Druga część symulatora średniowiecza z fabułą to arcydzieło. Opowiem Wam w tej recenzji, jak zakochałam się w Kingdom Come Deliverance II.
Tytuł od Warhorse Studios łączy epickość i sielankowość w niesamowicie dobrą mieszankę, dając nam najlepszą grę tej dekady. Czesi po raz kolejny dowieźli fenomenalną produkcję, której każda minuta to czysta, wciągająca przyjemność. Brakuje mi chwilami słów, żeby opisać, jak dobre jest Kingdom Come Deliverance II, ale dla tej recenzji postaram się je jakoś dobrać. I tak będzie ciężko, ponieważ mamy tu do czynienia z dziełem, wręcz sztuką, kolejnym dowodem na to, że nasze hobby nie jest głupiutką rozgrywką.
To dobry czas, by być graczem. Ledwo skończyłam Kingdom Come Deliverance II, a już chciałabym je zacząć od nowa, bo przecież zdążyłam już trochę z począteczku zapomnieć. A zaczęło się to na PGA, na którym miałam szczęśliwą okazję zagrać w demo tej produkcji. Wówczas może nie tyle mnie zachęciło, co przestałam się bać specyficznej dla serii walki.
Uważam też, że najlepsze, co możecie dla siebie zrobić, to odpalić grę po czesku, bo klimat jest wtedy o wiele lepszy. Przypomina to trochę naszego Wiedźmina z tą przaśnością wsi, autentycznie wkurzonymi bandziorami i mam wrażenie, że dzięki temu w każdej z postaci jest o wiele więcej serca. Po angielsku brzmi to poprawnie… ale nie ma w tym aktorstwie nic wyjątkowego. A zresztą i tak będziecie co nieco rozumieć bez napisów, bo przecież nie aż tak ciężko się dogadać z naszymi sąsiadami. Przecież słowo na „k” wszyscy znamy.

Audentes fortuna iuvat
Przygodę z Henrykiem zaczynamy w towarzystwie naszego dobrego przyjaciela – szlachcica Jana Ptaszka. Wspólnie wraz z obstawą kilku wojaków musimy dowieźć poselstwo do Pana Bergova. Bowiem Czechy trawione są wojną domową, gdy dotychczasowy król, Wacław, siedzi zamknięty gdzieś w Wiedniu, a jego brat, król Węgier, Zygmunt, postanowił podbić naszych sąsiadów i usadzić na tronie samego siebie. Doprowadziło to do podziałów wśród ludzi, w tym szlachty, zatem panowie z Ratajów (z których przybyliśmy) postanowili wyciągnąć rękę, aby rozpocząć negocjacje.
Niestety, podczas postoju nad stawem i kąpielą w orzeźwiającej wodzie plany krzyżuje grupa bandytów. Zabijają naszą obstawę, przez co Henryk i Jan Ptaszek muszą uciekać w samych gaciach. Po drodze Heniek dostaje jeszcze pożegnalną strzałą, więc nic nie idzie po naszej myśli. Szczęśliwie Ptaszkowi udaje się znaleźć pomoc, chociaż sam w międzyczasie mocno obrywa. Tak właśnie fortuna sprzyja odważnym, gdy mieszkająca w lesie Bożena leczy naszych bohaterów i wyprawia w drogę.
Goli i niezbyt weseli Henryk i Pan Ptaszek udają się ostatecznie do swojego miejsca docelowego, jednak bez listu z poselstwem, bez koni, bogatego wyposażenia czy dowodu na to, że Jan jest szlachcicem. Można się domyślić, że na zamku nie przyjmą dwóch losowych żebraków, którzy śmierdzą jak gnojnik, a wyglądają jeszcze gorzej. Zatem trzeba obmyślić plan, jak przekazać poselstwo i wrócić do domu! Szkoda tylko, że człowiek planuje, a Bóg się śmieje, bo to będzie piekielnie długi powrót.

W tej wsi obok
Otwarty świat jest ogromny i pełen wszelakich aktywności, questów czy ludzi o lepszych i gorszych zamiarach. Do wielu zadań możemy podejść po naszemu, a są one bardzo dobrze napisane: epickie lub całkowicie zwyczajne i przyziemne. Henryk może ratować, kogo się da, lub być oportunistą i nie zważać na koszty wykonania zadania (chociaż ja sobie takiego wrednego Henia nie umiem wyobrazić).
Gdy łazimy po wiochach, ludzie na nas reagują. Gdy jesteśmy zakrwawieni, to się będą nieco bali, przy dużych obrażeniach polecą nam iść do lekarza, a jeśli się nie będziemy myli przez jakiś czas, to też do skomentują. Ja usłyszałam: „Fuj, chyba wdepnąłem w gówno. A nie… to ty”. Innym razem zachwycają się naszym pieskiem Orzechem, plotkują o rzeczach aktualnych lub takich, które mogą się nam przydać w jakimś zadaniu. Jeżeli jesteśmy mili (jak ja), to często słyszymy pozdrowienia, na które możemy odpowiadać. Mnie to nawet strażnicy króla Zygmunta lubili. Ale gdy jesteśmy gdzieś niezbyt lubiani, to są raczej z natury podejrzliwi i każą nam się zachowywać.
Między wiochami są drogi, lasy i różne bardziej niebezpieczne miejsca. Warto zaznaczyć, że w średniowiecznym państwie opanowanym przez wojnę domową nie jest zbyt bezpiecznie. Trafienie na bandytów to coś, czego powinniśmy się obawiać i jeśli będzie ich dużo, to możemy ostro dostać po zadku. Ale seria Kingdom Come Deliverance słynie już swoją trudną walką i nakazywaniem graczowi ostrożności, więc na pewno nie postanowicie tam siekać wszystkich wrogów.
A wiecie, co znajdziecie w lasach? Nic. Kompletnie nic, żadnych skrzyneczek, znaczników, legendarnych bestii do zabicia, specjalnych zasobów czy celów do zasasynowania. Niczego w lesie nie ma, bo czemu miałoby być? Byliście kiedyś w lesie? Pusto. Zwierzęta sobie chodzą i one nawet nieszczególnie są zainteresowane naszą obecnością. Mimo wielkiej niechęci do otwartych światów, tutaj bardzo mi się podoba. Nie marnujemy czasu na głupoty, które niczego nie wnoszą. Każda rzecz w otwartym terenie (a jest ich niewiele!) ma swoje uzasadnienie, by tam być. I to jest fenomenalne.

Kocham cię, Komar
Jakże cudownie napisane są postacie w tej grze. Nie mają gigantycznego czasu antenowego, nie robimy dla nich zadań lojalnościowych, aby mogli wreszcie pokonać odwiecznego wroga czy unicestwić kult, który ich ściga od lat. Dołączamy po prostu do już istniejącej szajki, gdzie role są obsadzone, co nie znaczy, że nie ma miejsca dla nas czy Ptaszka. I naszego psa Orzecha.
Zżyłam się z nimi dość szybko i mimo że nie opowiadali mi swoich historii życia, to wszyscy byliśmy jak bracia (i jedna siostra) gotowi za siebie zginąć. Każdy trochę dziwny, zbyt skory do przemocy (szczególnie Czart) i chętny do wspólnego picia. Najbardziej sobie ukochałam wąsatego Żiżkę, Bogutę, wiecznie porobionego Kubienkę, Węgra Janusza i jego najlepszego przyjaciela, naszego rodaka, czyli Komara. No i Jana Ptaszka, rzecz jasna.
Boguta właściwie powraca w drugiej części serii w pięknym stylu. Mianowicie możemy go co jakiś czas kontrolować podczas zadań z głównej fabuły. Oglądamy wtedy jego perspektywę i zamiast doświadczać deus ex machina, wiemy dokładnie, dlaczego coś się wydarzyło. Ponadto granie nim to okazja na zabawę konwencją – dobra, cała ta gra jest zabawą konwencją. Niezwykle inteligentny ksiądz alkoholik bardzo mądrze prawi o życiu, o Bogu, a przy tym bajeruje, kogo trzeba i jak trzeba, żeby dotrzeć do celu.

Pochylmy się jeszcze nad Komarem, który jest fenomenalną postacią. Wydawało mi się na początku, że będzie gdzieś tam stał z boku i mruczał po naszemu, a jego obecność będzie tylko gagiem. Ale ostatecznie ma bardzo mocny i poruszający wątek. Nazwalibyśmy go patusem, któremu w głowie tylko dziewki, a do tego straszliwie przeklina (wręcz przepięknie i poetycko). I bardzo mi miło, że mieliśmy tego kamrata. Tak prywatnie, jako Polkę, cieszy mnie, że dostaliśmy takiego reprezentanta – bardzo rubasznego, wulgarnego, ale niesamowicie lojalnego i szczerego brata.
Najlepszy przyjaciel człowieka Henryka to biało-brązowy ciapkowaty pies o imieniu Orzech. Umieszczenie chowańca w grze to zawsze dobry wybór, a nasz słodki piesek to wspaniały towarzysz. Chodzi przy nas, słucha komend, zajada się mięskiem i kocham go. Potrafi wywęszyć trop, odwrócić czyjąś uwagę czy brutalnie pogryźć. Dzięki niemu nigdy nie czułam się samotnie podczas moich podróży.

To jest gra dla kobiet
Trochę się bałam, bo walka miała być trudna, średniowiecze i rycerze mnie nie jarają, a do tego mam walczyć ze zgrają śmierdzących chłopów. Otóż nie ma powodów do obaw czy niepewności, bo Kingdom Come Deliverance II posiada masę cozy i dziewczyńskich mechanik. Już na samym początku musimy zbierać kwiatki na polance, aby przygotować miksturę. Przez całą grę, w przeróżnych miejscach jest ich masa, różne gatunki i właściwości, więc Henryk może zostać zielarzem-aptekarzem i samemu warzyć wszelakie koktajle podczas bardzo przyjemnej i spokojnej minigry.
Chodzimy cały czas po pięknych lokacjach, oglądając naturę i relaksując się w lesie. Towarzyszyć nam przy tym może nasz pies Orzech, o którego możemy dbać – dawać pochwały i jedzonko. W miasteczkach zawsze znajdzie się ktoś chętny do pogadania, a nawet większą część sporów fabularnych możemy rozwiązać charyzmą Henryka. Skoro już jesteśmy wśród ludzi, warto poszukać odpowiedniego rzemieślnika, który sprzeda nam eleganckie ubranie albo lśniącą zbroję, aby przebierać naszego cnego rycerza w piękne fatałaszki. Zasadniczo to gramy w Infinity Nikki, ale Henrykiem ze Skalicy. Tylko czasami trzeba zabijać.
Ach, jeszcze romanse!

Romans rycerski
Pan Ptaszek to mój nowy crush (no, Żiżka też). To znaczy mój i Henryka, bo gra daje nam możliwość romansowania. Dla niektórych kontrowersyjne, dla mnie wspaniałe, ponieważ obaj wojacy tak świetnie do siebie pasują i mimo różnicy stanów dbają o siebie nawzajem. Mimo niepowodzeń, które cały czas spadają na nich podczas naszej przygody, i tak jeden zawsze w pierwszej kolejności myśli o drugim. Wydaje mi się, że to bardzo romantyczna historia, pełna czułości, ale właściwie Ptaszek, nie potrafiąc wyrazić do końca, co czuje, opowiada nam legendę o dwóch rycerzach, którzy byli sobie bardzo bliscy i to Henryk ma zdecydować, jakie nada jej znaczenie. Innymi słowy, marzy mi się taki piękny romans, pełen cierpienia i z często złym zakończeniem, a nie wychodzenie na piwo z jakimś losowym gościem, żeby potem z nim mieszkać i żyć spokojnym, udanym życiem.
Jeżeli nie czujecie tego romansu, to pozostaje Wam jeszcze harda i bardzo obdarzona przez naturę Katarzyna. Chłopcy zachowają swój bromans nietknięty, a ciemnowłosa piękność znajdzie szczęście w ramionach Henryka. Jednak ja bardziej czuję, że owa niewiasta ma lepszą chemię z Żiżką (chłop jest inspirowany postacią historyczną i poślubił w rzeczywistości Katarzynę Valois, po czym razem walczyli m.in. o wolność religijną w Czechach). Scena romansowa z nią jest na pewno mniej kameralna niż z Ptaszkiem, ale nie możemy pokazywać aż takiej nagości na stronie.
Ale celibat też jest opcją. Kto powiedział, że Henryk musi się w kimś kochać? Od biedy można skorzystać z dziewek z łaźni.

Gwiazdki śmierci
Chociaż może na pierwszy rzut oka tego nie widać, walka została usprawniona względem oryginału i jest nieco bardziej przystępna (jak mówiłam, mnie jedynka tym odstraszyła). W przypadku walki w bliskim zasięgu na przeciwniku wyświetla się „gwiazdka” oznaczająca kierunki naszego ataku/bloku. Starcia są dość wolne i wymagają skupienia i precyzji. O ile jeden przeciwnik nie jest dużym problemem, tak wejście w chociaż kilku może się odbić na naszym zdrowiu – tak, że umrzemy. Dlatego nie warto zgrywać największego kozaka w okolicy, bo nim zdecydowanie nie jesteśmy – szczególnie na początku gry.
Gdy nabierzemy dystansu, czyli wyjmiemy łuk albo kuszę, mimo dość dużej ilości zadawanych obrażeń, korzystanie z broni jest trudne. Przeładowuje się dość wolno, bardzo się chwiejemy i jeszcze te bełty nie trafiają w cel, jak po nieudanej imprezie. Z czasem możemy wykupić ulepszenia umiejętności, które ułatwiają zadanie, ale zaczynamy z niczym. A to praktyka sprawia, że stajemy się w czymś lepsi (jak w życiu). Dlatego nie nauczymy się niczego, jeżeli najpierw nie zrobimy tego bardzo wiele razy, nawet z mizernym skutkiem.

Cicho jak makiem zasiał
Skradanie, włamania, kradzieże i występek to istotna część Kingdom Come Deliverance II, ale ponieważ ja nie uznaję czynienia zła w grach, grzeszyłam w taki sposób bardzo rzadko i tylko na potrzeby tej recenzji. Zabawa w ninja nie jest szczególnie trudna nocą, ponieważ potencjalni wrogie mają swoje trasy do patrolowania, a do tego pochodnie, dzięki czemu dobrze ich widzimy i wiemy, kiedy widzą nas. Chyba, że śmierdzimy, wtedy strażnik może nas poczuć zanim nas zauważy. Gorzej się robi za dnia, gdy jesteśmy na widelcu, a do tego jeszcze przechodnie mogą zacząć się denerwować.
Czasami mamy ochotę przywłaszczyć sobie czyjąś własność, dlatego warto nosić zestaw małego włamywacza z wytrychami do zamków drzwiowych i skrzyniowych. Albo po prostu swoje dłonie, jeżeli lubicie dotykać worów innych ludzi. Mam na myśli sakiewki. W obu przypadkach czekają na nas dwie minigierki, po których dowiadujemy się, że delikwent posiada 13 groszy i zepsutą marchew. Ponownie, jeżeli chcemy być w tym dobrzy, musimy robić to często, a każde niepowodzenie grozi naskarżeniem strażnikom, złapaniem przez nich lub śmiercią, gdy ktoś się bardzo wkurzy.
Możemy w takiej sytuacji się dogadać, sypnąć groszem albo zbajerować kogoś naszą retoryką czy zastraszyć. Jeżeli się to nam nie uda, czekają nas różne rodzaje kar. Najprzyjemniejsza to zakucie w dyby (naprawdę, to najlepsze co nas spotka), za gorsze lub kolejne winy możemy zostać wychłostani, oznaczeni (czyli wypalą nam znak na szyi, że jesteśmy przestępcą) lub straceni. I koniec gry.
Aby miejscowa ludność, mimo że cały czas kradniemy im kapustę i buty, nas tolerowała, możemy kupić odpust lub, gdy lubimy odrobinę dramatyzmu, odprawić pokutną pielgrzymkę. Ale jeżeli nie lubicie łożyć na Kościół, pozostaje Wam być dobrym obywatelem i pomagać okolicznym mieszkańcom, wydawać pieniądze u handlarzy czy po prostu ZAPRZESTAĆ SWYCH GRZESZNYCH DZIAŁAŃ.

Każdy popełnia błędy
Zabugowanie tej gry mogę ocenić jako nieprzeszkadzające. Widziałam w Internecie nagrania „miękkiego Ptaszka”, ale mój stał zawsze i był skory do pomocy. Nie trafiały mi się rzeczy, które uniemożliwiały rozgrywkę, ale raczej uciążliwe drobiazgi wybijające z immersji. To postać wlazła w drugą, zawołałam konia, a on wybiegł z piętra wieży i tam utknął na schodach, pies zniknął, mimo że miał dużo przywiązania. Czasem jakoś dziwnie przyciągało mnie do wroga albo zacinał się dźwięk podczas dialogu. Mam wrażenie, że im dłużej grałam (chodzi mi o postęp całej rozgrywki), tym więcej bugów się pojawiało.
Mam pewne zastrzeżenia co do polskiego tłumaczenia. Z racji, że grałam po czesku, to nie wiem, na ile jest ono dokładne, ale nie do końca jest ono klimatyczne. Część przekleństw zdawała się ugrzeczniona, a gdy w dubbingu można było usłyszeć pieszczotliwe zdrobnienia, napisy pozostawały przy oficjalnych formach.

Najpiękniejsza z pięknych
Grafika jest niesamowicie piękna. Ponadto bardzo mnie cieszy, że ta gra wyszła w lutym, dzięki czemu mogłam zwiedzać te bajeczne czeskie lasy zamiast patrzeć na zimową polską szarugę (ja wiem, że w Czechach jest podobna pogoda, to nie o to chodzi). Pierwszy raz uważam, że grafika jest lepsza niż w prawdziwym świecie. Te krajobrazy pełne drzew, pagórków, traw, rzek i jakichś zabudowań w tle są niesamowite i sprawiają, że to chodzenie w tę i nazad po mapie, mimo że nic się nie dzieje, jest turboprzyjemne i się nie nudzi.
Postacie wyglądają bardzo dobrze – ładnie zaprojektowane i zaanimowane. Pot i krew na ich twarzach czy ubraniach błyszczy, wszystko wydaje się mieć taką prawdziwą fakturę. Chociaż średniowiecze zawsze się wydawało szarobure, to wszyscy istotniejsi bohaterowie się wyróżniają i nie sposób ich pomylić. Z daleka widzimy, że wśród jakiejś grupy wojaków jest nasz towarzysz, mimo że są ubrani w podobne zbroje.
Jednak jest jedna rzecz, która wygląda bardzo źle, ale nie widać tego z daleka. Są to kwiatuszki na polankach, które w rzeczywistości są „spritami” w 2D. Zakładam, że wybrano taką ścieżkę, żeby zbytnio nie obciążać naszych sprzętów do grania. Niemniej gdy się tego dopatrzycie z bliska, już tego nie odzobaczycie.

Bóg zapłać za ten tytuł. Kingdom Come Deliverance II – finalne wrażenia
Myślę, że jest to jedna z najlepszych gier, w jakie grałam w życiu. Pod względem reżyserii, mechanik, fabuły – jest to majstersztyk, który wciąga, pochłania i nie daje od siebie odejść. Nie oczekujmy jednak od tej produkcji tego, czym nie jest. To symulator średniowiecza, gdzie jesteśmy małym, stosunkowo słabym chłopaczkiem na posyłki, a nie gigakozakiem, który jednym sieknięciem miecza zabija smoka. Zresztą tu nawet nie ma smoków.
To spokojna gra z niesamowicie epicką historią, która eksperymentuje w bardzo przyjemny sposób z różnymi sposobami na rozgrywkę. Nowe zachwyty czy zwroty akcji pojawiają się w najlepszym możliwym momencie, przez co nie jesteśmy w stanie odpuścić rozgrywki, ciągle chcemy więcej tej przepysznej produkcji.
Recenzja Kingdom Come Deliverance II powstała dzięki uprzejmości wydawcy. Dziękujemy za zaufanie i kluczyk z grą!

