Mniej, a jakby więcej. Zoria: Age of Shattering – recenzja gry

grafika promująca grę zoria, widać na niej uzbrojonych bohaterów stojących na skale, za nimi widać płonące ognisko

Zoria: Age of Shattering to idealny lek na rozwleczone, przytłaczające RPG-i i sandboksy – a w tej recenzji wyjaśnię, dlaczego.

Każdy z nas lubi sobie czasem zrobić mały powrót do przeszłości. Zoria: Age of Shattering, o której jest ta recenzja, to taktyczna gra fabularna od razu przywołująca na myśl tzw. staroszkolne RPG-i. Chodzi mi o takie, które cechuje spora trudność, nieprowadzenie gracza za rączkę i nieco archaiczna już w dzisiejszych czasach grafika. To oczywiście tylko niektóre aspekty, jednak to one pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy słyszę ten termin.

To, że na Zorię czekałam od lat, nie jest żadną tajemnicą. Pierwszy raz ogrywałam ją już w 2022 roku podczas gamescomu. Od tego czasu wspominałam o niej regularnie przy okazji wszelakich podsumowań czy relacji z eventów. Od początku było w niej coś, co poruszało te nostalgiczne struny tęsknoty za grami pokroju pierwszych Baldurów czy mojego ukochanego Neverwinter Nights. Tiny Trinket Games i Anshar długo kazali mi czekać – już pod koniec zeszłego roku planowałam zanurzyć się w wykreowany przez nich świat, jednak musiałam obejść się smakiem i wytrzymać do marca. Czy warto było uzbroić się w cierpliwość? Zapraszam do lektury!

Stwórz swojego sima… to znaczy komandora

Pierwsze zaskoczenie pojawiło się dość szybko, bo na etapie tworzenia postaci. Okazuje się, że Tiny Trinket nie próżnowało zarówno z liczbą dostępnych klas, jak i możliwościami samego kreatora. Nasza postać (kobieta lub mężczyzna) może wybierać aż z dziewięciu specjalności, takich jak tarczownik, kapłan czy łowca. Każda z nich ma unikatową zdolność specjalną, którą w różny sposób wykorzystuje podczas eksploracji świata gry oraz odpoczynku w obozie. Przykładowo, łowca w trakcie rozgrywki wykrywa różne ukryte przejścia czy pułapki, natomiast przy obozowym ognisku może tamować krwawienie naszych postaci. Natomiast personalizacja naszej postaci wygląda… cóż, sami zobaczcie.

na zrzucie ekranu widać kreator postaci, po lewej i prawej mamy dostępne opcje i kolory, na środku zaś blondynkę w ćwiekowanej koszuli z blizną przechodzącą przez lewe oko

Absolutnie nie spodziewałam się, że do wyboru będzie tak wiele fryzur, blizn czy nawet tatuaży. Ba, możemy nawet dokładnie dobrać pasujący nam kolor. Poza tym, co widzicie na załączonym zrzucie ekranu, możemy też dopasować sylwetkę awatara – czy ma być bardziej muskularna, czy może chuda jak przysłowiowa szczapa.

Za Temerię… oj, znowu nie ta gra

Uczciwie przyznam, że fabuła nie należy do tych specjalnie odkrywczych. Na kontynencie Uram trwa wojna między Eliończykami (czyli nami) a Izirianami. Ci drudzy zyskują przewagę za sprawą nekromancji. Co z tego, że zabijemy im pluton wojska, skoro zaraz go sobie po prostu podniosą? Sytuacja jest na tyle poważna, że na cmentarzach znajdziemy nawet metalowe kraty nad grobami. Nikt nie jest poza zasięgiem ich mrocznej magii.

na zrzucie ekranu widać konwersację między naszą postacią a napotkaną kobietą w zbroi i hełmie, pod spodem widzimy dialog i dostępne opcje

Izirianie sukcesywnie podbijają kolejne strażnice tworzące swoisty mur obronny dla reszty Imperium Elionu. Jedną z nich, Daeg Forom, dowodziła nasza postać – nie jesteśmy więc jakimś szarakiem, tylko komandorem. Cudem ocaleliśmy z oblężenia (a właściwie dwóch, bo niedługo po naszym przybyciu padło też Daeg Marastir) i musimy objąć dowodzenie nad ostatnią niezdobytą twierdzą, która jednak wymaga generalnego remontu. To właśnie wtedy, po około trzech godzinach rozgrywki, przygoda rozkręca się na dobre. Przyznam, że wstęp wydał mi się nieco przydługi, głównie za sprawą licznych walk. Ci, którzy w tego typu produkcjach cenią sobie potyczki będą zachwyceni, ale jak dla mnie Zoria: Age of Shattering skorzystałaby na nieco mniejszej liczbie starć. Praktycznie nie da się przejść kilkudziesięciu metrów, żeby nie trafić na jakąś bestię czy wrogi oddział. Dużo lepiej w moim odczuciu ten balans wypada chociażby w Baldur’s Gate 3 (na którego cześć napisałam już zresztą swoisty pean na stronie).

Żadna bułka z masłem

Pogadajmy sobie teraz o tym, jak Zoria: Age of Shattering stoi pod kątem systemu walki. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że i pod tym względem nie rozczarowuje. Jest cholernie ciężko, nawet na średnim poziomie trudności – czyli dokładnie tak, jak zapamiętałam chociażby z Neverwinter Nights. Osoby lubujące się w główkowaniu i planowaniu będą w siódmym niebie.

Kluczem do wygranej jest rozsądne korzystanie z naszych punktów akcji. Każdy z nich możemy poświęcić albo na przemieszczenie się, albo użycie umiejętności czy skorzystanie z jakiegoś przedmiotu. Możliwe jest wyprowadzenie kilku ataków, nierzadko jednak jesteśmy zmuszeni się ruszyć, żeby w ogóle cokolwiek zdziałać. Wiadomo, bez wroga w zasięgu wzroku nie możemy go zaatakować. Nasz mag nie może jednocześnie celować i chować się za sojuszniczym tarczownikiem.

zoria age of shattering, na zrzucie ekranu widać drzewko umiejętności dla bitewnego kapłana, od lewej do prawej rośnie wymagany poziom do odblokowania skilli, te odblokowane są kolorowe, zaś te do odblokowania na szaro

Walka odbywa się w systemie turowym, a kolej każdej postaci na osi czasu zależy od inicjatywy. To parametr, który możemy zwiększać przede wszystkim różnymi przedmiotami. Na początku rozgrywki zazwyczaj oponenci wyprzedzają naszą drużynę, jednak później to my będziemy rozdawać karty (czy może raczej kopniaki?) i osłabiać ich, zanim zdążą wyprowadzić pierwszy cios. To niesamowicie ważne, bowiem w Zorii każda walka może szybko zmienić się z względnie łatwej na wręcz niemożliwą do wygrania.

Często, jeśli nie przemyślimy dobrze miejsca do zainicjowania potyczki, w jej trakcie dołączą kolejni przeciwnicy, gdy zauważą, co się dzieje. Ja parę razy się na to nadziałam i uwierzcie, że miło nie było. Nawet głupie gobliny, które każda szanująca się drużyna bohaterów zjada na śniadanie, w dużych grupach sprawiają problemy. Możemy czuć się królami dzielni, by po chwili z płaczem uciekać do obozu.

Ale, żeby nie było, że przeciwnicy mają fory, ta plastyczność pola walki nierzadko może też zadziałać na naszą korzyść. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, żeby wprowadzić niczego nieświadome potwory w pułapkę albo jakiś wybuchowy element otoczenia.

Pokaż mi swoje towary… i napraw moje

Bez wątpienia ciekawą mechaniką (której wcale nie widuje się w RPG-ach tak często) jest psucie się przedmiotów. Nasze bronie i zbroja w miarę korzystania z nich ulegają zużyciu, co przekłada się na mniejszą skuteczność (czyli, inaczej rzecz ujmując, różne negatywne efekty). Jedynym rozwiązaniem jest ich naprawa, czy to u kowala, czy podczas odpoczynku, przy wykorzystaniu zdolności jednej z klas. I mam mieszane uczucia, bo to super sprawa, tylko że sprzęt niszczy się zdecydowanie za szybko. Dwie, góra trzy walki i pół ekwipunku już jest do wymiany. Nie chodzi nawet o złoto, bo to nie kosztuje specjalnie dużo, ale o sam fakt ganiania w tę i z powrotem, żeby być w pełnej gotowości. A że w Zorii walka czeka praktycznie za każdym rogiem, to możecie się domyślić, jak często odwiedzałam wszelakie złote rączki.

na zrzucie ekranu widać mapę jednej z lokacji, ze wszystkimi oznaczeniami i kilkoma jeziorkami i wzgórzami

A skoro już o kasie mowa, to czy łatwo stać się w tej grze milionerem? I tak, i nie. Podczas przemierzania świata znajdujemy od groma przedmiotów. Naprawdę, chyba nawet w Diablo nie było tyle lootu, co w Zorii. Wszelkie beczki, skrzynie czy pokonani przeciwnicy skrywają różnorakie wyposażenie, surowce czy złoto. Całe szczęście, że Tiny Trinket zadbało o wprowadzenie przycisku szybkiego podnoszenia łupów, bo chyba połowę czasu zajmowałoby mi samo zbieranie.

Podoba mi się również fakt, że większość handlarzy nie skupuje masowo wszystkiego, co rzuci im na ladę nasza postać, a wybiera to, co pasuje do ich działalności. Przykładowo, miejscowy zielarz raczej nie zainteresuje się zbroją zdjętą z goblina, a kowal niespecjalnie zwróci uwagę na dziwną roślinę zebraną koło starożytnych ruin. Oczywiście mają też ograniczoną pulę złota, ale jest ona na tyle duża, że nie musiałam nigdy sprzedawać na raty. To zdecydowanie bardziej realistyczne podejście, które zwróciło moją uwagę już przy okazji Skyrima.

A cóż to za drobne ryski na tej zbroi?

Pewnie zdążyliście już z tej recenzji wywnioskować, że Zoria: Age of Shattering całkiem przypadła mi do gustu. Nie oznacza to jednak, że jestem ślepa na jej niedociągnięcia. Niestety, w niektórych momentach jak na dłoni widoczna jest budżetowość tej produkcji. Chociażby grafika nie jest już pierwszej świeżości, jednak to się jeszcze broni, gdy spojrzymy na grę jako swoisty hołd dla klasyki. Niestety tej samej taryfy ulgowej nie mogą dostać absurdalnie długie czasy ładowania przy niektórych lokacjach czy rozpoczynaniu rozgrywki z poziomu menu głównego.

zoria age of shattering na zrzucie ekranu widzimy drogę biegnącą przez las i dwie postaci, po lewej stronie widać ich małe obrazki, w lewym górnym rogu widać minimapę, czas i lokację, w dolnym prawym rogu zaś są elementy HUD-a

Nie zachwyca też muzyka. Jest powtarzalna, a w niektórych miejscach przejścia między utworami są bardzo niedopracowane. Wystarczy zrobić jeden krok, a ścieżka gwałtownie przerywa się, by ustąpić drugiej. Krok wstecz i dzieje się to samo. Nie wpływa to za dobrze na klimat gry.

Trochę zawiodły mnie też dostępne warianty zakończeń. Z jednej strony, jak na produkcję o niewielkiej skali, jakakolwiek liczba powyżej jednego to spory plus, ale z drugiej trochę brakowało mi większego zróżnicowania. Trzeba jednak przyznać, że wszystkie istniejące możliwości pasują fabularnie i nie wydają się doklejone na siłę.

„Mniejsza” nie znaczy „gorsza”. Zoria: Age of Shattering – finalne wrażenia z gry

Ogrywając Zorię, musiałam cały czas pamiętać o zdecydowanie mniejszej skali tego projektu w porównaniu do jej wysokobudżetowych odpowiedników. Łatwo byłoby po prostu napisać „hehe, kiedy mama mówi, że mamy Baldur’s Gate 3 w domu, 3/10”, jednak absolutnie nie oddawałoby to produkcji Tiny Trinket Games sprawiedliwości. Już przy pierwszym ogrywaniu dowiedziałam się od Anshara, że nad grą pracuje trzech facetów – i to po godzinach! Chcieli stworzyć coś, co pozwoli graczom, zwłaszcza tym starszym, na ponowne doświadczenie epickości staroszkolnej rozgrywki. I wiecie co? To im się udało doskonale.

Naprawdę, spodziewałam się po tej produkcji dużo mniej. Skromnego kreatora, mniejszej liczby klas do wyboru, krótszej opowieści, może od biedy jakichś kilku zadań pobocznych. Tymczasem z pomocą Anshara temu malutkiemu studiu udało się stworzyć naprawdę solidnego RPG-a. Przez te kilkanaście godzin rozgrywki nie nudziłam się i z lubością eksplorowałam kolejne miejsca, w które zabierała mnie podróż.

Jednocześnie Zoria uświadomiła mi, że nawet tęskniłam za nieco mniejszymi, bardziej liniowymi RPG-ami. W Wiedźminie 3 odbiłam się od wszechobecnych znaczników i wszelakich zadań, bo po prostu nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Tutaj tego problemu nie ma – wszystkiego jest w sam raz.

zoria age of shattering, na zrzucie ekranu widać baraki z piętrowymi łóżkami i obraz nad kominkiem, podpisany Robbie Wood

Oczywiście dla osób, które zachłysnęły się chociażby wspomnianym wyżej Baldur’s Gate 3, pierwsze spotkanie z Zoria: Age of Shattering może okazać się niesatysfakcjonujące – wiele z nich pewnie nawet na nią nie spojrzy w sklepie. Jednak tych z Was, którzy nie potrzebują zapierającej dech w piersiach grafiki, mnóstwa wyborów i rozbudowanych romansów, a zamiast tego pragną po prostu solidnej historii i wymagającej walki, gorąco namawiam do zagrania. To nie jest gra przełomowa, ale ma coś, co wbrew pozorom ciężko znaleźć w wielu tytułach AAA – niesamowity klimat i widoczne jak na dłoni serducho włożone w jej stworzenie.

Recenzja gry Zoria: Age of Shattering powstała dzięki uprzejmości Anshar Publishing. Dziękujemy za zaufanie.

Scroll to Top