Symulator kota czy coś więcej? Little Kitty Big City – recenzja gry

Kolorowa, kreskówkowa scena z miasta widziana z perspektywy niskiej, jakby z poziomu ulicy. Na pierwszym planie stoi czarny kot z dużymi zielonymi oczami, patrzący prosto na widza. Wokół niego znajdują się inne zwierzęta (koty, pies, kruk, szop)

Są gry, które sprzedają się jednym obrazkiem. Uroczy kot, wielkie miasto i obietnica swobodnej przygody to po sukcesie Stray zestaw niemal gwarantujący zainteresowanie graczy. W tej recenzji przyjrzymy się Little Kitty Big City i spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, czy za tą słodką fasadą kryje się coś więcej.

Od pierwszych zapowiedzi Little Kitty Big City sprawia wrażenie lekkiej i humorystycznej opowieści o kocim życiu. To raczej lekka, niespieszna gra do „poczilowania”, w której większą rolę od fabuły odgrywa po prostu bycie kotem, czyli psoty, wspinaczka, łapanie ptaków i kolekcjonowanie błyskotek oraz czapek. Nic nie zapowiada tutaj wielkiej fabularnej i emocjonalnej przygody z rozbudowanym światem, jak w przypadku Stray, czyli gry, która udowodniła, że historia opowiedziana z poziomu czterech łap może okazać się nie lada sukcesem. O tym, czy Double Dagger Studio udało się powtórzyć sukces kociej produkcji Blue Twelve Studio, przeczytacie w tej recenzji Little Kitty Big City.

Raj dla kociarza

Little Kitty Big City to produkcja bardzo kusząca. Strona sklepu Steam gry aż pęka w szwach od kolorowych zrzutów ekranu z urokliwym czarnym kotkiem, który, jak widzimy, to biega z chlebkiem, z rybką w pyszczku, to rozmawia z innymi zwierzętami, poluje na ptaki, a to psoci. Niebywale urocze, nieprawdaż? Wobec takiego widoku żaden kociarz nie przejdzie obojętnie.

Zrzut ekranu z gry wideo przedstawia czarnego kota spotykającego kruka w urokliwej alejce. Ptak siedzi na siodełku błękitnego roweru i kieruje do czworonoga ironiczną uwagę, widoczną w fioletowym oknie dialogowym. Scenerię wypełniają detale takie jak zielone krzewy w donicach, pnącza na ścianach oraz charakterystyczna czerwona skrzynka pocztowa.

Wielbicielom kocich produkcji początek gry może wydać się znajomy. Little Kitty Big City opowiada bowiem o kocie, który niefortunnie wypada przez okno i ląduje na ulicach dużego miasta. Podobnie jak w Stray, również w tej produkcji motywem przewodnim jest wędrówka w poszukiwaniu drogi powrotnej do domu. Mieszkanie zagubionego czworonoga znajduje się na ostatnim piętrze jednego z najwyższych budynków w okolicy, przez co powrót do domu okazuje się nie lada wyzwaniem. Naszemu bohaterowi brakuje sił, by wdrapać się tak wysoko. Całe szczęście, na jego drodze pojawia się kruk – ofiara naszego nieszczęśliwego upadku z wieżowca. W zamian za pomoc w zbieraniu błyskotek daje nam rybę. Po jej zjedzeniu kot odzyskuje część sił potrzebnych do drogi powrotnej i tak zaczyna się właściwa część gry. Od teraz będziemy zbierać ryby już do samego końca, bo bez nich nie wrócimy do domu.

Wszyscy potrzebują pomocy, ale czemu to ja mam im pomagać?

Na pierwszy rzut oka Little Kitty Big City urzeka prostotą. Modele są nieprzekomplikowane, a kolory, choć jednolite (brakuje cieniowania), to żywe. Uruchamiając tę grę po raz pierwszy, miałam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie do lat szkolnych, kiedy to aktywnie szukałam przeglądarkowych społecznościówek. Właśnie taki vibe mi daje Little Kitty Big City, choć społecznościówką nie jest.

Jedenastoletnia ja z pewnością byłaby zadowolona z tego świata pełnego słodkich, przyjaznych zwierzątek potrzebujących pomocy. Okazuje się bowiem, że praktycznie każdy napotkany podczas tej przygody nieludzki mieszkaniec miasta ma jakiś problem, który wymaga rozwiązania. A my taką pomoc przecież chętnie oferujemy – krukowi, szopowi, psom, kotom, kaczkom i innym niewymienionym przeze mnie dziwaczkom. Dlaczego? Bo przecież czemu nie, skoro główna zawartość gry zabawi nas raptem tylko na półtorej godziny. Tak jak fabuła niezbyt mnie zachęciła do eksplorowania pobocznej zawartości (poprzez oferowanie pomocnej łapy na lewo i prawo), tak wydane pieniądze zrobiły to znakomicie.

Na obrazku widać czarnego kota spacerującego ulicą w stylizowanym, kolorowym mieście. Za nim podąża rząd małych, żółtych kaczątek. Scena ma spokojny, lekko humorystyczny charakter, jakby kot prowadził swoją „drużynę”. W tle znajdują się chodniki, barierki oraz przechodnie i drzewa. Całość wygląda jak fragment rozgrywki z gry o lekkim, przyjaznym klimacie.

Koci parkour – skoki i ciasne zakamarki

Eksplorowanie tytułowego miasta wiąże się z wieloma wyzwaniami, z którymi musimy zmierzyć się z kociej perspektywy. Gracz nie powinien mieć problemu z nauczeniem się zasad rządzących światem gry. Prędko dowiaduje się, że kałuż należy się wystrzegać, a większość psów omijać. Z pomocą graczowi przychodzi kocia sprawność. Jako kot możemy zgrabnie wskakiwać na wysokie miejsca, wdrapywać się po lianach i przeciskać się między szczelinami, a wszystko tylko po to, aby wściubić swój nos w każdy zakamarek miasta. Wizja dostawania się do pozornie niedostępnych miejsc za pomocą umiejętnego parkouru jest niezwykle kusząca.

W praktyce parkourowy potencjał miasta okazuje się jednym z mocniejszych elementów rozgrywki. Skakanie między balkonami, wspinanie się po rusztowaniach czy balansowanie na wąskich krawędziach dachów daje satysfakcję płynącą z samego ruchu. Kolejne wysokości kuszą, by sprawdzić, czy na pewno nie da się wejść jeszcze wyżej. W tym elemencie gra najlepiej wykorzystuje swoją kocią tożsamość – czasami naprawdę trzeba porządnie pokombinować, żeby wykorzystać mechaniki w sprytny sposób i gdzieś się dostać.

Beztwarzowe kreatury błądzące po ulicach miasta

Big city bardzo szybko jednak okazało się wcale nie takie big, chociaż nie uważam wielkości lokacji za główny problem tej gry. Znacznie bardziej doskwiera jej to, że miasto sprawia wrażenie nie tyle co pustego, co pozbawionego życia. Ludzie w tej grze wcale nie przypominają ludzi. Są to pozbawione twarzy kreatury spacerujące ulicami miasta niczym roboty. Służą jedynie jako dostarczyciele przedmiotów, które kot może im bez problemu ukraść. Nic nie mówią i nie różnią się od siebie niczym szczególnym poza wyglądem. Już po chwili gonitwy za czworonogim złodziejem zapominają, że ten w ogóle im coś zabrał. Czasem pogłaszczą, czasem zganią, a czasami kopną piłkę, by za chwilę bezrefleksyjnie pójść dalej.

Pierwsze interakcje z tymi nieludzkimi ludźmi były sygnałem, że z tą grą może nie być mi po drodze. Chociaż wcielamy się w rozbrykanego kota, to ciężko czerpać przyjemność z tłuczenia wazonów, przewracania ludzi, łapania ptaków, kradzieży pieniędzy z kasy fiskalnej i innych psotliwych interakcji, jeżeli nie ponosimy z tego tytułu żadnych konsekwencji. Każdy NPC już po krótkiej chwili zapomina o działaniach czworonoga, co tworzy poczucie, że wszystko, co robimy, ostatecznie nie ma żadnego znaczenia.

Na obrazku widać robotnika na placu budowy, który trzyma czarnego kota w rękach. Mężczyzna ma na sobie kask i strój roboczy, a wokół znajdują się rusztowania, beczki i sprzęt budowlany. Obok stoi mała koparka, co podkreśla przemysłowe otoczenie. Kot wygląda jest podnoszony przez człowieka. Cała scena ma stylizowaną, kreskówkową oprawę.

Czapki, emotki i różne śliczności

Prędko zorientowałam się, że w tej grze przede wszystkim brakuje emocji. Przed rozpoczęciem rozgrywki byłam przekonana, że zwierzęca obsada zrobi połowę emocjonalnej pracy za twórców – zazwyczaj to wystarcza, bym szybko przywiązała się do postaci. Tutaj jednak nawet to nie pomogło. Nie obchodziło mnie nic, ponieważ wszystko było monotonne, powtarzalne oraz sztuczne, a jedyną nagrodą za wykonywanie zadań okazywały się… czapki i emotki.

Naiwnie wierzyłam, że kolejne misje odblokują nowe wątki fabularne, pozwolą lepiej poznać bohaterów albo otworzą dostęp do ciekawszych lokacji. Nic z tego. W zamian dostawałam następną śmieszną czapkę do kolekcji oraz emotkę, którą wypróbuję raz – z czystej ciekawości – a potem o niej zapomnę. Skoro przedmioty te nie mają realnego zastosowania, trudno nie zapytać: czemu właściwie mają służyć w grze jednoosobowej? Z kim mam się nimi komunikować i przed kim się popisywać – przed bezosobowymi modelami postaci, które i tak na nic nie reagują? Być może faktycznie byłoby lepiej, gdyby ta gra rzeczywiście była społecznościówką. Tak czy owak, mierna to nagroda.

Obraz przedstawia czarnego kota w czerwonej czapce z listkami, przypominającej owoc, który siedzi na drewnianej skrzynce i szeroko ziewa. Zwierzę znajduje się w kolorowym, stylizowanym na grę wideo sklepie z warzywami i owocami, pełnym niskopoligonowych modeli produktów. Na pierwszym planie widać rzędy jasnych warzyw oraz owoców, a w tle wiszą wielobarwne flagi i stoją kosze z kwiatami.

Heheszki na ratunek!

Little Kitty Big City próbuje być śmieszne, ale humor ten rzadko wychodzi poza granice internetowego mema. Owszem, czasami podczas rozgrywki potrafiłam uśmiechnąć się pod nosem i muszę przyznać, że te drobne żartobliwe elementy w pewnym sensie ratują całość. Na pierwszy rzut oka postacie zwierząt są ciekawe i nierzadko zabawne. Szczególnie w pamięć mi zapadł szalony naukowiec szop, który już od pierwszego spotkania wykorzystuje postać gracza jako szczura eksperymentalnego. Problem w tym, że na tej pierwszej, pozytywnej reakcji właściwie wszystko się kończy. Postacie prędko okazują się pojedynczymi gagami, zbudowanymi wokół jednej wyrazistej cechy, a ich wypowiedzi zaczynają polegać wyłącznie na dawaniu graczowi zadań oraz na wciskaniu nawiązań do memów, gdzie tylko się da. Ale trzeba przyznać, że te – nawet jeśli dość przeciętne – żarty w pewnym stopniu nadają grze życia, którego jej normalnie brakuje.

Czy podejdzie kociarzom? Little Kitty Big City – ostateczne wrażenia

Do Little Kitty Big City mam bardzo mieszane uczucia. I chociaż jestem bardziej psiarą niż kociarą, to zarzekam się, że nie ma to nic wspólnego z moją oceną. Po prostu uważam, że Double Dagger Studio stać na więcej oraz że Wy, Drodzy Kociarze, również zasługujecie na więcej. Z jednej strony ta gra jest bardzo poprawnym oraz lekkim symulatorem kota – można poskakać, napsocić, założyć śmieszną czapkę czy uśmiechnąć się pod nosem. Z drugiej jednak strony nie jest to ani przekonujący sandbox, ani angażująca opowieść, skoro nasze działania nie niosą za sobą żadnych konsekwencji.

Problem w tym, że po kilku godzinach zostaje głównie wrażenie niewykorzystanego potencjału. Świat jest ładny, mechaniki działają (powiedzmy), humor bywa sympatyczny – ale nie jest to coś, co zapada w pamięć. Brakuje głębi. Nawet psoty szybko tracą urok, gdy nikt na nie realnie nie reaguje.

Momentami czułam się tak, jakby największym argumentem przemawiającym za zakupem był chłop z marketingu, krzyczący do mnie: „Spójrz, jaki słodki kotek!”. I owszem – jest słodko. Tylko że sama słodycz nie wystarcza, by zbudować satysfakcjonującą grę. Little Kitty Big City to tytuł poprawny. Chociaż chwilami bywa uroczy, ostatecznie okazuje się zawodem.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Verified by MonsterInsights