszą z nich jest to, że fabuła będzie nam przekazywana w formie zbliżonej do kroplówki. Źródeł informacji o świecie jest mnóstwo i mamy z nimi nieustanną styczność, są one jednak tak enigmatyczne, że rozszyfrowanie ich i tak wymagać będzie od nas wprawy, a przede wszystkim – czasu. Nie ma sensu nastawiać się również na pomoc ze strony NPC. Choć, tak jak przy większości gier, możemy wdać się z nimi w pewien dialog (a może raczej: zmusić ich do wygłoszenia monologu, bowiem nasz Wybraniec jest niemy), to i tak usłyszymy przede wszystkim dość zawiłe wypowiedzi i pozbawione kontekstu stwierdzenia. Nie mamy też możliwości dopytania o poszczególne zagadnienia – czasem NPC sami udzielą nam dalszych wyjaśnień, zwykle jednak pozostawią nas samych sobie. 

Głównym źródłem informacji pozostają zatem opisy poszczególnych przedmiotów. Zwykle są one znacznie bardziej przejrzyste, co nie znaczy jednak, że wyjaśnią nam wszystkie zawiłości tego świata.

Jeśli przeraża Was ta wszechobecna niejasność, spieszę z wyjaśnieniem – znajomość fabuły nie jest w zasadzie potrzebna. Zasada „rżnąć i iść do przodu” też doprowadzi Was do zakończenia. O ile po drodze nie rzucicie tego wszystkiego w cholerę.

Git Gut

W tym momencie przechodzimy do kwestii, która w kontekście Dark Souls zdaje się mieć elementarne wręcz znaczenie. Mowa tu oczywiście o tym osławionym poziomie trudności, aspekcie, przez który wielu graczy w ogóle nie podjęło wyzwania. W zasadzie da się to zrozumieć – ostatecznie nie wszyscy upatrują źródła rozrywki we własnej frustracji. Czy jednak rzeczywiście jest aż tak źle? 

Dark Souls recenzja

Tak jak było to wspomniane wyżej – pierwsze godziny z Dark Souls mogą oszałamiać i sposób rozgrywki na pewno ma tu jakieś znaczenie. Niewątpliwie w grze brakuje ułatwień, które mogą nam się wydawać naturalne, zwłaszcza z perspektywy współczesnego gracza. Nie ma tu żadnej formy szybkiego zapisu umożliwiającej nam wczytanie gry w razie ewentualnej porażki. Możliwości leczenia są ograniczone, zwłaszcza na początku rozgrywki, a pasek staminy wystarcza nam zaledwie na kilka ataków. To właśnie ignorowanie paska staminy (zwane też potocznie „waleniem na ślepo”) będzie zapewne przyczyną większości zgonów na tym etapie.

Stamina umożliwia nam bowiem nie tylko wykonywanie ataków (silnych i słabych, różniących się w zależności od tego, czy trzymamy broń w jednej ręce, czy oburącz), ale też wykonywanie uników czy osłonę tarczą. W tym ostatnim przypadku utrata staminy może sprawić, że stracimy równowagę, a gracz zyska możliwość zadania ciosu krytycznego. Może nas to zresztą spotkać także w innych sytuacjach – umiejętne sparowanie ciosu również pozwala na wykonanie krytyka, zaś zadanie ciosu w plecy, choć mniej spektakularne, również może pozbawić nas znacznej ilości punktów życia. 

Z powyższego opisu dość łatwo wywnioskować, że największym wyzwaniem i jednocześnie cechą szczególną Dark Souls jest stosunkowo niewielki margines błędu, jaki mogą popełnić gracze. Nie da się jednak zaprzeczyć, że atrakcji sprzyjających szybkiemu zgonowi jest zdecydowanie więcej. Niektóre miejsca są stworzone ściśle po to, by zginąć w nich przynajmniej raz. Kto nigdy nie dał się zastrzelić łucznikom w Anor Londo, niech pierwszy rzuci estusem. 

Trochę recenzja Dark Souls, a trochę soulsowe podróże w czasie

Mechanika Dark Souls jest nie tylko specyficzna, ale też… cokolwiek toporna. Fakt ten mógł być szczególnie odczuwalny w Dark Souls Remastered, zwłaszcza jeśli nie był to nasz pierwszy kontakt z serią. Fakty są nieubłagane – postać porusza się dość ślamazarnie, walki nie należą do najbardziej dynamicznych, a długość animacji picia estusa potrafi doprowadzić do szału nawet najbardziej cierpliwą osobę. Choć z tą ostatnią rzeczą wcale nie było jeszcze tak źle, jak być mogło. Z jednej strony jest to ułatwienie – zawrotne tempo może utrudniać naukę, o czym wiele lat później przekonali się gracze stawiający pierwsze kroki w Sekiro: Shadows Die Twice (ja też umierałam, o czym możecie poczytać w mojej recenzji).

Z drugiej jednak, ta specyficzna toporność sprawia, że powrót do pierwszej części Soulsów może być dla nas ciężki. Zwłaszcza jeśli ostatnie godziny spędziliśmy w nowszych produkcjach FromSoftware, jak Dark Souls III czy Bloodborne. Odrębnym tematem jest tu jakość wizualną – sam Miyazaki przyznał bowiem, że ta nie jest priorytetem dla jego studia. Niemniej trzeba jednak przyznać, że nawet pomimo niezbyt powalającej grafiki, część lokacji wciąż robi piorunujące wrażenie. Ba, niektóre z nich są po prostu bardzo ładne. Nawet jeśli zestarzały się dość brzydko.

Dark Souls recenzja

Dark Souls – wrażenia z rozgrywki. Warto czy nie warto?

Czy po tylu latach warto sięgać po tak leciwy tytuł? Wydaje się, że – mimo znacznej ilości wad wytkniętych powyżej – wciąż możemy dać tej grze szansę. To ona zapewniła FromSoftware rozgłos na całym świecie i to ona zapoczątkowała gatunek znany obecnie jako soulslike*. To ona została też ogłoszona grą wszech czasów i to całkowicie zasłużenie

Jest to jednak tytuł, do którego trzeba podejść z pewną dozą wyrozumiałości. Świadomością, że pod tą niezbyt imponującą grafiką i zatrzęsieniem śmiesznych błędów wciąż może kryć się dobra rozrywka. I to wcale nie tak wymagająca, jak mogłoby się wydawać.

*Nie umniejszając tu Demon’s Souls, które jednak – ze względu na ograniczoną dostępność – większość graczy znała przede wszystkim z nazwy.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights