Archeologia stosowana. Tomb Raider IV-VI Remastered – recenzja gry

Powroty do sentymentalnych gier bywają trudne – zarówno pod kątem technicznym, jak i emocjonalnym. Na szczęście odświeżone klasyki pokazują, że wcale nie musi tak być. Przed Wami recenzja gry Tomb Raider IV-VI Remastered.

Rok temu na rynku pojawiły się remastery trzech pierwszych Tomb Raiderów, które fani przyjęli z zachwytem. Aspyr nie spoczął na laurach i 14 lutego 2025 oddał w nasze ręce kolejny pakiet odświeżonych gier. Tym razem padło na czwartą, piątą i szóstą część przygód Lary Croft. Czy po tylu latach warto wrócić do tych klasycznych tytułów? Moja recenzja Tomb Raider IV-VI Remastered odpowie na to pytanie.

Kolaż zdjęć z gry Tomb Raider IV-VI Remastered. Po lewo widać Larę Croft z czwartej części serii, jest w trakcie skoku, w dłoniach trzyma pistolety. Na środku widnieje Lara z piątej części serii, jest ubrana w szary kostium przykrywający całe ciało. Celuje pistoletem w stronę kamery. Z prawej strony widać Larę z szóstej części serii - skrada się tuż przy ścianie, z lewej strony widać fragment lasera.

Królowa nostalgii i obcisłych szortów

Będziemy się przyglądać serii, która korzeniami sięga do lat 90. ubiegłego wieku. Pierwszą część przygód panny Croft ujrzeliśmy w 1996 roku. Główna bohaterka – pewna siebie i sprytna archeolożka – podbiła wtedy serca graczy. Nic więc dziwnego, że doczekaliśmy się licznych kontynuacji, a po latach także remasterów klasycznych części. Recenzję pierwszych trzech odświeżonych Tomb Raiderów możecie przeczytać tutaj. Ja wezmę na tapet The Last Revelation, Chronicles oraz The Angel of Darkness – czyli IV, V i VI część.

Choć z najnowszymi odsłonami serii jest mi nie po drodze, to słynna pani archeolog regularnie gości na moim monitorze. Prawie wszystkie klasyczne części ograłam przynajmniej kilka razy, a niektóre poziomy mam już na stałe wygrawerowane w umyśle. Pomimo licznych wad kocham je miłością bezwarunkową, choć trudną. Czuję potrzebę, żeby wspomnieć o tym na samym wstępie, bo będzie tu mowa o grach, które swoje premiery miały kolejno w 1999, 2000 i 2003 roku. To tytuły wiekowe, dla wielu osób kultowe i wywołujące niekontrolowane fale nostalgii.

Zrzut ekranu z gry Tomb Raider IV-VI Remastered. Widnieje na nim młoda Lara Croft, dookoła widać krajobraz kambodżańskiej świątyni Angkor Wat. Z rzeźby w kształcie ludzkiej głowy wylewa się wodospad. Nad głową Lary widać rozłożyste drzewa.

Jak to jest okradać grobowce, dobrze?

Ja przywitałam te remastery jak starego przyjaciela, więc niełatwo jest mi wejść w buty osoby, która nigdy nie miała do czynienia z klasycznymi Tomb Raiderami. Przez lata powtarzałam, że to jedne z moich ulubionych gier, ale nikomu ich nie polecę z bardzo prostej przyczyny – sterowanie jest archaiczne, a gameplay nieszczególnie angażujący dla przeciętnego współczesnego gracza. Czy odświeżone wersje coś w tym zakresie zmieniły?

W pewnym sensie tak. Remastery oferują przede wszystkim usprawnione sterowanie, które sprawia, że rozgrywka jest przystępniejsza. Wypada ono szczególnie dobrze na padzie – w porównaniu z oryginałem jest znacznie bardziej wygodne i intuicyjne. Niektóre manewry stały się dzięki niemu dużo łatwiejsze – zwłaszcza te, które w oryginalnym sterowaniu wymagają wciskania kilku przycisków jednocześnie. Larą dalej gra się jak czołgiem, ale to taki czołg premium, którym można względnie swobodnie skręcać. Nie było i zapewne nie będzie lepszej okazji, żeby wrócić do klasycznych Tomb Raiderówco nie znaczy, że powinniście się przygotowywać na lekką i przyjemną przygodę.

Zrzut ekranu z gry. W centrum jest Lara Croft, uchwycona w trakcie skoku. Ma gniewną minę, w dłoniach trzyma dwa pistolety. Za nią widać egipski krajobraz.

To trudniejsze niż się wydaje

Granie w te tytuły to dalej pod wieloma względami archeologia stosowana. Trzeba się nastawić na doświadczenie dość bezwzględne. Nie ma autozapisów, więc jeśli się nie przypilnujecie, możecie być zmuszeni do powtarzania długich sekwencji. Na szczęście i tutaj sprawa została nieco ułatwiona – wprowadzono quicksave’y, których nie było w oryginałach. Żeby nie było zbyt różowo, ostatni szybki zapis zawsze nadpisuje poprzedni, więc i tak trzeba mieć się na baczności. Albo przynajmniej co jakiś czas robić ręczne zapisy, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku.

Skoki wymagają precyzji, której trzeba się najpierw nauczyć. To, co we współczesnych grach jest zupełnie zwyczajną czynnością, tutaj bywa wyzwaniem. Jeśli myśleliście, że huśtanie się na linie to całkiem prosta sprawa, to już Wam mówię, że wcale nie. W oryginale na klawiaturze ten ruch wymagał trzymania ukośnika, controla i alta – i weź tu pamiętaj, który przycisk można puścić, a który trzeba przytrzymać! Na nowoczesnym sterowaniu gra się oczywiście nieco łatwiej, ale dalej można się spodziewać rozgrywki rodem z lat 90. Warto mieć to wszystko na uwadze zanim sięgniecie po Tomb Raider IV-VI Remastered. Te tytuły odświeżono, ale ich specyficzna surowość została zachowana – co może być dla niektórych wadą, a dla innych zaletą.

Zrzut ekranu z gry. Wnętrze świątyni, na ścianach widać egipskie hieroglify. Dookoła panuje mrok, tylko w centrum ekranu widać tlący się ogień, który zakrywa sylwetka Lary Croft.

Surowe piękno lat 90.

Jeśli jesteście gotowi na odrobinę staroszkolnej toporności, to przed Wami naprawdę klimatyczna przygoda. The Last Revelation – czyli „czwórka” – zabierze Was w podróż do Kambodży i Egiptu, przy czym ta pierwsza lokacja jest tu raczej przystawką, a ta druga daniem głównym. Sercem gier z Larą w roli głównej zawsze były dla mnie grobowce i starożytne ruiny, a tu jest ich całe mnóstwo. Nic więc dziwnego, że to właśnie tę część uważam za najbardziej udaną. Odświeżone lokacje prezentują się świetnie, między innymi dzięki lepszym teksturom i trójwymiarowej roślinności, która ożywia puste niegdyś poziomy.

Wciąż widać, że otoczenie było projektowane w bardzo specyficzny sposób i większość elementów na mapie jest zbudowana z prostych bloków. Gra zachowała dzięki temu swój unikalny urok, a jednocześnie dzięki estetycznym poprawkom prezentuje się o niebo lepiej niż w oryginale. Dodano również zupełnie nowe modele postaci. Nie są przesadnie realistyczne ani też nadmiernie stylizowane, więc nie wywołują poczucia uncanny valley, o co przy tego typu grafice jest dość łatwo. A jeśli zamarzy Wam się ujrzeć kartoflowatą twarz oryginalnej panny Croft, to bez obaw! Można swobodnie przełączać się między nową i klasyczną oprawą.

Porównanie dwóch zrzutów ekranów z gry Tomb Raider IV-VI Remastered. Na obu widać egipski krajobraz - wejście do świątyni z posągami boga Seta po obu stronach. Z lewej strony widać oryginalną grafikę z czwartej części gry, wydanej w 1999 roku. Modele są zbudowane z prostych brył, tekstury są rozpikselizowane, a oświetlenie ciepłe i ostre. Po prawej stronie widać zremasterowaną grafikę - modele mają znacznie więcej szczegółów, są zrobione z dużą dbałością o szczegóły. Tekstury są w wysokiej jakości. Oświetlenie jest chłodniejsze i bardziej klimatyczne.

Chleb powszedni przeciętnego archeologa

Tak, jak w przypadku poprzedniej paczki remasterów, dodano tu tryb fotograficzny. Ta wiadomość powinna Was zainteresować, nawet jeśli nie zamierzacie uwieczniać Lary na zdjęciach. Za jego pomocą można bowiem obejrzeć okoliczne lokacje bez konieczności narażania się na szwank. Koniec z rozpaczliwym poszukiwaniem wyjść z zalanych tuneli albo błądzeniem po labiryntach pełnych pułapek. Teraz wszystko można rozpracować z bezpiecznej odległości. No chyba, że wolicie po staremu – tu trochę się podtopić, tam nadziać na kolce. Nie oceniam, też lubię.

Pod kątem rozgrywki to dalej stary, dobry Tomb Raider. Lara ma oczywiście do dyspozycji swoje nieśmiertelne pistolety z nieograniczoną amunicją oraz cały arsenał innych broni. Robi wszystko to, co każdy szanujący się archeolog: skacze przez rozpadliny, wywija salta w powietrzu, czołga się przez piaski pustyni i sprintem biega między śmiercionośnymi ostrzami. Nowością jest wspomniane już skakanie po linach – to pierwsza część, w której dostajemy taką możliwość. Dodano także kilka ruchów, które usprawniają wychodzenie z ciasnych przestrzeni i wspinaczkę po krawędziach.

Na zdjęciu widnieje Lara Croft. Siedzi na podłodze w egipskim grobowcu, dookoła panuje półmrok. Uśmiecha się i puszcza oczko do kamery.

Nie tylko grobowce, skamieliny i dzicz

Jeśli wszystko, co napisałam powyżej, brzmi dla Was dobrze, ale Egipt to niekoniecznie Wasze klimaty, to jeszcze nie wszystko stracone. Piąta część przygód Lary, czyli Tomb Raider: Chronicles, to zbiór czterech krótkich historii z różnych etapów życia naszej bohaterki. Lokacje są tu zdecydowanie bardziej różnorodne niż w czwartej odsłonie serii. Zwiedzicie kolejno Rzym, wybrzeże Rosji, wyspę nieopodal Irlandii oraz nowojorski wieżowiec. Niektóre poziomy są wyjątkowo niepokojące, więc przygotujcie się na rozgrywkę z dreszczykiem.

W kwestii gameplayu zostaje tu zaserwowane w zasadzie wszystko to, co w „czwórce”, z drobnymi zmianami. Chronicles wprowadza na przykład możliwość chodzenia po linie, ale nieszczególnie często korzysta z tej mechaniki. Gra jest też zdecydowanie krótsza od poprzedniczki i nieco mniej złożona. Zrezygnowano tu z półotwartych poziomów, między którymi można się swobodnie poruszać, a także z pojazdów, które były obecne w The Last Revelation.

Zrzut ekranu z gry Tomb Raider IV-VI Remastered. Widnieje na nim podwodny krajobraz. Wszystko jest w niebieskich, chłodnych barwach, dookoła widać wzniesienia i glony. W tle widać postać płynącą przed siebie.

Nie mogę powiedzieć, żebym była z tych zmian szczególnie niezadowolona. Poruszanie się pojazdami zawsze było dla mnie niewygodne i niepotrzebne w tej serii. Z kolei backtracking w lokacjach potrafił nieźle skołować i wprowadzał duży zamęt. Przyznaję jednak, że było to jakiegoś rodzaju urozmaicenie, na które patrzyłam z lekką tęsknotą grając w „piątkę”. Nie uważam jej za szczególnie złą część, ale przy „czwórce” wydaje się po prostu okrojona i monotonna. Zagadki również są tu mocno uproszczone i nie wykorzystują w pełni możliwości silnika.

Gra, która miała być przełomem

Ostatnia gra, która wchodzi w skład Tomb Raider IV-VI Remastered, to najbardziej kontrowersyjna odsłona serii. Angel of Darkness słynie ze swojego mrocznego klimatu i burzliwego procesu produkcyjnego. Gdy powstawała, obiecywano „grę nowej generacji” i dostosowanie nieco przestarzałej już rozgrywki do nowych technologii. Niestety, prace nad nią były usłane problemami i końcowy produkt znacznie odbiegał od oczekiwań graczy.

Czy remaster jest w stanie uratować grę, która przez wielu fanów jest uważana za najgorszą część serii? Mam co do tego mieszane uczucia. Odświeżono sterowanie, które w Angel of Darkness zawsze było dla mnie największym koszmarem. Po „czwórce” i „piątce” wydawało mi się ono dziwnie obce i nieprzystępne. Twórcy chcieli tu umożliwić poruszanie się przy pomocy myszy, co nigdy wcześniej nie było możliwe. Poskutkowało to absolutnie bezbożnym amalgamatem tank controls ze sterowaniem charakterystycznym dla produkcji wczesnych lat dwutysięcznych. Remastery przychodzą tu z pomocą i upłynniają ruchy panny Croft, ale czuć, że pod spodem to wciąż niesamowicie siermiężny tytuł.

Zrzut ekranu z gry. Widnieje na nim Lara Croft, skrada się tuż przy ścianie. Jest w pomieszczeniu, które wygląda jak wnętrze muzeum. Po lewej stronie widać lasery, których bohaterka próbuje uniknąć.

Albo rozgrywka, albo rozrywka

Co tu dużo mówić – jest lepiej, ale nie jest idealnie. Współczesne sterowanie umożliwia kontrolowanie ruchów Lary przy pomocy lewej gałki kontrolera. Dla przypomnienia – w oryginale ruszanie gałką na boki skutkowało obracaniem się postaci w miejscu. Jak się domyślacie, taka zmiana to spore ułatwienie, zwłaszcza w przypadku potyczek wymagających sprawnego robienia uników lub segmentów parkourowych. Niestety, rozgrywka dalej niewiele ma tu wspólnego z przyjemnością.

Nie dość, że Lara nie jest szczególnie responsywna, to jej ruchy są znacznie mniej precyzyjne niż w poprzednich częściach. Szczególnie odczuwalne jest to w sekwencjach zręcznościowych i bardziej rozbudowanych starciach z przeciwnikami. Można odnieść wrażenie, że ta gra to w głównej mierze walka z wrogo nastawionym sterowaniem. Ma na siebie bardzo interesujący pomysł i klimat, którego na próżno szukać w pozostałych częściach serii, ale te zalety giną w obliczu nieprzyjemnego gameplayu.

Zrzut ekranu z gry Tomb Raider IV-VI Remastered. W tle widać brudne ulice Paryża. Na środku stoi Lara Croft, ubrana w dżinsowy komplet.

Potencjał, który nie miał szansy się ziścić

Pod kątem wizualnym Angel of Darkness wypada niestety najsłabiej. Bez wątpienia najmniej potrzebował gruntownego odświeżenia graficznego, bo zestarzał się znacznie bardziej godnie niż poprzednie części. Mimo wszystko wydaje się, że potraktowano go po macoszemu – zmieniło się tu niewiele. Tekstury zostały wygładzone i prezentują się schludniej niż w oryginale, co czasem sprawia, że lokacje wydają się mniej wyraziste. Niektóre modele pięknie odświeżono – Lara i Kurtis wyglądają doskonale, za to mniej istotne postaci… pozostały bez zmian. Gra momentami jest po prostu estetycznie niespójna. Nasza protagonistka wygląda jakby ją Michał Anioł dłutem haratał, a jej rozmówcy utknęli w 2003 roku. Niezręcznie.

Polecam tę część przede wszystkim tym, którzy chcą zobaczyć, jak przez lata zmieniała się kultowa seria gier. W końcu Tomb Raidery to absolutna klasyka i warto się z nią zapoznać, chociażby pobieżnie. Jeśli już uda Wam się z tą częścią oswoić, to być może ujrzycie to, co Angel of Darkness ma do zaoferowania i czym mogłoby być, gdyby było mu dane rozwinąć skrzydła. Po raz pierwszy w historii serii mamy tu wybory dialogowe i mechanikę stopniowego przyrostu siły naszej bohaterki. I jedno i drugie zostało dość mocno okrojone, ale sama idea jest co najmniej interesująca. Remastery oferują również część zawartości, która w oryginalnej wersji gry została usunięta. Dzięki temu możemy zobaczyć między innymi zupełnie nową sekcję tutorialową. Udało się przywrócić stosunkowo niewielką część wyciętych fragmentów, ale to i tak pewnego rodzaju powiew świeżości i przyjemne urozmaicenie.

Na screenie widnieje postać kobiety. Jej model jest wyraźnie gorszej jakości niż te, które można było zobaczyć na poprzednich zrzutach ekranu. Jest zbudowany z prostych brył, a tekstury są niskiej jakości, lekko rozmyte.

Warto czy nie? Tomb Raider IV-VI Remastered finalne wrażenia z gry

Mam nadzieję, że ta recenzja Tomb Raider IV-VI Remastered przesadnie Was nie zniechęciła. Nie chciałabym Wam tych tytułów odradzać – wręcz przeciwnie. To solidna paczka gier, które odcisnęły wielki ślad na popkulturze. W odświeżonej formie prezentują się lepiej niż kiedykolwiek, a nowoczesne sterowanie dało im drugie życie. Warto skorzystać z okazji i sięgnąć po klasykę, która prawdopodobnie nigdy nie będzie bardziej przystępna.

Wszystkie trzy omówione tu produkcje mogą dać Wam dużo radości. Jeśli znacie i lubicie stare Tomb Raidery, to prawdopodobnie będziecie się przy nich świetnie bawić i docenicie wszystkie drobne zmiany. Jeżeli zamierzacie grać po raz pierwszy, to przy odpowiednim nastawieniu przeżyjecie świetną przygodę i odkryjecie kawał growej historii. Głęboko wierzę, że adekwatne oczekiwania potrafią zdziałać cuda, dlatego staram się przedstawić Wam te gry takimi, jakie są. A są reliktem przeszłości, który warto docenić.

Recenzja Tomb Raider IV-VI Remastered powstała dzięki uprzejmości Aspyr. Dziękujemy za zaufanie!

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights