GTA 2: Night City. Glitchpunk – recenzja gry

Glitchpunk recenzja

Ta gra na swój specyficzny sposób jest jak stary znajomy. Ale czy każdy stary znajomy to automatycznie dobry znajomy? O tym opowie Wam moja recenzja polskiej produkcji o wdzięcznym tytule Glitchpunk.

Pamiętacie jeszcze pierwsze części GTA? Te, w których sterowanie było dzikie, grafika troszkę rozpikselowana, a wszystko to obserwowało się z widoku top-down? Cóż, ja tak średnio, bo niestety bardzo szybko się od tych gier odbiłam. Nie rozumiałam, co się dzieje, dlaczego ciągle ginę ani co w ogóle powinnam robić. Pomęczyłam się z tym jednak na tyle długo, żeby bez trudu dostrzec podobieństwo Glitchpunka do pierwszych dzieł Rockstara. Jako że, jak możecie się domyślić, nie jestem ich fanką, to moja recenzja gry Glitchpunk będzie zupełnie obiektywna i niezanieczyszczona nostalgią.

Nazywam się Texas, bo w Teksasie kocham i cierpię katu… czekaj, co?

Być może jestem leniwa i za mocno uciekam od wysilania szarych komórek, ale jednak lubię, gdy gra od początku w miarę jasno komunikuje mi, o co w niej chodzi, co powinnam robić i kim jest mój bohater. O ile na to ostatnie pytanie Glitchpunk w miarę sensownie odpowiada, o tyle, jeśli chodzi o całą resztę, przez większość mojej rozgrywki byłam skonfundowana. Zapowiedzi najnowszego dzieła polskiego studia Dark Lord szumnie głosiły, że wcieleni w nieco zbuntowanego androida będziemy przemierzać cztery rozległe metropolie i siać chaos. I rzeczywiście, chaosu było sporo, ale niestety nie tylko podczas ulicznych rozwałek.

Poczucie chaosu i niezrozumienia towarzyszyło mi dość często i dopiero po pewnym czasie udało mi się w miarę zrozumieć świat przedstawiony. Gracz wciela się w androidkę (lub androida, bo mamy możliwość wyboru płci) o imieniu Texas. W jej oprogramowaniu znajduje się tytułowy błąd, glicz, który sprawia, że jest w stanie przeciwstawić się władzom wielkich korporacji. Dzięki temu, mimo że musi wykonywać pewne narzucone jej zadania, zachowuje jednak wolną wolę.

Od samego początku miałam problemy ze sterowaniem, ale nie sądzę, by była to wina samej gry – ja po prostu nie jestem fanką tego typu mechanik. Brakowało mi natomiast lepiej zaprojektowanego samouczka i dokładniejszego przedstawienia mi całego uniwersum Glitchpunka; wprowadzenia w historię, politykę i motywacje bohaterki.

Samo mapowanie klawiszy było dla mnie mocno nieintuicyjne i nie ukrywam, że minęło sporo czasu zanim nauczyłam się używania leczenia, zmiany broni i innych podstawowych mechanik. Wszystko to wprowadzało straszny chaos i sprawiło, że zanim udało mi się wykonać pierwsze postawione przede mną zadanie, zginęłam mnóstwo razy.

Gliczy nie ma, ale nie jest zajebiście

Zanim sama zagrałam w Glitchpunka, oglądałam krótkie gameplaye z wczesnego dostępu i muszę przyznać, że w obecnej wersji gra prezentuje się o niebo lepiej. Poprawiono płynność i dynamikę sterowania, znacznie usprawniono system zapisywania postępu, a grająca w tle muzyka wydaje mi się dużo przyjemniejsza dla ucha. W trakcie rozgrywki nie doświadczyłam prawie żadnych błędów. Jednak sama poprawność pod względem optymalizacji nie wystarcza, bym mogła nazwać Glitchpunka dobrą grą.

Powtórz, powtórz, powtórz

Glitchpunk nie jest krótką produkcją na jeden wieczór – w zależności od tego, jak często się ginie, można spokojnie wyciągnąć z niego kilkanaście godzin. Tym bardziej ubolewam nad faktem, że rozgrywka jest do bólu powtarzalna, zarówno pod względem grafiki, jak i samych zadań.

Wszystkie lokacje wyglądają praktycznie tak samo – to znaczy, że są niewyraźne, mało atrakcyjne i przeważnie utrzymane w zimnej, zielono-żółto-szarawej kolorystyce. Myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że ta gra jest po prostu brzydka. A przecież futurystyczny, cyberpunkowy świat daje multum możliwości, jeśli chodzi o oprawę wizualną!

Niewykorzystany potencjał grafiki byłabym jeszcze w stanie wybaczyć. Natomiast absolutnie nie potrafię przymknąć oka na powtarzalność zadań. Większość z nich polega na zastrzeleniu kogoś lub ucieczce. Tak, mają jakieś tam podłoże fabularne; tak, towarzyszą im jakieś dialogi; tak, można poznać w trakcie ich wykonywania nowe postacie. Ale mimo że NPC mają potencjał, a dialogi, choć mało rozbudowane, bywają całkiem niezłe i błyskotliwe, to jest to wciąż za mało. Nie umiałam czerpać satysfakcji z tych nielicznych dobrze wykonanych elementów, będąc permanentnie zmęczoną i sfrustrowaną powtarzalnymi misjami.

No offence, but I really don’t care

Pamiętacie tę scenę z Harry’ego Pottera i Czary Ognia, kiedy Harry, grzecznie, acz stanowczo, mówi Neville’owi, żeby się nie pogniewał, ale zupełnie nie interesuje go jego opowieść o magicznych roślinach? Cóż, moja reakcja na wydarzenia w Glitchpunku była podobna – po prostu mnie nie obchodziły, mimo że bardzo chciałam, by było inaczej. Nie umiałam zżyć się z moją bohaterką, współczuć jej ani przejmować się jej losem. Była mi obojętna, nie potrafiłam dostrzec w niej skomplikowanej, sprzeciwiającej się reżimowi androidki. Widziałam w niej jedynie kukiełkę. Być może ta recenzja Glitchpunka byłaby bardziej pochlebna, gdyby tylko nieliniowość tej produkcji nie była tak szczątkowa. Różnych zakończeń jest co prawda kilka, jednak ja nie czułam, bym miała duży wpływ na rozgrywające się wydarzenia.

Było to nieco paradoksalne, bo teoretycznie Glitchpunk jest grą o przeciwstawianiu się systemowi. Nie potrafiłam jednak w to uwierzyć, gdy już w pierwszej misji musiałam po prostu zdjąć trzy osoby, nie wiedząc o nich w zasadzie nic. Tym sposobem zlecenie, w którym musiałam kogoś zamordować, wzbudziło we mnie nie więcej emocji niż chociażby zlecenie na zebranie kilku dyń w recenzowanym już przeze mnie Gamedecu.

Nie będę kryć rozczarowania – mimo że od początku wiedziałam, że sama mechanika Glitchpunka nie przypadnie mi do gustu z powodu moich subiektywnych preferencji, to jednak miałam nadzieję przynajmniej na dojrzałą, znaczącą fabułę. Tematy podejmowane przez Glitchpunka są przecież ciekawe – znajdą się wśród nich między innymi bunt, religia czy transhumanizm. Niestety przedstawiona historia jest opowiedziana w zły, nieinteresujący sposób, przez co cały potencjał zostaje zastrzelony już na starcie, niczym moje nieszczęsne cele z pierwszej misji.

Glitchpunk – finalne wrażenia

Nie chcę, by moja recenzja gry Glitchpunk sprawiała wrażenie całkowicie negatywnej. Doceniam muzykę, całkiem przyzwoite dialogi i podjęcie trudnych tematów. Być może gdyby nie bolesna powtarzalność zadań i lokacji, byłabym w stanie tę grę polubić. Niestety na ten moment jedyne, co czuję po rozgrywce, to zmęczenie i rozczarowanie. W moim osobistym rankingu Glitchpunk ląduje więc zaraz obok pierwszych części GTA i otrzymuje łatkę znajomego, z którym raczej nie będę chciała już odnawiać kontaktu.

Recenzja gry Glitchpunk powstała dzięki uprzejmości Daedalic Entertainment.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry