W radioaktywnej zieleni jest mi do twarzy! Endzone: A World Apart – recenzja gry

Endzone A World Apart recenzja gry, widok na postapokaliptyczną osadę

Czy budowanie nowego świata może być łatwe i przyjemne? Otóż nie. Endzone: A World Apart jest jednym z najtrudniejszych city builderów, w jakie grałam, a niniejsza recenzja wyjaśni Wam, dlaczego.

Na wstępie warto się zastanowić: czy istnieją proste city buildery? Większość z nich opiera się na tym samym schemacie. Dostajemy spłachetek wątpliwej jakości ziemi do uprawy oraz władamy garstką ludzi. Każdorazowo czas i pory roku działają na naszą niekorzyść, a najmniejszy błąd może nas kosztować życie całej kolonii. Oj tak. Gdy powstawała ta recenzja, przypadkowo uśmierciłam dziesiątki wirtualnych osadników, Endzone: A World Apart nie wybacza błędów. Co wyniknęło z ich poświęcenia? Czy mogę wnioskować, że moje plany dotyczące stania się cesarzową wszechświata już teraz spaliły na panewce? Że nie potrafię ogarnąć kawałka świata z tymczasowymi problemami?

Gra Endzone: A World Apart powstała dzięki niemieckiemu studiu Gentlymad, a za jej wydanie były odpowiedzialne Assemble Entertainment oraz WhisperGames. Produkcja została udostępniona graczom we wczesnym dostępie już w 2020 roku, a premiera odbyła się 18 marca 2021 roku. Koniec października przyniósł ze sobą płatne DLC o podtytule Prosperity, a zaledwie tydzień później bezpłatne DLC Halloween. Jak widzicie, nie było szansy, żebym się nudziła podczas rozgrywki! Tylko jak daleko udało mi się zajść? Jesteście gotowi, aby wkroczyć do świata pełnego radioaktywnych opadów, gdzie przetrwają tylko najsilniejsi? Tak wiele pytań, a to dopiero wstęp!

Endzone: A World Apart Prosperoty, recenzja gry, widok na ekran ładowania, zniszczony budynek szpitala

Wprowadzenie pełną gębą!

Pierwsze skojarzenia, które nasunęły mi się podczas gry, dotyczyły Banished, tytułu, przy którym spędziłam wiele godzin kilka lat temu. Garstka osadników zostaje umieszczona w nieprzyjaznym świecie, który gracz musi stopniowo oswoić. Ograniczona liczba zasobów, szybko zmieniająca się pogoda, małe zbiory. Klasyczny początek każdej z gier opartych na surwiwalu. Tutaj dodatkowo musimy się liczyć z opadami radioaktywnego deszczu, burzami piaskowymi i suszą. Od czasu do czasu możemy także przeżyć atak najeźdźców. Trochę taki Mad Max, ale bez głosu Tiny Turner w tle.

Endzone: A World Apart widok na mapę z początku gry

Endzone: A World Apart zdaje się czerpać wszystko, co najlepsze, ze wspomnianej wcześniej produkcji, o czym przekona Was niniejsza recenzja. Natomiast tym, co zdecydowanie odróżnia go od wszelkich znanych mi city builderów, jest samouczek. Warto poświęcić na niego tych kilka godzin, ponieważ szczegółowo wprowadza w mechanikę rozgrywki. Dosłownie prowadzi krok po kroku przez wszystkie budynki, udogodnienia, wydarzenia. Pozwala przyzwyczaić się do tego mikrozarządzania, które jest tak ważne. Dodatkowo gracze otrzymali do dyspozycji Survival Guide, czyli zbiór podpowiedzi dotyczących mechaniki oraz dostępnych budowli.

Endzone: A World Apart okno Survival Guide, w którym spisane są informacje o rozgrywce i dostępnych budynkach

Tym, co szalenie mi się podoba, jest sieć odnośników, która pozwala z różnych poziomów przenosić się do okna poradnika. Aktywne elementy mają inny kolor, dzięki czemu wiemy, że możemy sprawdzać poszczególne zagadnienia w prosty sposób. Z czasem nie jest to aż tak potrzebne, ale na początku, przy mnóstwie dostępnych akcji, bardzo się przydaje. Także każdy budynek posiada czytelny opis, który wspomaga naukę działania łańcuchów produkcyjnych. Ułatwia to początkowe fazy rozgrywki, ale wcale nie sprawia, że gra staje się przez to dużo prostsza. To jak wygląda powstawanie osady?

Endzone: A World Apart recenzja gry, widok na początek samouczka

Zbudujemy razem nowy świat!

Po rzucie okiem na samouczek postanowiłam spróbować swoich sił w trybie gry dowolnej. Początki zawsze są fajne, wszystko jest takie zaplanowane! Oczywiście osobna strefa na domki mieszkalne. Pięknie ustawione w rządku, każdy z miejscem pod przyszłe ulice. Dalej! Strefa przemysłowa, strefa zbierania zasobów, pole uprawne, sad na później (bo drzewa przecież długo rosną). Czas odmierzany sezonami płynie niezauważalnie, do momentu aż pojawiają się pierwsze kryzysy. Susza. I zonk – zbiornik wodny wysechł, a ja za mało robotników zatrudniłam w charakterze nosiwodów.

Endzone: A World Apart recenzja, susza, pusty zbiornik wody

Ok, naprawimy to. Kolejne sezony są już trochę lepsze, gospodarka wodna się ustabilizowała. Ale, ale! Mieszkańcy sygnalizują, że nie mają gdzie mieszkać! No to jazda, budujemy im domki. Wprowadzają się, wszyscy są szczęśliwi, mnożą się. Z czasem stawiam także szkołę, gdzie dzieci mogą się uczyć, jak zostać produktywnym członkiem społeczeństwa. I niestety – nagle zaczyna brakować odzieży ochronnej! Wzrost populacji sprawił, że wzrosło także zużycie podstawowych materiałów, a to z kolei doprowadziło do chwilowego zadławienia się łańcucha produkcyjnego.

Endzone: A World Apart recenzja, widok na osadę, dziki na polu uprawnym, brak narzędzi i odzieży ochronnej.

Myślicie, że udało mi się wszystko naprawić? Chwilowo tak, ale było to tylko złudzenie. Szybki przyrost naturalny spowodował zwiększoną konsumpcję podstawowych zasobów. Susza i brak systemów nawadniających sprawiły, że nie miałam, czym nakarmić ludków. Za chwilę się zaczęło – zgon za zgonem. Dopiero co postawiłam cmentarz, wcześniej nie był potrzebny, bo po co? Tym samym nie udało mi się niczego odzyskać od denatów. Czy wspominałam, że w międzyczasie odeszłam od komputera dosłownie na pół godzinki? Tak. Zrobiłam to. I WTEDY PRZYSZEDŁ NIEPOWSTRZYMANY KRYZYS. Pamiętajcie! To pańskie oko konia tuczy.

Endzone: A World Apart recenzja, widok na cmentarz, noc, w powietrzu latają lampiony.

Myślicie, że nie można się jarać statystykami i innymi filtrami?

Można! To jedno z moich ulubionych miejsc w każdej grze strategicznej, ekonomicznej czy właśnie surwiwalowej łączącej ich elementy. Tutaj nie było inaczej! Liczebność populacji, dostępne zasoby i inne pozornie nieprzydatne informacje. Każda z nich pozwalała dostosować działanie mojego powstającego imperium… znaczy się miasta do aktualnego zapotrzebowania. Pewne wskaźniki po prostu należy kontrolować, inaczej któregoś dnia świt powita nas pustą osadą. Oj tak, mówiąc wprost – nawet płodność osadników należy sprawdzać i zestawiać sobie z wiekiem całej populacji. Niestety, ale bez kontroli narodzin nie będziemy mogli odbudować świata! Twórcy Endzone: A World Apart pokusili się nawet o całe mnóstwo wykresów, które w czytelny sposób pokażą najistotniejsze kwestie. Wszyscy do reprodukcji!

Endzone: A World Apart recenzja gry, widok na okno statystyk populacji.

Interfejs użytkownika został wyposażony w dodatkowe filtry ułatwiające orientację w warunkach terenu. Jednym z najważniejszych jest wskaźnik napromieniowania. Opad radioaktywny wpływa na wszystko: na ludzi, wodę, żywność. Każdorazowo należy brać go pod uwagę przy planowaniu działań i mieć świadomość, że jest zabójczy. Jednym z ważniejszych zadań jest ochrona przed zgubnym wpływem promieniowania. Bieżące zaspokajanie potrzeb ubraniowych mieszkańców jest jednym z kluczowych działań dobrego zarządcy, a nie jest to takie proste. Kombinezony wymagają kilku różnych surowców, ale są trwalsze niż zwykłe chusty na twarz.

Endzone: A World Apart, widok na mapę przy włączonym wskaźniku promieniowania.

Z czasem nasza osada staje się coraz bardziej zasobochłonna. Wymaga to zwiększenia sieci produkcyjnych, bo koniec końców każdego trzeba ubrać, nakarmić, wyposażyć w narzędzia. Sieci energetyczne pozwalają o wiele szybciej rozwinąć osadę, ale – oczywiście – trzeba najpierw mieć na wszystko surowce. Okazuje się, że wcale nie tak łatwo pozyskać odpowiednią ilość metalu i drewna, wszystko żre zapasy jak szalone.

Endzone: A World Apart widok na włączony wskaźnik sieci energetycznej.

Zachwyty zachwytami, ale recenzja to recenzja, a Endzone: A World Apart ma też swoje za uszami…

No to czym mi podpadł ten zacny tytuł? A niekończącym się oczekiwaniem.

Momentami nawet przyśpieszenie czasu nie pomagało na wkradające się znużenie. Mimo że w grze plusy przeważają nad minusami, to czasami nie mogłam nie zacząć odpływać myślami gdzie indziej (i przełączać między oknami w komputerze). Robotnicy zbyt długo pozyskują surowce? A sprawdzę sobie pocztę! Idą po ten złom i idą? Hm, może szybka aktualizacja na facebookowej grupie Gram jak baba. No dobra, widzę, że nie poszli po ten złom, bo nagle się skończył. A ja tego wcześniej nie zauważyłam. Do tego źle wytyczyłam ścieżki, którymi poruszają się robotnicy i wszędzie mają daleko. O! A co to znowu na czerwono się świeci? Ech… Jedzenie się skończyło…

Endzone: A World Apart, widok na podgląd ścieżki, jaką porusza się robotnik.

Komunikaty, zapytacie? Gdzieś tam były, tylko ukryte w zakładkach, bo nie chciało mi się nimi zaśmiecać ekranu. Dodatkowo z czasem tyle się dzieje w osadzie, która stopniowo rozrasta się w porządne miasto, że nie sposób nadążyć za wszystkimi znacznikami. Wiem, wiem – o to chodzi w tego typu grach. Zarządzanie i skupianie się na rozdzielaniu zadań. Tylko zapodział mi się gdzieś tutaj moment oddechu i czasu na ten właściwy chill. Kryzys poganiał kryzys albo nuda poganiała nudę – zależnie od ustawionej prędkości rozgrywki. I tak na zmianę. Troszkę brakło mi balansu.

Endzone: A World Apart, widok na osadę, przyśpieszone tempo gry.

Ciekawym udogodnieniem dla poszukiwaczy przygód mogą być ekspedycje, podczas których eksplorujemy pozostałości ludzkiej cywilizacji sprzed katastrofy atomowej. Będą to głównie stare lotniska, restauracje i inne tego typu złomowiska. Interesujące rozwiązanie, które pomaga zdobywać punkty niezbędne dla rozwoju nauki. Tylko widzicie, dla mnie ten mechanizm był zupełnie zbędny i momentami irytujący. Niepotrzebne marnowanie zasobów ludzkich i rozpraszanie się na jakieś tam poszukiwania, zamiast skupiania się na właściwym zarządzaniu osadą. Łańcuchy produkcyjne mi się sypały, a ja musiałam wymyślać, kogo wysłać na wyprawę. I tak – uparcie grałam dalej. Ale niesmak pozostał.

Endzone: A World Apart, widok na okno planowania ekspedycji do ruin.

A co przyniosły DLC?

Przede wszystkim – dodatkowe godziny gry, które i tak najpierw poświęcimy na sprawdzenie zawartości pakietu i zapoznanie się z nowinkami. Prosperity dodało całe nowe drzewko udogodnień, które można wprowadzić dla naszych osadników po przeprowadzeniu odpowiednich badań. Zanim je jednak odblokujemy, musimy spełnić warunki rozgrywki. Dotychczas, niestety, nie udało mi się tego osiągnąć, ale nadal walczę. Ponadto twórcy przygotowali trzy nowe scenariusze rozgrywki oraz sporo nowej zawartości, w tym dobra luksusowe (kawka, piwko itp.) i nowe konstrukcje. Warto to wszystko dokładnie przeczytać i obejrzeć, chociażby dla samych modeli budynków, które zostały pięknie zaprojektowane i wspaniale oddają klimat postapo.

Endzone: A World Apart, Prosperity,  widok na drzewko badań.

Tegoroczny październik przyniósł nam prawdziwy atak dyni w wielu produkcjach. Nie upiekło się także ponuremu światu Endzone: A World Apart i nie mogłam się powstrzymać, żeby ta recenzja nie wspomniała o pewnym ważnym elemencie! Ale najpierw konkrety. DLC przyniosło interesujący zestaw dekoracji, które można rozmieścić w osadzie. Dodatkowo, przed rozpoczęciem gry możemy zdecydować, czy chcemy, aby były one w ogóle dostępne. Miły gest w kierunku tych, których to święto nie kręci lub przeraża. Dynie, strachy, latarnie, ołtarzyki ku czci zmarłych. I oto ona. FIGURA WIELKIEGO PRZEDWIECZNEGO WYNURZAJĄCA SIĘ Z WODY! Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn! Ekhem, znowu się zapędziłam. Kontynuujcie.

Endzone: A World Apart, posąg Cthulhu wynurzającego się z wody, dekoracja z DLC Prosperity.

Endzone: A World Apart – finalne wrażenia

Przede wszystkim jestem zachwycona poziomem trudności, jaki twórcy narzucili podstawowej rozgrywce! Co więcej, można go zmodyfikować pod siebie, tak aby nieco ułatwić sobie zadanie odbudowy świata. Jednak czy jest sens? W końcu budowanie zaawansowanej cywilizacji na nowo nie może być takie proste. Podoba mi się, ile jest rzeczy do odkrycia, mechanizmów do poznania oraz wyzwań do podjęcia. Każda chwila nieuwagi może stać się jedną z ostatnich w dobrze prosperującej osadzie. Wystarczy stracić skupienie na chwilę lub odejść na zbyt długo od komputera, aby nagle się okazało, że ludzie nie mają co jeść, a wszystko pokrywa radioaktywny osad. Gra jest przez cały czas wspierana przez twórców i nie wątpię, że przy dalszym poznawaniu mechaniki wszelkie drobne niedociągnięcia przestaną mieć dla mnie znaczenie.

Lubicie wymagające city buildery i klimat postapo? Kręcą Was ciężkie okoliczności przyrody? A może do tego wszystkiego bardziej odpowiadają Wam bobry, które zawładnęły ziemią, gdy już ludzkość sama się wybiła? Zajrzyjcie do recenzji Timberborn, bo nie jest powiedziane, że tylko ludzie mogą przetrwać! Jeżeli to będzie dla Was zbyt abstrakcyjne, to zawsze pozostaje Frostpunk, którego recenzja zaostrzy Wam apetyt oczekiwania na drugą część.

Recenzja gry Endzone: A World Apart powstała dzięki współpracy z agencją PR better.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry