The Elder Scrolls V: Skyrim – czy po tylu latach nadal warto grać w tego klasyka od Bethesdy?

the elder scrolls skyrim czy warto grać

Jeśli nie boicie się dostać strzały w kolano, a walka ze smokami brzmi jak niedzielny relaksik, zastanówcie się razem ze mną, czy Skyrim to gra, w którą nadal warto grać i którą warto znać pomimo 10 lat od daty premiery.

Dekadę temu Bethesda pokazała światu swoje kolejne dziecko i jednocześnie rozszerzenie lubianego przez graczy uniwersum pradawnych zwojów. Skyrim, bo taki podtytuł otrzymała piąta odsłona serii The Elder Scrolls, urzekł graczy od samego początku. Twórcy pokusili się tym razem o pokazanie swojej wersji ludów północy i czerpiąc gdzieniegdzie z mitologii skandynawskiej, wrzucili nas w wir wydarzeń mocno związanych ze smokami, quasi-wikingami i nadal mocno rąbniętymi bóstwami. Powtórzyła się też złota zasada, która w klasycznej fantastyce jest mocno zakorzeniona – znowu musimy uratować ten biedny, ale piękny świat. Zero presji, wszystko spoko. Ale czy mimo dekady nadal warto grać w The Elder Scrolls V: Skyrim? A może lepiej dać sobie spokój z odgrzewanym kotletem, który za niedługo dostanie swój port nawet na kalkulator, który od czasów liceum leży gdzieś w czeluściach biurka? Zobaczmy!

Skyrim, wszędzie ten Skyrim

Nie jest zaskoczeniem (przynajmniej dla mnie), że Bethesda pokusiła się o wydanie kolejnej edycji tej samej gry. Branża growa nauczyła nas, że jeśli coś jest dobre, warto wydać to na tyle platform, ile tylko istnieje i przy okazji co jakiś czas dorzucać jakieś DLC. Przepis na sukces i kupę forsy murowany.

Jednak w przypadku piątej odsłony Skyrima nie tylko multiplatformowość zagwarantowała grze sukces. Jakkolwiek samego role playu jest tutaj niewiele (z RPG zostało nam samo G), tak otrzymaliśmy mnogość genialnych postaci, ciekawe historie i niesamowicie przyjemny, surowy północny klimat. A jeśli jeszcze podrasujemy sobie grę modami… O, panie… Lolkontent i memiczność murowana. Choć tego nie brakuje też w waniliowym Skyrimie

skyrim czy warto grać

Gdzie deweloper nie może, tam moder ogarnie

Społeczność osób zajmujących się tworzeniem modyfikacji do gier rozrasta się w takim tempie, jak u nas podnoszą podatki. Gdybyście weszli teraz na platformę Nexusmods i wpisali w pole wyszukiwania nazwę naszej gry, dostalibyście listę tysięcy modów. I to takich, których nawet nie wiedzieliście, że ich potrzebujecie. Czy to zaangażowanie nie jest dowodem na to, że w dziesięcioletnie TES V: Skyrim nadal warto grać?

Mody kojarzą się głównie z jakimiś poprawkami względem waniliowej wersji gry. Często opierają się na podrasowaniu grafiki, dodaniu głębi, zmianie fryzury czy ubrania bohatera/bohaterów. W przypadku Skyrima moderzy poszli o kilka kroków dalej. W sumie to o kilka lat do przodu względem Bethesdy, która od wydania Skyrima w 2011 roku dała nam tylko trzy oficjalne DLC. A co dali nam moderzy?

inigo skyrim czy warto grać

Masę kontentu i rzeszę towarzyszy. Te dwa aspekty są dla mnie zdecydowanie najważniejsze z prostego powodu – jeśli znudzą mi się typowe skyrimowe questy, instaluję sobie dodatkowe misje i mody, które dodają mi całkiem nowe lokacje (np. Brumę znajdującą się po stronie Cyrodill), czy wrzucam do gry innych towarzyszy, gdy ciapowatość Lydii po raz setny doprowadzi mnie do szału. Ja wiem, że Lydia jest memem sama w sobie, ale ileż można oglądać, jak ta towarzyszka zabija się na głupim kamieniu? 

skyrim czy warto grać mem

(źródło: Pinterest)

W sumie to wiele razy, ale jeśli mogę sobie wybrać przydupasa, który będzie przy okazji moim tragarzem, zdecydowanie wolę Inigo czy Luciena aka Lucka, który jest taką bethesdową wersją netflixowego Jaskra. Serio. Koleś jest bardem i w trakcie podróży śpiewa naprawdę słabe piosenki. 

Uwielbiam go.

skyrim czy warto grać

A jak wygląda sytuacja z tym contentem? 

Oficjalny dodatek, Hearthfire, umożliwił nam kupienie czy wybudowanie sobie domów. Tak, użyłam liczby mnogiej, bo dlaczego mamy mieć tylko jeden, skoro można więcej? I to dużo więcej, ponieważ na Nexusmods mamy do wyboru setki stworzonych przez fanów nieruchomości. Podczas któregoś tam z rzędu ogrywania Skyrima pokusiłam się nawet o zamek. Co lepsze, wokół niego była stworzona cała otoczka fabularna i nim ten budynek posiadłam, musiałam rozwikłać pewną zagadkę i zabić zjawę. A potem przez kolejne kilkanaście godzin ciułałam hajsy, aby odrestaurować każdą komnatę, wieżę (bez królewny Fiony) i tak dalej. Następnie postanowiłam zaadoptować dziecko. Dwoje. Tak serio to siódemkę dzieciaków. Potem oddelegowałam kilku zmodowanych towarzyszy do siedzenia w domu z moimi pociechami, zaś ja wróciłam do hasania po groźnym, mroźnym świecie. No normalnie matka roku.

Pokusiłam się też kiedyś o wrzucenie do gry pewnej misji w dwemerskich ruinach (jak ja ich nienawidzę!), której przez wiele godzin nie mogłam przejść, ponieważ stworzona tam historia była zapętlona i musiałam znaleźć coś, co mogłoby ten schemat złamać. Strasznie mamrotałam pod nosem na tego questa, aczkolwiek teraz wspominam go z pewnym rozrzewnieniem. Fajnie było. Nie wrócę tam nigdy. Ale za to zainstaluję kolejne mody z jeszcze bardziej porąbanymi misjami, ponieważ właśnie to robię z piątym TES. Moduję i mam z tego tonę zabawy. I drugą tonę przekleństw. Te zwykle rodzą się tam, gdzie pobrane z Nexusa paczki wchodzą ze sobą w konflikt. Czy warto zatem ściągać te wszystkie pliki, odświeżać, grać i szwędać się po toczonym wojną domową Skyrim? Zdecydowanie tak.

Pomocy, zamarzam!

Waniliowy Skyrim nie ma w sobie za grosz ducha survivalu, ale na całe szczęście dzięki kilku modyfikacjom nie dość, że wybierzemy sobie inny początek gry, to jeszcze zmarznie nam dupa, jeśli sobie nie rozpalimy ogniska. Brzmi kozacko, prawda? A jeśli byłoby nam mało tego typu atrakcji, kilka innych modów zadba o to, byśmy nie zapominali nakarmić i napoić Smoczego Dziecięcia. W sensie nas. Dodajmy jeszcze do tego opcję rozbijania obozu i zbierania drewna oraz zarządzanie ubiorem/pancerzem pod kątem ciepła, a otrzymamy survival pełną gębą. 

A jeśli całkiem przypadkiem wpadniemy do pobliskiego strumyczka i zmoczymy swój z trudem zdobyty nowy kubraczek, czym prędzej musimy znaleźć miejsce na ognisko i je rozpalić. Jeśli za bardzo będziemy się guzdrać, dostaniemy takie obrażenia z powodu hipotermii, że lepiej już dać się zeżreć smokowi. Serio, mniej punktów zdrowia odbierze nam latający gad niż odmarznięty zadek

skyrim czy warto grać

No to warto czy nie warto grać TES V: Skyrim? 

Warto. I w sumie na tym mogłabym zakończyć ten akapit, ale uważam, że trzeba na odchodne wspomnieć jeszcze o kilku kwestiach. Przede wszystkim te wszystkie cuda-wianki nie byłyby możliwe bez wyjątkowo przyjemnego do modyfikowania silnika gry. Ponadto produkcja Bethesdy wyznaczyła swoisty złoty standard konstrukcji otwartych światów i stała się benchmarkiem dla tytułów tego typu. 

Biada temu, kto zapomni o cudownej ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Jeremy’ego Soule’a. Faktem jest, że nawet jeśli ktoś nie grał w Skyrima, kojarzy główny motyw muzyczny z tej gry. A także…

Z racji, że nie wiemy, kiedy nastąpi premiera szóstej części Pradawnych Zwojów (ale na pewno kiedyś to nastąpi!), nie pozostaje nam nic innego jak uprzyjemniać sobie coraz krótsze dni i coraz dłuższe wieczory rozgrywką w Skyrima. I nawet jeśli modowanie nie jest dla Was, waniliowe przygody Dragonborna są przyjemną odskocznią od trudów codziennego życia. Tam nie będzie nachodził nikogo żaden komornik. Co najwyżej nad naszym domem pojawi się smok i spróbuje nas zjeść. 

Jak najpewniej wiecie, dzisiaj premierę ma najnowsze wydanie omawianej gry – Anniversary Edition. Wszystko byłoby wręcz idealne, gdyby nie to, że najpewniej wspomniane przeze mnie wyżej modyfikacje mogą nie być z nią kompatybilne. Dlatego nim w swoim czasie nabazgram tutaj, co fajnego w tej edycji jest, pozwolę społeczności fanów zweryfikować te podejrzenia. A póki co idę pograć w Legendary Edition, ponieważ dawno nie włóczyłam się po dwemerskich ruinach, których tak bardzo nienawidzę.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry