Od zauroczenia przez frustrację do znudzenia. Kena: Bridge of Spirits – recenzja gry

Kena Bridge of Spirits recenzja – Kena pozuje do zdjęcia z towarzyszem, Rotem (po lewej, w garnku na głowie)

Ta recenzja to opowieść o grze, która jest hipnotyzująca i posiada urocze minionki, ale jednocześnie trochę nudzi i rozczarowuje – oto właśnie Kena: Bridge of Spirits.

Za produkcję odpowiada studio Ember Lab. To niezależni deweloperzy, którzy wcześniej tworzyli animacje i reklamy. Jak piszą na swojej stronie, zawsze robili to z naciskiem na historię, bo uwielbiają opowiadać. Fabuła gry opiera się na poszukiwaniu i pomaganiu. Tytułowa bohaterka chce znaleźć sanktuarium, a po drodze spotyka wielu NPC-ów, którzy potrzebują wsparcia. Oczywiście tylko ona może im pomóc. To dość prosty schemat wykorzystywany w wielu grach. Ta recenzja opowie Wam, jak poradzili sobie z nim twórcy gry Kena: Bridge of Spirits.

Screen z cutscenki, Kena i dwa NPC

Trochę niedopracowane mechaniki, czyli nic nowego

Grałam na PC z podpiętym padem. Co więcej, to pierwsza produkcja, którą chciałam przejść wyłącznie za pomocą kontrolera. Czasem wprawdzie musiałam przerzucać się na klawiaturę, bo pad niespodziewanie się rozłączał, ale sądzę, że to kwestia modułu bluetooth, a nie samej gry. Niemniej jednak trochę wpłynęło to na moje wrażenia z rozgrywki w Kena: Bridge of Spirits.

Wróćmy jednak do opisu mechanik. Mamy więc bohaterkę, Kenę, którą kierujemy z perspektywy trzeciej osoby. Włada ona specjalną laską, którą dostała od ojca. Może nią atakować przeciwników. Jeśli potrzebuje, wytwarza też wokół siebie tarczę, która odbije słabsze ataki. Na późniejszych etapach gry będzie mogła też strzelać we wrogów z łuku i bombami (chyba) energii.

Prócz tego jest dużo sekwencji, w których trzeba się wspinać, skakać po platformach (często na czas) czy celnie strzelać. Na rozwiązanie zagadek środowiskowych nierzadko trzeba po prostu wpaść, bo nie zawsze są one oczywiste. Na przykład czasem należy stanąć w odpowiednim miejscu, żeby zobaczyć, w jakiej kolejności strzelić w świecące kryształy.

Kena wspina się po występach skalnych, widoczne oznaczenia, za które występy da się chwycić

Dlaczego napisałam, że mechaniki są niedopracowane? Po prostu czasem bywały one dla mnie frustrujące. Skakałam dokładnie tam, gdzie gra chciała, żebym skoczyła (występy skalne, których można się złapać, są trochę innego koloru niż te zwyczajne), a mimo wszystko spadałam.

Udawało się dopiero za którymś razem, kiedy wydawało mi się, że zrobiłam dokładnie ten sam ruch i trafiłam w dokładnie to samo miejsce. Rozumiem, że niektóre momenty miały być trudniejsze, niemniej jednak takie ginięcie bez sensu mnie bardzo stresowało. Już wolę stare Uncharted, które wybacza graczce o wiele więcej.

Życie wśród umarłych

À propos ginięcia, żeby nie było, że ta recenzja to w większości narzekanie – Kena: Bridge of Spirits ma bardzo przyjemną mechanikę, właśnie z umieraniem związaną. Nie mamy określonej liczby żyć, jeśli zginiemy, respawnujemy się po prostu chwilkę wcześniej, podczas gdy świat gry działa nadal w sposób nieprzerwany. To znaczy, że gdy np. uruchomimy jakiś mechanizm mający ograniczenie czasowe, nie uda nam się na coś wskoczyć i wpadniemy do lawy, gra cofnie nas np. na stały ląd, a sam mechanizm będzie jeszcze działał i być może zdążymy zrobić to, co gra od nas wymaga.

Dodatkowo, zazwyczaj przy trudniejszych bossach znajdują się specjalne rośliny, dzięki którym możemy wypełnić stracone w walce punkty życia. Nasze minionki (o których więcej dowiecie się za chwilę) nam w tym pomagają. Pasek życia od razu regeneruje się w całości. Mnie, czyli osobie notorycznie grającej na łatwym poziomie trudności (tu też), bardzo się to spodobało.

Rzut oka na posępny, trawiony chorobą świat, screen z gry

Jednocześnie czasem prześladowało mnie pytanie: dlaczego jest tak nierówno? Dlaczego czasem nie mogę wskoczyć na głupią platformę, a innym razem pokonuję trudnego bossa za pierwszym podejściem, mimo obrywania od niego (mocno) non stop? Może dlatego, że Kena również jest duchem, tylko potężniejszym, i to sprawia, że nie może tak naprawdę zginąć? Muszę przestać o tym myśleć, bo cała gra w tym kontekście staje się o wiele bardziej upiorna.

Fabuła spójna do końca pierwszego questa

Wcielając się w Kenę poszukującą magicznego sanktuarium, odkryjemy magiczny i kolorowy świat. Będziemy szukać duchów Rot, czyli naszych duchowych kompanów, dzięki którym zyskamy nowe umiejętności i będziemy mogły manipulować otaczającym nas światem. Do tego stoczymy mnóstwo widowiskowych walk. Brzmi interesująco, prawda?

Kena obiecuje, że pomoże – screen z gry, dialog

Tylko że moje zainteresowanie utrzymało się – mniej więcej – do końca pierwszego dużego zdania. Czyli 1/3 całej gry. Co więc było nie tak? Przede wszystkim fabuła okazała się, oględnie mówiąc, mało interesująca. Bardziej skupiałam się na słodkich, małych, czarnych duszkach (o których jeszcze usłyszycie), niż na tym, że oto biegnę ratować jakąś zabłąkaną duszę. Albo znany bohaterom świat.

Z drugiej strony historia wydaje się poprawna: Kena prowadzi klasyczne dla gier fantasy poszukiwania (chce dotrzeć do sanktuarium). Po drodze zaś spotyka różnych NPC-ów, od których dostaje zadania. Pomaga im, jak może, a może, bo jest jedyna w swoim rodzaju i tylko jej udaje się zrobić niektóre rzeczy. Klasyczny schemat wybranki.

Artefakt zdobyty w grze

Dobijała mnie też powtarzalność. Podczas każdego z trzech głównych zadań trzeba odnaleźć trzy artefakty. Z każdym zadaniem dochodzi też nauka posługiwania się jakąś mocą, którą Kena dostaje od przypadkowego NPC-a (lub odkrywa ją dzięki niemu?). Nie wiadomo do końca, dlaczego. Wiadomo za to, po co – to imperatyw urozmaicenia rozgrywki, drodzy Państwo. Przez całego questa twórcy eksploatują nową zdolność na najróżniejsze sposoby, a graczka lub gracz się z nią oswaja. Po czym dostajemy coś nowego. I to do pewnego stopnia działa, ale przez niedociągnięcia w mechanikach, o których pisałam wyżej, mnie to bardziej frustrowało, niż cieszyło.

Zgniłki, czyli najbardziej urocze minionki pod słońcem

Jeśli jest coś, co po rozgrywce Kena: Bridge of Spirits pozostawia wyłącznie pozytywne wrażenia, tym czymś są minionki bohaterki. Roty biegają za nią wszędzie. Nawet gdy wskoczy do wody, one robią hop! i skaczą za nią, by płynąć u jej boku.

Kena: Bridge of Spirits recenzja, Kena pływa w otoczeniu minionków

Najbardziej urocza mechanika to kupowanie im kapeluszy. A są różne, Panie, różniste: w kształcie grzyba i… kwiatka. Albo wkładasz takiemu garnek na głowę i jedziemy! Oczywiście nie istnieją one jedynie po to, żeby wyglądać. Chociaż są tak słodkie, że chyba nie miałabym nic przeciwko temu.

Roty mają jednakże duże znaczenie jeśli chodzi o mechanikę walki. Możemy rozwijać umiejętności z nimi związane. I tak pomogą nam usuwać skażenie lasu, po którym się poruszamy lub mogą też być naszą bronią. O ile się, oczywiście, za bardzo nie boją, bo wtedy na chwilę znikają. Pełnią też istotną rolę w odnawianiu naszego życia podczas walki, o czym pisałam wcześniej.

Sklep z kapeluszami dla Rotów

Ostateczne wrażenia po rozgrywce w Kena: Bridge of Spirits

Twórcy podobno inspirowali się serią The Legend of Zelda. Mi niektóre rzeczy w Kenie przypominały z kolei Immortals Fenyx Rising, które też recenzowałam i które również było trochę na Zeldach wzorowane. Grafika jest dość zbliżona, uproszczona fabuła takoż. I mam do tych bajkowych uproszczeń podobnie ambiwalentny stosunek. Z jednej strony to nie jest nic złego, w końcu to tylko trzecioosobowa przygodówka. Nie musi mieć skomplikowanych zwrotów akcji i wielowymiarowych bohaterów. Jednak z drugiej strony dobrze by było, gdyby wspomniani bohaterowie nie byli skrajnie przewidywalni.

Kena: Bridge of Spirits recenzja, Kena, roty i posąg sowy

Być może wpływ na całościową ocenę gry miała moja frustracja. Wspomniałam wcześniej o rozłączającym się padzie – w kluczowych momentach to mnie naprawdę stresowało! To była też dla mnie jedna z pierwszych produkcji tego typu. Nie gram dużo w przygodówki z zagadkami środowiskowymi. A jeśli nie potrafię czegoś rozwiązać, szybko się denerwuję. Być może wrócę jeszcze kiedyś do tej gry, gdy już zdobędę doświadczenie z padem. Mam bowiem dziwne przeczucie, że gdyby wszystko wychodziło mi za pierwszym razem, mniej bym narzekała. Co chyba ostatecznie świadczy gorzej o mnie niż o grze. Jeśli zainteresowała Was ta produkcja, możecie ją wypróbować na PlayStation 4 lub 5, albo na PC (dostępna tylko w Epic Games Store). Na pewno warto dać Kenie szansę – napiszcie, jak Wam się podobała!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry