Osiem charakterów, osiem historii, jedna podróż. Czy warto się w nią udać? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w niniejszej recenzji Octopath Traveler.
Granie na nostalgicznej nucie to jeden z tych zabiegów, które od zawsze dobrze się sprzedają. Twórcy gier, filmów czy muzyki chętnie odwołują się do znanych i lubianych pozycji, aby uszlachetnić swoje dzieło w oczach odbiorcy. Octopath Traveler to tytuł, który dumnie stroi się w piórka takich klasyków gatunku jak chociażby Final Fantasy VI (recenzja na stronie). Czy stoi za tym jednak coś więcej? A może to tylko kolejna próba zmonetyzowania „starych dobrych czasów”?

Było nas ośmioro, ale nie żyliśmy w jeziorze
Jak na produkcję ze stajni Square Enix, Octopath Traveler już na wstępie zaskakuje pewną nieszablonowością. Jeżeli spodziewacie się kolejnej opowieści o nastolatkach, którzy muszą ocalić świat i dorosłych przed wielkim złem oraz ich własną niekompetencją, to czeka Was spora niespodzianka. Akcja gry toczy się w dosyć standardowym świecie fantasy zwanym Orstterą. Przemierzając tę rozległą krainę wzdłuż i wszerz, poznamy losy kilku postaci. Każda z nich ma odmienną motywację i cel podróży. Co je łączy? Szczerze mówiąc – niewiele, ponieważ ich wątki rozgrywają się w kompletnym oderwaniu od pozostałych.
Na początku przygody wybieramy naszą postać, a następnie ruszamy w nieznane. Mapa świata zawiera informacje o miejscu pobytu pozostałych uczestników wyprawy. Kiedy i jak do nich dotrzemy, zależy wyłącznie od nas. Przyznam, że mam bardzo ambiwalentne uczucia względem takiej konstrukcji rozgrywki. Z jednej strony doceniam pewną swobodę wyboru, z której jRPG raczej nie słyną. Częściowo udało się też wyrwać z gatunkowej sztampy, o czym wspomniałem wcześniej. Octopath Traveler to bardziej kameralne doświadczenie, w którym ważą się losy człowieka, a nie całego świata. Zaskakuje też ciężar niektórych opowieści, ponieważ poruszają one mocno ponure kwestie (m.in. stręczycielstwo lub handel ludźmi).

W czym zatem tkwi problem? Wspomniana swoboda w prowadzeniu narracji ma swoją cenę. A mianowicie, te wszystkie wątki nie kleją się w spójną całość. Każdy z podróżników dostaje cztery fabularne rozdziały, które możemy ograć w dowolnej kolejności. Po zakończeniu wszystkich gra najzwyczajniej się kończy. Mało to inspirujące. Tym bardziej, że poszczególne postaci i ich historie nie są w równym stopniu ciekawe. Do gustu przypadł mi chociażby wątek dzielnej łowczyni H’aanit, która musi odszukać swojego zaginionego mistrza. Albo historia profesora Cyrusa. Ten nieco roztargniony uczony prowadzi własne śledztwo w sprawie pewnej zakazanej księgi. Po przeciwnej stronie barykady znaleźli się wędrowny znachor Alfyn i kleryczka Ophilia. Postaci mało interesujące, z równie miałkimi fabułami.
Komu w drogę, temu szkło w nogę
Motywem przewodnim w Octopath Traveler jest podróż, a zatem przyjrzyjmy się samej Orstterze. Świat gry jest całkiem rozległy i zróżnicowany wizualnie. Znajdziemy tu m.in. malownicze portowe miasteczka, górskie osady, rozpaloną słońcem pustynię czy też gęstą knieję. Klasyczne jRPG przyzwyczaiły nas do tego, że pomiędzy kolejnymi miejscówkami podróżujemy po ogólnej mapie kontynentu. Ale nie tutaj. W Octopath Traveler każdy region świata to osobno wymodelowana lokacja, którą musimy zbadać. Raz odkryte miejsca zostają zaznaczone na podręcznej mapie, aby móc do nich wracać dzięki opcji szybkiej podróży.

Eksploracja otoczenia jest bardzo ważna. Ciekawscy odkryją sporo sekretnych miejsc, w których ukryto cenne skarby lub rzeczy i osoby powiązane z zadaniami pobocznymi. Dodatkowych aktywności jest tutaj sporo. Na szlaku i w licznych osadach zawsze spotkamy ludzi skorych do rozmowy, bitki albo handlu. Dzięki specjalnym zdolnościom naszych bohaterów możemy wchodzić w rozmaite interakcje z NPC. Trzeba jednak rozważnie dobierać ludzi do zadania. Chociaż umiejętności niektórych postaci są z pozoru podobne, to ich odbiór przez otoczenie jest odmienny. Niektórzy chętniej zwierzą się swojskiemu Alfynowi niż Cyrusowi, który może uchodzić za snoba. Inni znowu okażą więcej zainteresowania zmysłowej Primrose aniżeli dobrotliwej Ophilii. Ten prosty zabieg buduje wrażenie większej autentyczności świata. Ludzie mają swoje troski i temperamenty, proszą nas o przysługi, zlecają pracę albo chcą pohandlować.
Same lokacje wyglądają z reguły niezwykle urokliwie. Octopath Traveler to bodajże pierwsza gra, wykonana w stylu HD2D. Łączy on w sobie pixel art z nowoczesną grafiką 3D. Oczywiście wszystko jest odpowiednio wystylizowane, aby pasowało do przechadzających się wszędzie pikselowych ludzików. Wyjątkowo ładnie prezentują się tereny zabudowane. Często odnosiłem wrażenie, że patrzę na jakieś ślicznie wykonane dioramy pełne małych domków, drzewek itd. Trójwymiarowe środowisko pozwala też zbudować lepsze uczucie głębi dzięki zastosowaniu kilku planów. Razi natomiast nadmierne użycie efektu rozmycia, który często daje wrażenie patrzenia na grę przez częściowo zaparowane szkło.

Trudy i znoje w podróży
Podróże nie tylko kształcą, ale są również pełne przygód i niebezpieczeństw. Czymże byłby jRPG bez mnóstwa potyczek? W Octopath Traveler walki nie brakuje i moim zdaniem ma ona sporo zalet, choć nie bez zastrzeżeń. Zacznijmy od tego, co jest dobre. System walki przypomina nieco tzw. Conditional Turn-Based, zapoczątkowany przez Final Fantasy X. Twórcy zdecydowali się wykorzystać tę mechanikę jako fundament i wokół niej zbudować coś swojego. W rezultacie otrzymujemy prosty i zrozumiały, ale też niepozbawiony pewnej głębi system.
Sednem jest tutaj odkrywanie słabości naszych wrogów. Przeciwnicy mogą być podatni np. na magię elementarną, rany cięte, truciznę itd. Trzeba oczywiście wyprowadzać odpowiednie ataki, które zbiją tarczę nieprzyjaciela. Gdy do tego dojdzie, zostaje on oszołomiony, a mamy otwartą furtkę do zrobienia mu z tyłka jesieni średniowiecza. Drugą interesującą rzeczą są specjalne punkty wzmocnienia (Boost Points), którymi możemy zwiększać skuteczność naszych akcji. Dzięki nim postaci atakują więcej razy, zaklęcia uderzają z większą siłą lub przedłużamy działanie buffów i debuffów o dodatkowe tury. Punkty regenerują się z czasem, ale warto zachować je na odpowiednią chwilę. To bardzo cenny zasób, który pozwala zbudować przewagę nad wrogiem lub odratować się z podbramkowej sytuacji.

Tutaj gra niejako obnaża jedną ze swoich większych słabości. Doładowane ataki często zadają setki lub tysiące punktów obrażeń, a wrogowie pomimo tego nie chcą skapitulować. Na późniejszych etapach zabawy potyczki zaczynają się ślimaczyć ze względu na okrutnie rozdęte paski zdrowia. Widać to szczególnie podczas walk z bossami albo wysokopoziomowymi mobkami. W połączeniu z rutyną polegającą na zbijaniu punktów obrony otrzymujemy mocno powtarzalne doświadczenie. Graczy przyzwyczajonych do bardziej dynamicznych rzeczy może to z czasem zniechęcić. Fani klasyki powinni poczuć się jak w domu i raczej przymkną na to jedno oko.
Warto potrafić więcej
Na tym jednak nie koniec, ponieważ drugą istotną kwestią w temacie walki są klasy postaci. Do naszej dyspozycji oddano osiem podstawowych profesji (m.in. wojownik, łowca, kleryk). Każda z nich to nie tylko zestaw specjalnych zdolności, ale i odmienny rynsztunek. Jedną z najcenniejszych nagród, które możemy zdobyć, eksplorując świat gry, jest dostęp do ukrytych kapliczek. W każdej z nich znajdziemy zwój pozwalający przypisać naszym podróżnikom dodatkową klasę. Multiklasowi bohaterowie mogą wybierać z szerszego zestawu akcesoriów oraz nosić więcej broni. Prawdziwą gratką są cztery elitarne profesje, do których dostępu strzegą wyjątkowo trudni bossowie.

Gra jest jednak warta świeczki. Druga profesja nie tylko poszerza pakiet dostępnych umiejętności, ale i wyraźnie pompuje statystyki postaci. Daje to nieco pola do popisu w kwestii skrojenia zespołu pod nasz styl lub aktualną sytuację. Trzeba jednak dodać, że najpierw musimy się trochę napracować. Grind jest obecny, ale w znośnych ilościach. Można go zignorować, jednak tylko częściowo. Każdy kolejny rozdział fabularny ma sugerowany próg doświadczenia, który powinniśmy osiągnąć przed rozpoczęciem. Na pewnym etapie rozgrywki miałem już swoich faworytów w drużynie. Byli oni o wiele lepiej wyszkoleni od pozostałych, dzięki czemu mogli pociągnąć za sobą słabszych przyjaciół. Gorąco polecam takie rozwiązanie, pozwoliło mi ono zaoszczędzić sporo cennego czasu.
Same umiejętności są z reguły przydatne. Na palcach u jednej ręki policzyłbym te, z których prawie w ogóle nie korzystałem. Tutaj na pierwszy plan wysuwają się zdolności specjalne poszczególnych postaci. Jedną z najciekawszych dysponuje H’aanit. Łowczyni potrafi łapać osłabione w walce bestie, aby potem wykorzystać je w roli wsparcia. Cyrus z kolei jest nieoceniony przy analizowaniu słabości potworów, a łebski Alfyn może w mgnieniu oka tworzyć mikstury o rozmaitych właściwościach. Dla każdego coś miłego. Pomimo pewnych niedoskonałości, mamy tu do czynienia z bardzo solidnie wykonanym modułem walki turowej.

Miło popatrzeć, wybornie się słucha
Wspomniałem już nieco o oprawie graficznej Octopath Traveler we wcześniejszej części tej recenzji. Ogólnie rzecz biorąc, gra jest przyjemna w odbiorze na poziomie wizualnym. Kierunek artystyczny całkiem zgrabnie łączy w sobie nowoczesne rozwiązania ze stylistyką klasyków ery 16-bitowców. Chociaż przyznam szczerze – wielokrotnie zastanawiałem się, jak ta gra wyglądałaby, gdyby wykonano ją całkowicie w pixelarcie. Poza nadmiernym wykorzystaniem efektu rozmycia uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz.
Podczas walki modele postaci są dosyć skromnie zanimowane. Nasi bohaterowie wypadają w tym względzie jeszcze przyzwoicie. Niestety, przeciwnicy już nie mieli tyle szczęścia i dostali zaledwie kilka skromnych klatek animacji. Naprawdę nie czepiam się tego na wyrost. Nawet produkcje od mniejszych wydawców, jak Sea of Stars (recenzja na stronie), biją pod tym względem Octopath Traveler na głowę. Grzebiąc w katalogu wstecznym, również znajdziemy sporo znakomicie animowanych pixel artowych gier z Chrono Trigger i Legend of Mana na czele.

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o muzyce. Square Enix i świetne soundtracki to połączenie równie ikoniczne co kanapka z masłem orzechowym i dżemem. Ścieżkę skomponował Yasunori Nishiki, który dał tutaj prawdziwy popis swoich umiejętności. Serio, ta gra ma chyba jeden z najbardziej chwytliwych motywów przewodnich, jakie kiedykolwiek słyszałem. W równym stopniu do gustu przypadł mi utwór dedykowany postaci Primrose. Dość powiedzieć, że muzyka z Octopath Traveler walczyła o nagrodę na gali The Game Awards 2018. Pojawiło się też kilka albumów z aranżacjami wybranych kompozycji, a nawet koncerty symfoniczne z muzyką z gry. Wspaniała rzecz, polecam do posłuchania każdemu, nawet poza samą rozgrywką.
Nie tylko słodkie opary nostalgii. Octopath Traveler – finalne wrażenia z gry
Z perspektywy blisko ośmiu lat od premiery nie trzeba się zastanawiać nad dalszym losem tej marki. Wiemy, że odniosła całkiem spory sukces, a kolejne odsłony były jeszcze lepsze. Ta gra nie jest cyniczną próbą wyszarpania kilku dyszek od osób spragnionych czegoś w starym stylu. Ze sporą dozą szacunku odnosi się do klasyki jRPG, ale przy tym wszystkim zachowuje własną tożsamość. To bardzo kompetentnie wykonany tytuł, który powinien zaspokoić gusta fanów gatunku. Pewnie, nie jest to pozycja wolna od niedociągnięć, szczególnie w kwestii spójności na gruncie fabularnym. Jednak w ogólnym rozrachunku znajduję tu zdecydowanie więcej pozytywnej wartości niż potknięć. Mam nadzieję, że ta recenzja zachęci Was do sięgnięcia po Octopath Traveler. Ja jedno wiem na pewno: po przygodzie z tą grą bez wahania sięgnę po kolejne części.

