Żar na niebie. Life is Strange: Reunion – recenzja gry

Bliskie ujęcie z profilu Max i Chloe, które wspólnie patrzą w dal podczas „złotej godziny”. Ciepłe światło zachodzącego słońca oświetla ich twarze. Chloe ma na sobie dżinsową kurtkę, a Max zieloną koszulę z okrągłą przypinką. W tle widać zarysy drzew i budynków nad wodą.

Minęło ponad 10 lat, odkąd poznaliśmy Max Caulfield i Chloe Price. To właśnie ich wspólna historia rozpoczęła kultową już serię. Teraz twórcy zdecydowali się na powrót wątku dziewczyn, a ta recenzja Life is Strange: Reunion odpowie na pytanie: czy warto było czekać?

To był słoneczny dzień – byłam uczennicą gimnazjum i poszukiwałam nowej muzyki. Przewijałam niektóre kawałki, ale jeden zwrócił moją uwagę, a było to Obstacles autorstwa Syd Matters. Wtedy zrozumiałam, że lubię muzykę z gatunku indie, a równocześnie rozpoczęła się moja miłość do serii Life is Strange. Produkcja z 2015 roku zarezonowała z nastoletnią wersją mnie i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że ukształtowała część mojej osobowości. Teraz, gdy piszę recenzję Life is Strange: Reunion, to czuję silną nostalgię oraz bardzo cieszę się, że deweloperzy przywrócili wątek Max i Chloe. Miałam wiele obaw, gdy usłyszałam, że będzie powrót. Nie byłam pewna, czy to skok na kasę, czy może jednak kontynuacja z pomysłem. Teraz już jestem spokojna, choć gra ma swoje lepsze i gorsze momenty. 

Uwaga! Recenzja zawiera spoilery z poprzednich gier z serii Life is Strange.

Ujęcie z wysokiej perspektywy (tzw. lot ptaka) na ośnieżony plac przed budynkiem. Chloe biegnie przez środek zaśnieżonego terenu. Po prawej stronie widać ścianę budynku z rzędem umywalek zamontowanych na zewnątrz pod neonowymi lampami. Całość skąpana jest w mroźnym, niebieskim świetle.
Znajoma ściana w równie znajomym miejscu

Przeszłość jest tu

Na samym początku otrzymujemy kilkuminutowy montaż, który ma na celu odświeżenie wydarzeń z poprzednich części serii. Osoby zaznajomione z tymi historiami najprawdopodobniej westchną z nostalgią, a może nawet uronią łezkę podczas seansu. Warto jednak jasno zaznaczyć – jeśli nie graliście we wcześniejsze części Life is Strange, filmik ten będzie dla Was zbiorem spoilerów, które na dodatek trudno będzie zrozumieć bez znajomości kontekstu. W takim przypadku najlepiej po prostu nadrobić starsze produkcje, w których występują Max i Chloe. Co istotne, zaraz po filmiku i tak musimy określić, jak potoczyła się fabuła w poprzednich częściach – jeśli ich nie znacie, możecie zdać się na losowanie wyborów.

Ku mojemu zaskoczeniu, zabawę rozpoczynamy jako Chloe Price. Ta, choć nadal zbuntowana i wulgarna, nie jest już nastolatką. To dorosła kobieta, która zamiłowanie do muzyki przekształciła w pracę jako menedżerka zespołu. Mimo wszystko czuć, że to nadal ta sama Chloe. Niedługo później przenosimy się do świata Max, który wygląda zupełnie inaczej – słońce, wiatr we włosach i piękne krajobrazy dookoła. Tylko jedna rzecz może sprawić, by ten moment był jeszcze lepszy, a jest to fotografia. Nie ma szans, że coś popsuje tę chwilę. A może jednak? Tu rozpoczyna się nasza prawdziwa słodko-gorzka przygoda. Dowiadujemy się, że uniwersytet Caledon płonie, a naszym bliskim grozi realne niebezpieczeństwo. Maxine, jak zawsze, czuje się zdeterminowana, by wszystko naprawić, ale czy tym razem jest to w ogóle możliwe?

Max idzie nocą po chodniku przed budynkiem. Jest ubrana w swoją charakterystyczną zieloną koszulę z przypinką. W tle widać radiowóz z włączonymi kogutami, ławkę i jesienne liście na ziemi. Jej wyraz twarzy sugeruje niepokój lub zmęczenie.
Max ma już chyba dość ratowania świata

Wybory moralne jednak odwracalne? 

Akcja gry toczy się przede wszystkim na kampusie wspomnianego uniwersytetu Caledon. Jeśli graliście w Double Exposure, z pewnością znacie to miejsce. Max pierwotnie przyjechała tam jako artystka, a została zatrudniona na stałe jako wykładowczyni. To duża zmiana w jej życiu, a obecna sytuacja skłania do pytania: czy główne bohaterki gry mają szansę odnowić relację? W końcu jedna się „ustatkowała”, a druga nie zmieniła się zbytnio od czasów liceum. No właśnie… ale czy Chloe w ogóle jeszcze żyje? Przecież Life is Strange jest serią, która opiera się na podejmowaniu wyborów moralnych. Wiele takich wyborów ma konsekwencje dla naszej rozgrywki, a decyzja z końca pierwszej części gry wydaje się nieodwracalna. Wszystko zaczyna mieć sens, gdy przypomnimy sobie fabułę z Double Exposure. Max ostatecznie dokonała tam czegoś, co sprawia, że historia z Reunion się klei. Nie będę wchodzić w szczegóły, aby zbytnio nie spoilerować. 

Koniec końców do spotkania dziewczyn dochodzi, a wszystko zostało wyreżyserowane w piękny sposób. To także smaczek dla wieloletnich fanek i fanów serii – Chloe pojawia się po raz pierwszy, wjeżdżając samochodem prosto w Max. Dokładnie tak samo jak w grze z 2015 roku! W tle słyszymy utwór Spanish Sahara, co jest kolejną falą nostalgii. To nie jedyny raz, gdy w Reunion pojawia się muzyka z poprzednich gier. Mimo wielu lat rozłąki dziewczyny nadal świetnie się dogadują. Ba – w ogóle nie czuć, że przerwa w relacji kiedykolwiek wystąpiła. Caulfield ma w swoim domu wiele zdjęć i przedmiotów, które pokazują, że nigdy nie przestała tęsknić za swoją „partner in time”.

Artystyczne ujęcie ukazujące dwie postacie w osobnych, prostokątnych kadrach przypominających okna lub ramy obrazów. Po lewej stronie Chloe śpi na łóżku w oświetlonym ciepłym światłem zakątku. Po prawej Max siedzi samotnie na krawędzi łóżka w chłodniejszym, niebieskawym świetle, patrząc przed siebie.
Twórcy gry potrafią projektować piękne kadry

Współprotagonistki, które się różnią, ale dopełniają

Bardzo spodobało mi się to, że możemy naprzemiennie sterować Max i Chloe. Każda z nich ma swoje cechy charakterystyczne, a rozgrywka nimi nieco się różni. Maxine oczywiście posiada moce, dzięki którym może cofać czas. Część z Was pewnie wie, że brak kontroli nad tą umiejętnością raz już przyniósł opłakane skutki, ale teraz Moses zadbał o odpowiednie przeszkolenie bohaterki. Swoją drogą, ta sekwencja, gdy wspólnie trenują, jest urocza. Natomiast druga z dziewczyn umie przegadać każdego, jeśli odpowiednio się przygotuje. Tak, wróciły wyzwania, które może rzucać Chloe, by osiągnąć w dialogu zamierzone cele! To takie minigry polegające na podejmowaniu odpowiednich decyzji podczas rozmowy, aby odblokować pożądany wynik. Po raz pierwszy pojawiły się w Life is Strange: Before the Storm (recenzja gry).

Mamy dwie główne bohaterki, ale co jeśli to akurat one rozmawiają ze sobą? Wtedy w wielu przypadkach możemy podejmować wybory i za jedną i za drugą z dziewczyn naprzemiennie. Gra jasno komunikuje, za kogo podejmujemy decyzję w danym momencie. To ciekawa, choć prosta mechanika, która dobrze wpasowuje się w projekt Life is Strange: Reunion.

Scena wewnątrz pomieszczenia o niebieskich ścianach, obklejonych plakatami (m.in. „The Full Chandler Project”). Max, w zielonej koszuli wierzchniej, trzyma profesjonalny aparat fotograficzny, patrząc na niego z uwagą. Obok niej stoi Chloe o zielonych włosach, ubrana w dżinsową kurtkę. Na pierwszym planie widać stół z butelkami i przekąskami.
Upływ czasu nie zniszczył… przyjaźni?

W poszukiwaniu źródła ognia

Mimo że Chloe przyjechała do Caledon, to nie ma czasu na słodkie wspominki. Uniwersytetowi grozi niebezpieczeństwo, a jeśli Max nie podejmie konkretnych działań, wkrótce spełni się scenariusz z początku rozgrywki. Moses (przyjaciel Caulfield, którego poznajemy w Double Exposure), tak jak i Chloe, wiedzą o mocach dziewczyny, a ta dzieli się z nimi informacją o nadciągającej tragedii. Wspólnymi siłami próbują zapobiec pożarowi, a to wymaga zdobycia wielu informacji w krótkim czasie. Sytuacji nie polepsza fakt, że Safi (również postać z Double Exposure) zniknęła i martwi tym wiele osób w pobliskim otoczeniu. Nie mamy także pewności, że to nie ona jest sprawczynią całego zamieszania. Czas goni, pełnej ucieczki od rzeczywistości nie ma, a na naszych barkach spoczywają losy bliskich.

Wiemy, że pożar jest powiązany z protestem, a także ze stowarzyszeniem Abraxas. Nie wiemy natomiast, w jaki sposób mógł się rozpocząć. Istnieje wiele teorii, a te namnażają się z każdą minutą rozgrywki – od strzału z fajerwerków aż po celową detonację i destrukcję. Wszystko dookoła kojarzy się z ogniem. Jedyną sensowną opcją wydaje się rozmowa ze studentami i innymi osobami powiązanymi z uniwersytetem. Rozmowy podejmujemy jako Max lub Chloe, w zależności od momentu rozgrywki. Co ciekawsze, każda z dziewczyn może snuć własne teorie i oskarżać inne osoby. Czy któraś z nich w ogóle ma rację? A może winny jest ktoś inny? I czy w ogóle chodzi o konkretną osobę? To chyba najbardziej detektywistyczna ze wszystkich części serii Life is Strange, co bardzo mi się spodobało. Oczywiście, standardowo nasze wnioski i konkluzje będą miały wpływ na dalszy przebieg historii. Nie wszystkie aż tak bezpośrednio, ale gra o nich nie zapomni.

Portret Chloe z bliska. Ma krótkie, pofalowane włosy w kolorze intensywnej zieleni i dżinsową katanę. Na jej twarzy maluje się delikatny uśmiech, a wzrok kieruje w stronę kogoś poza kadrem. Tło jest rozmyte, w fioletowo-różowych barwach, z widocznym neonowym plakatem.
Chloe wygląda tu dojrzalej

Okultystyczna zabawa do rana

Gdy rozpoczynałam rozgrywkę, zastanawiałam się, czy będzie powrót na tereny Arcadia Bay. To się nie wydarzyło, ale i tak nie mogłam narzekać na nudę. Poza głównym gmachem Caledon odwiedzamy także inne lokacje. W jednej z nich odbywa się impreza stowarzyszenia Abraxas i jest to jeden z najlepszych momentów gry. Twórcy zastosowali tam różne zagrywki narracyjne oraz iluzje. Ta sekwencja wyróżnia się na tle reszty, a także zapada w pamięć nie tylko ze względu na rozwój fabuły. Jeśli lubicie tajemnice i odrobinę mroku, zdecydowanie przypadnie Wam do gustu. Zabrakło mi tam tylko trochę większej przestrzeni do eksploracji. Uważam, że ironicznie spotęgowałoby to narastające emocje.

Zostając przy wyjątkowych momentach, nie można zapomnieć o charakterystycznych dla serii chwilach wyciszenia. Tytuł w różnych sytuacjach pozwala nam po prostu zabrać ręce z klawiatury i myszy (bądź pada) oraz odprężyć się przy atmosferycznej muzyce i pięknych efektach wizualnych. Czasami możemy samodzielnie zdecydować o przeżywaniu takiej chwili, a czasem następuje to po sekwencji pełnej napięcia. Moim ulubionym momentem było, gdy Max obserwowała Chloe podczas jej drzemki. Wtedy tak naprawdę pierwszy raz poczułam, jak bardzo się cieszę, że ta gra powstała.

Po burzy zawsze wychodzi słońce

Life is Strange: Reunion jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniej części zatytułowanej Double Exposure. Wracają znani bohaterowie – Moses, Safi, Loretta, Vinh, Amanda i wiele innych osób. Akcja dzieje się w niemalże tym samym miejscu, a mechaniki nieznacznie się różnią. Zauważyłam brak portalu Crosstalk w smartfonie Max, ale może to i dobrze, że zniknął – ilość powiadomień bywała przytłaczająca. Pozostała oczywiście możliwość wykonywania zdjęć w trybie podwójnej ekspozycji, bo nie mogło być inaczej. Jednak nie polecam ogrywania najnowszej gry z serii bez znajomości poprzedniej, ponieważ nie będziecie wiedzieć, o co chodzi, a sama postać Safi może wprowadzić Was w niemałe zakłopotanie. Po ukończeniu rozgrywki zaczęłam się zastanawiać, czy średnio udane Double Exposure było tylko niezbędnym elementem, by w sensowny sposób przywrócić Chloe. Myślę, że nie jest to szalona teoria, ponieważ po napisach końcowych twórcy umieścili tekst informujący o nadchodzącym powrocie bohaterki. Taki zabieg wyjaśniałby też przeciętność gry o Max i Safi, która do dziś zbiera mieszane recenzje.

Zbliżenie na twarz dojrzałej kobiety o imieniu Yasmin. Ma ciemne, pofalowane włosy i eleganckie, jasne kolczyki. Na dole ekranu widoczny jest polski napis dialogowy, w którym Yasmin mówi o bólu spowodowanym brakiem kontaktu z Safiyą. Tło jest jasne i rozmyte.
Nie zabrakło znanych postaci z Double Exposure

Nostalgia do kwadratu

Aspekt audiowizualny w Life is Strange zawsze pozytywnie zaskakuje. Cieszy mnie to, że deweloperzy spójnie utrzymują styl graficzny swoich gier. Owszem, seria zmieniała się na przestrzeni lat, ale nadal zachowała swoje cechy charakterystyczne. Postacie nie próbują być hiperrealistyczne, a całość wygląda artystycznie, jak namalowana. Standardowo gra jest bardzo filmowa i pięknie wyreżyserowana, a niektóre kadry wręcz chciałoby się ustawić na tapetę komputera, bo są po prostu śliczne. Najbardziej estetyczna scena w Reunion to ta, gdy Max i Chloe pływają razem łódką, ale jest wiele innych ładnych momentów. Planetarium także zapadło mi w pamięć, tym bardziej, że było wspomnianym wcześniej momentem wyciszenia (ang. moment of calm).

Na ścieżce dźwiękowej nie zabrakło znanych nazwisk, ale także nieco mniejszych twórczyń. Girl in Red, Tessa Rose Jackson i Daughter to już muzyczna tożsamość Life is Strange, ale tym razem motyw przewodni stworzyła Holly Humberstone. Embers in the Sky rozbrzmiewa w menu głównym w wersji instrumentalnej, ale podczas rozgrywki będzie również szansa na posłuchanie pełnej wersji piosenki. Nie ukrywam: ja uroniłam wtedy łzę, bo melodia jest poruszająca. Wiele utworów zostało stworzonych specjalnie na potrzeby tej konkretnej gry, co nie jest aż takim standardem. Poprzednie gry z serii bazowały na utworach na licencji.

Szeroki, malowniczy kadr przedstawiający jezioro podczas zachodu słońca. Na wodzie, w samym centrum złotego odbicia słońca, znajduje się mała łódka z dwiema sylwetkami. Na pierwszym planie widać fragment pomostu oraz gałęzie drzewa z jesiennymi liśćmi.
To najpiękniejszy moment w całej grze

Nie ma ideałów, ale bardzo się starają

Moją uwagę zwróciła duża dostępność (ang. accessibility) gry. Już na starcie dostajemy możliwość dostosowania jej tak, by umilić nam zabawę. Istnieją specjalne presety dla osób, które mają trudności z widzeniem, słuchem, a także ze zdolnościami motorycznymi. Wiele funkcji można dostosować bezpośrednio pod siebie, na przykład wydłużyć czas na podejmowanie decyzji. Widziałam również opcję pominięcia gameplayu, co w ogóle brzmi ciekawie, jeśli ktoś jest tu tylko dla fabuły. Jeżeli stresują Was specyficzne rzeczy, takie jak na przykład krew, to również można ustawić grę w taki sposób, że będzie o tym ostrzegać. Dobrze widzieć, że deweloperzy zwracają uwagę na takie elementy i postrzegają je jako ważne.

To, co natomiast „zabolało”, to aspekt techniczny produkcji. Spadki klatek, widoczny popping, problemy z głębią ostrości i flickering to tylko początek długiej listy bolączek. Gra samodzielnie uznała na początku, że mój komputer spełnia wymagania „hella high” (świetne nawiązanie!), ale ja bardzo szybko musiałam się z nią nie zgodzić. Problemy z wydajnością są dotkliwe, a komputer grzeje się jak przy niejednym tytule AAA z dużą ilością elementów mechanicznych. No, ale przynajmniej w odróżnieniu od Double Exposure tym razem postaci nie są rozmazane, gdy patrzy się im na twarz, a to postęp.

Max stoi tyłem do widza, patrząc na ścianę z ciemnego drewna, na której wiszą kolorowe obrazy przedstawiające zwierzęta (kaczka z cygarem, pies, koty). W pomieszczeniu widać też inne postacie siedzące przy stoliku oraz barowy wystrój z dynią na ladzie.
Artystyczny aspekt produkcji jest widoczny

I tak kiedyś umrę. Life is Strange: Reunion – finalne wrażenia

To, jak zakończy się nasza przygoda z Max i Chloe, zależy od naszych decyzji. Tym razem nie wystarczy podjąć jednej na końcu, ale mamy kilka czynników. Tak naprawdę są dwa „zakończenia” – jedno dotyczy losów Caledona, a drugie losów dziewczyn. Podoba mi się, że konsekwencje wyborów nie zawsze są oczywiste i wprost zaprezentowane. Sami musimy pomyśleć, z czym się wiążą nasze wybory i czy jesteśmy na to gotowi. Warto wspomnieć o tym, że gra nie jest podzielona na epizody, co jest nowością. Ukończymy ją w mniej niż 10 godzin, ale w starszych grach i tak twórcy dzielili to na części.

Cóż tu dużo mówić – Deck Nine nie zrobił skoku na kasę, którego większość osób się obawiała. Life is Strange: Reunion to solidna pozycja dla fanek i fanów przygód Max i Chloe, a szanse, że się na niej zawiedziecie, są niskie. Twórcy się postarali, napisali wciągającą historię oraz ponownie poruszyli moje (i setek innych graczy) serce. Przeżyłam całe spektrum emocji podczas rozgrywki, dokładnie tego oczekując. Momentami ponownie czułam się nastolatką i nawet na krótką (ale bardzo krótką!) chwilę zatęskniłam za szkołą. Ja idę porobić zdjęcia swoim Polaroidem, a Wy koniecznie zagrajcie w recenzowaną produkcję, bo nie pożałujecie.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights